WSTĘP

Mówią, że nie warto jechać kolejny raz do tego samego kraju. A ja Indie kocham od dziecka i wracać będę tu zawsze. Ostatnio, cztery lata temu, ze swoim mężem przekraczałam wówczas granicę. Opuszczaliśmy Nepal, spokojny, cichy i czysty, i wchodziliśmy do największego pierdolnika, jaki w życiu widziałam. Do tych Indii właśnie. A na granicy jest hardcore. Jak tylko przekroczyliśmy granicę zostaliśmy fizycznie zaatakowani przez niesamowity, jak na zwykłego europejskiego śmiertelnika, nadmiar bodźców: próby okradzenia nas przez bezczelnie uśmiechniętych chłopaków, głośne nawoływania sprzedawców, pierdzące tuk-tuki, tłum kolorowo ubranych ludzi, jakieś hordy krów, psów i różnych wehikułów, przez które trzeba się przebić, by dotrzeć do punktu odprawy, zapach kadzideł i przypraw, ustalanie ceny przy wsiadaniu do autobusiku, który liczy sobie 10 miejsc, ale i tak przyjmie osób dwa razy więcej. Jak to tak? No zgodnie z zasadą, że na jednym siedzeniu usiądzie dwu Hindusów, ewentualnie zainstalują się na dachu lub poza autobusem, gdzieś tam, poza. I, jak się z resztą później okaże, każdy za transport zapłacił inną cenę. Klasyk. Welcome to India.

W tym miejscu, na styku różnych kultur (są tu bowiem nie tylko Hindusi, Nepalczycy i backpackersi z różnych stron świata, lecz także Tybetańczycy i Chińczycy, i Bóg wie, kto jeszcze) można odnieść wrażenie, że 100 lat temu ten bazarowy harmider wyglądał dokładnie tak samo.

Można w to wejść całym sobą i poczuć to; można też nie dać się zainfekować hinduskim klimatem i wkurzać się każdym hałasem, krzykiem, pyrgnięciem w plecy, bo ktoś przechodzi z jakimiś rurami, a ty bezczelnie stoisz mu na drodze, brakiem możliwości zjedzenia czegoś na spokojnie, bo w wielu miejscach raczej nie doświadczysz kuchni ulicznej ze stolikiem i krzesłami. Więc trzeba jeść na stojąco, przy jakimś rowie ze śmieciami czy przy gościu, który splunął pod twoje stopy czerwoną od betelu śliną.

Jednak w tym chaotycznym pejzażu złożonym z różnorodnych elementów jest pewna harmonia, jakiś synchron. Jeśli trochę łaskawiej spojrzymy na ten kraj rozmaitych zwyczajów, zapachów, jedzenia, strojów, muzyki, języków, jeśli damy się wciągnąć w tę bajkę zwaną Indiami, można naprawdę doświadczyć czegoś metafizycznego.

Bo to, czego doświadczasz, to spokój umysłu, jakiś inny duch w ciebie wstępuje. To stan, który niekoniecznie musi być wywołany przez środki zmieniające świadomość. To, co zmienia świadomość, to obserwacja życia tego tutaj, i aktywne uczestnictwo w nim: rozmowa z ludźmi, jedzenie z Hindusami przy jednym stole i tego samego, co oni, wchodzenie w podejrzane uliczki i kupowanie tam kadzideł, targowanie się ze sprzedawcami tkanin. To jest po prostu uczestniczenie w codzienności, która pozwala ci więcej czerpać z „tu i teraz”, czyli tego, do czego tak modnie ostatnio dążą ludzie na Zachodzie.

Jest takie miejsce w Indiach, które kilka lat temu doprowadziło mnie do totalnej wściekłości, właśnie dlatego, że nie dałam się wciągnąć w rytm, jakim to miasto żyje. To Varanasi- gdzie śmierć codziennie miesza sie z życiem. Jest tu takie jedno miejsce na ghatach i gdy staniesz tam, tyłem do Gangesu, po lewej zobaczysz krematorium, gdzie pali się ciała biedniejszych Hindusów, i pracowicie działające kominy wybuchające kłębami czarnego dymu; mijasz wzrokiem sadhu siedzących po turecku, prawie nagich, z pomalowanymi twarzami, i kierujesz spojrzenie na prawo- tu bogatsi Hindusi paleni są w drewnie razem ze swoimi najcenniejszymi rzeczami. Popiół spalonych ciał i to, co spalić się nie zdoła, wrzuca się do Gangesu- świętej rzeki. To marzenie każdego Hindusa, lecz nie każdego na to stać. A więc jesteś w takim miejscu, oddychasz powietrzem stężonym od smrodu palonych ludzkich zwłok, widzisz resztki ludzkiego ciała w Gangesie wyciągane przez wygłodniałe psy, czasem psy walczą ze sobą o wyłowiony kąsek, widzisz też poszukiwaczy biżuterii po umarłych, umierające z głodu szczeniaki, chodzisz po obsranych chodnikach, uderza cię woń moczu rozchodząca się przy każdym murze...A najgorzej, gdy spadnie deszcz... Deszcz, który zanim przyniesie oczyszczenie miasta najpierw doprowadzi drogi do takiego stanu, że poruszanie się po nich staje się nie lada wyzwaniem. Jak najszybciej chciałam się stamtąd wyewakuować. Varanasi to Miejsce Totalnej Ostateczności.

