Wenezuela 2012 | Karaiby 2011 | Nepal 2011 | Indie 2010 | Kontakt | sama sama

Bangkok relacja

19. 07. 10 - poniedziałek
Warszawa - Kijów - Bangkok

Do Bangkoku lecimy ukraińskimi liniami Aerosvit, dość przyzwoicie- chociaż KLM, to nie jest, ale posiłki są- co najważniejsze. Mamy 8-godzinną przesiadkę w Kijowie. Jest 40 stopni, godzina 12, najgorsze słońce. Nasze zwiedzanie Kijowa przy takim upale ogranicza się do nie wychodzenia z cienia. Zwiedzamy sobór świętej Zofii, ale tak naprawdę to naszym głównym celem jest jak najszybciej znaleźć się w jakiejś klimatyzowanej knajpce. Ukraiński barszcz i wieprzowinka rekompensują nam wysiłek po niezmiernie ciężkim zwiedzaniu. Łapiemy metro, potem busa i wracamy na lotnisko.

20.07.10, wtorek

Przed 11 lądujemy w Bangkoku. Wita nas upał (hurra!), występujący natychmiast pot na całym ciele i szeroko uśmiechnięci Tajowie. Szybko zaczynamy lubić to miasto. W czyściutkim guest-housie New Merry V na Khao San znajdujemy tani pokój z zimną wodą (220bahtów). Prysznic i zaczynamy eksplorację miasta.

Kierowca tuk- tuka wozi nas za 5bahtów po zabytkach, by w rezultacie zawieźć nas do agencji turystycznej i sklepów, od których ma prowizję. My o tym wiemy, i on też wie, że my wiemy, więc pozwalamy się wozić, przy okazji zwiedzając miasto. Odwiedzamy pomniki Buddy w kilku pozycjach, których monumentalne rozmiary naprawdę robią wrażenie. W międzyczasie wchodzimy do agencji turystycznej, gdzie pani, oprócz tego, co ma do sprzedania, niewiele wie na temat. tego, co można samemu zobaczyć w Bangkoku. Na słowo "water market" robi duże oczy i łamanym angielskim próbuje wmówić nam, że tylko na wycieczce zorganizowanej mamy szanse się tam dostać, więc żegnamy ją ozięble. W dwóch sklepach odzieżowych udajemy zainteresowanie (chociaż koszule szyją bardzo ładne i gdybyśmy trafili do prawdziwego sklepu dla lokalnych, a nie do sklepu, gdzie można zarobić na turyście to pewnie byśmy coś zakupili), po czym dziękujemy naszemu kierowcy tajskim khop khun i idziemy do zoo. A tam grają Animal Planet na żywo: małe, czerwone pandy, tygrysy żółte i białe (sic!), jeżozwierze, warany chodzące swobodnie po chodniku, lemury, surykatki, zdumiewające ptaszyska, uff, dużo by wymieniać. W drodze powrotnej na Khao San, posilamy się noodles z mięskiem i sosem sojowym. Potem kolejne świątynie i robimy hostel. Trochę oddechu w pokoju z wiatrakiem i wypadamy wieczorem na naszą dzielnicę. Wszędzie zagraniczni goście, oferty masażu i dobre jedzenie. Dzielnica Banglamphu żyje nocą, a imprezę czuć w powietrzu.

20.07.10, wtorek

Wybieramy się tramwajem wodnym na drugi brzeg rzeki Chao Praya, aby pozwiedzać świątynię Wat Arun, która zawdzięcza swoją nazwę hinduskiemu bogowi świtu, Arunowi. Wznosi się na ponad 80m i z jej szczytu widać dookoła budowle, które bardzo się świecą i bije od nich tandetą, ale w gruncie rzeczy z tymi swoimi zagiętymi, kolorowymi dachami są po prostu urocze. Po zwiedzaniu trafiamy na lokalny bazar, gdzie posilamy się bardzo tanim i smacznym jedzonkiem. Przy każdym stoisku dokładamy sobie jeszcze parę rzeczy do żołądka (ośmiorniczki z grilla, zapiekany ser, banany w słodkich sosach na ciepło, pierożki)-średnio smaczne.

Następnie zwiedzamy świątynie Wat Pho, która słynie z kursów tajskiego masażu i tajskiej medycyny. Szczęśliwie się składa, że trafiamy na zakończenie roku, które okazuje się niezłą fetą - uczniowie w ludowych strojach, z przepięknym makijażem, świętują przy akompaniamencie orkiestry. W Wat Pho, znajduje się leżący Budda, który imponuje swoimi gigantycznymi rozmiarami.