I w klimacie tej ostateczności bawili mnie ludzie uprawiający jogę nad Gangesem, głęboko zaciągający się stężonym od śmierci i gówna powietrzem. Bawili mnie nie-Hindusi, którzy wskakiwali do rzeki, by poczuć siebie na nowo...Taaa.

Na Varanasi patrzę już inaczej. W zrozumieniu specyfiki tego miejsca i tego, jak Varanasi staje się metaforą pokazującą nasze nastawienie do rzeczywistości pomogła mi rozmowa w Delhi z pewną Austriaczką. Teraz myślę, że ona właśnie miała się przysiąść do mnie, by coś mi wyjaśnić.

Piłam poranną kawę i gapiłam się na ulicę w klasycznie backpackerskiej i niezbyt zamożnej dzielnicy Paharganj. Można szczerze powiedzieć, że dla backpackerów ta dzielnica to prawdziwe Indie, ale dla Hindusów to trochę lepsze slumsy. Ulica z rana tętni życiem: mężczyźni rozkładają stragany z przyprawami i ubraniami, krowy chodzą niespiesznym krokiem, psy wylegują się na słońcu, kobiety idą do pracy ubrane w kolorowe sari i brzęczące bransoletki, w powietrzu miesza się zapach kadzideł i smród śmieci zamiatanych do rowów, które są palone i niby-już-ich-nie-ma. I gdy tak siedzę, i obserwuję ten poranny ruch, tę rozmaitość form, z ulgą że jestem tutaj, a nie tam gdzie byłam, nagle słyszę:

- Sorry, czy mogę się przysiąść?

Podnosze wzrok, słońce mnie razi, widzę jakąś wysoką blondynę, lat pewnie 40, myślę sobie, że dobrze mi było w tym stanie, i najchętniej posiedziałabym sama. Patrzę w milczeniu na nią, zastanawiam sie, ona czeka.

- Pewnie- odpowiadam w końcu- siadaj. I zabieram torbę z sąsiedniego krzesła.

Zamawia kawę, zapala papierosa. Zaczynamy gadać. Zaczyna się standardowo: gdzie byłaś, skąd wracasz. Opowiadam o Nepalu. Potem o Varanasi. A wtedy wywalam z siebie żółć, to powietrze z płuc brudne od spalonych zwłok. Austriaczka słucha mnie uważnie, popija kawę.

- I byliśmy tam tylko dwa dni, ale wiesz, ja wszystko obserwowałam, rejestrowałam w pamięci, chłonęłam to mimo wkurwu, że to wszystko tak funkcjonuje, że ta śmierć i to życie...tak blisko siebie, takie to wszystko gówniane no... – Ona była dwa tygodnie. I uprawiała tam jogę. I jeździ tam co roku.

Laska się uśmiecha, zaciąga papierosem i mówi:
"- Widzisz Natalia, Varanasi zawsze takie było. To że jest tam śmierć, smród, ubóstwo... nie zmienisz tego, tam będzie tak zawsze. To miejsce nie zmieni się dla ciebie. Nie zmieni się na takie, jakie ty chcesz, żeby było. Ale wiesz, co ty możesz zrobić z tym? Ty możesz zmienić swój stosunek do Varanasi. Zaakceptować je takie, jakie jest. Nie próbuj nawet zmieniać go na obrazek, który tobie będzie pasował."

Patrzę na nią, słońce mnie razi okrutnie, prawie mi oczy wypala. I nagle mnie olśniło. To znaczy ona mnie olśniła. Zmiana w odbiorze rzeczywistości tkwi przecież nie w zmianie owej rzeczywistości, lecz w moim stosunku do niej. Moim spojrzeniu na nią. Akceptacji tego, czego zmienić nie mogę. Zanurzeniu się w tym, co już jest. I w tym, jakie jest.

Varanasi stało się swego rodzaju metaforą. To było cztery lata temu, gdy o te cztery lata byłam głupsza, a kobieta, której już nigdy pewnie w swoim życiu nie spotkam, dała mi ciekawą lekcję. Z drugiej strony łatwiej jest nam żyć ze świadomością, że nad pewnymi rzeczami nie mamy wpływu. Że zło będzie mieć miejsce, bez wzgledu na to, jakie wysiłki podejmiemy, aby mu przeciwdziałać. Jeśli jednak działamy, co wiąże się z wyjściem poza strefę komfortu i szczęścia, i nie zgadzamy się ze złem, wierzę w to, że świat nam się trochę poddaje i tego zła jest po prostu mniej.