Wieczorem posilamy się w izraelskiej knajpce o wdzięcznej nazwie Shoshana. Ile już razy wspomniałam o jedzeniu? Po kolacji wyposażeni w whisky jedziemy autobusem bez okien na podbój China Town. Na miejscu wszystko jest ekscytujące. Chińska dzielnica tętni życiem, aż do późna w nocy. Nawet pies świetnie się bawi, stojąc na motocyklu, opierając się przednimi łapami o kierownicę i merdając ogonem. Wchodzimy do jednego lokalu go-go, aby zobaczyć ping-pong show, czy też pat-pong show, jak nazywają go miejscowi. Striptizerki demonstrują swoje wybitne umiejętności, które sprowadzają się do tego, że za pomocą pochwy wykonują różne triki: gaszą świeczki, strzelają piłeczkami ping-pongowymi, otwierają piwo, palą papierosy (sic!) czy wyciągają różne łańcuchy, w tym z żyletkami. Ach te wyspowe zdolności, które-trzeba przyznać- robią wrażenie. Dziewczyny wcale nie są uśmiechnięte, wydaję się wręcz zawstydzone i smutne. Nie dziwię się. Na końcu wchodzą kobieta z mężczyzną na scenę i demonstrują najśmielsze pozycje z zestawu Kamasutry oraz swoje świetnie wygimnastykowane ciała. Mamy mieszane uczucia. Spodziewaliśmy się sztuczek striptizerek. A co z seksem na żywo? Według mnie osobiście, zupełnie niepotrzebny, po co komu taki instruktaż? Choćby mi tam skakali na linie i przez ognie podczas aktu, jestem na nie, choć Bartek nie wyszedł tak sceptycznie nastawiony. Z tego wszystkiego lepsze to wszystko niż prostytuowanie się.

W drodze powrotnej pytamy się jednej Tajki o drogę, a potem nie możemy się zdecydować, czy była ładna, czy ładny? Potem jeszcze wiele razy przekonujemy się, że w Bangkoku niewiadomo do końca na kogo się trafi. A Tajki swoją drogą - śliczne!

W Bangkoku spędziliśmy także ostatnie 2 dni naszej podrózy, relacja z tych 2 dni znajduję się poniżej, ale zachęcamy do przeczytania całej relacji i przeczytania poniższej relacji na końcu.


08.08.10 sobota
Kuala Lumpur- Bangkok

Miło jest wrócić do miejsca, które już trochę się poznało. Ostatniego dnia rozdzielamy się z Bartkiem, gdyż nasze plany się rozmijają. Ja jadę na Wodny Targ, a Bartek wybiera się na spacer po Bangkoku , by zobaczyć inną części miasta. Moja podróż na Water Market bardzo długo zajmuje, biorę autobus z przystanku koło hotelu Queen Merry V, dojeżdżam do głównej stacji autobusów. W jedną stronę jadę 1,5h, a w drodze powrotnej spędzam w podróży 3h, bo ok17 trafiam na korek. Gdy wysiadam z autobusu od razu oblegają mnie przewodnicy, gotowi za słoną zapłatę wziąć mnie na łódkę, bym mogła zobaczyć market od środka. Nie jestem zainteresowana ich ofertami, gdyż słyszałam, że o wiele lepiej jest oglądać targ z boku, bo więcej się zobaczy. Słyszę, że nie dojdę, tam gdzie chce, że to za daleko i że w ogóle nie ma sensu i że najlepiej to tylko z nimi. Zdecydowanie dziękuję im za wszystko i po drodze pytam się przechodniów o drogę. Dzięki ich uprzejmości docieram tam, gdzie chcę i faktycznie wszystko dobrze widzę z boku. Wzdłuż kanałów płyną łódki, a w nich handlarze z towarem: owocami, warzywami, garkuchnią, napojami. Obserwuję, jak handlarki prowadzą biznes na wodzie. Jedna proponuje mi placuszki z kokosa. Zamawiam- pychota! Wszystko odbywa się w ciszy, nie ma tu hałasów, charakterystycznych dla Bangkoku. To jest jakby inny świat, płynie wolno jak rzeka w tych kanałach, wzdłuż których zbudowane są domy, wyglądające jak te z westernów. Tu czas zatrzymał się w miejscu.

09.08.10 sobota
Bangkok - Kijów - Warszawa

Nasz wyjazd dobiega końca, dziś wylatujemy do Kijowa, a stamtąd - do domu. Pod koniec podróży lubię powracać myślami do tego, co się wydarzyło, co zobaczyliśmy, czego doświadczyliśmy. Przypomnieć sobie wszystko to, co wydarzyło się niedawno, tak intensywnie i w tak krótkim czasie. Z podróżami jest tak - jak sądzę - że wraca się z nich mądrzejszymi. I ta podróż też nauczyła nas wiele. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wrócimy do tych pięknych miejsc, pojeździmy rowerami po Bali, pochodzimy po jawajskich wulkanach, popływamy przy dziewiczych plażach Lomboku. O Tajlandię i Malezję nie martwię się, zawsze tam jakoś wylądujemy. Ale Indonezja?! Może powinnam mieć nadzieję, że tam też kiedyś wylądujemy, a ja pokonam swój strach o moje piękne życie przed katastrofami naturalnymi, mając nadzieję, że po prostu nas jakoś magicznie ominą, gdy wybierzemy się do tego najaktywniejszego sejsmicznie i jednego z najpiękniejszych miejsc na świecie.

Bangkok zdjęcia

Bangkok filmy

Bangkok | Yogyakarta | Prambanan | Borobudur | Bromo | Kawah Ijen | Ubud | Padangbai | Kuta | Gili Islands | Kuala Lumpur