Wenezuela 2012 | Karaiby 2011 | Nepal 2011 | Indie 2010 | Kontakt | sama sama

Gili Islands relacja

02.08.10 poniedziałek
Kuta - Mataram - Gili Trawangan

Docieramy do portu, właśnie uciekła nam łódź na Gili Air, która według przewodnika jest bardzo spokojną wysepką, nie tak turystyczną jak Trawangan. Skoro uciekła na Air, bierzemy tę na Trawangan. Na miejscu już nam się podoba, choć fakt - jest bardzo dużo ludzi, plaże są pełne cudzoziemców, głównie Francuzów, jak w całej Indonezji. Szukamy jakiejś taniej kwatery, ale ceny na wyspach Gili są bardzo wysokie. Nie znajdujemy nic poniżej 200 tysięcy rupii. Kwaterujemy się w jednym z kolorowych szeregowców o nazwie Ilham. Bardzo ładny i przyzwoity domek i blisko do plaży, więc właściwie uznajemy siebie za szczęściarzy. Ceny sięgają 300, 400, a nawet 600Rupii. Mimo faktu, że jest sezon, trochę dziwią nas te ceny w tej, przecież taniej Indonezji. Widać szczególnie tutaj, że ceny są dostosowane do turystów. Jesteśmy w końcu na jednej z bajecznych wysp, na które przylatują ludzie z zachodniej Europy, Australii lub USA. Sprzedawcy w sklepikach lub kelnerzy mówią, że bardzo mało tu Polaków. Może polepszymy statystykę...

Mój plecak kończy żywot i nie nadaje się na podróżowanie ze stelażem. Bartek po raz kolejny podczas naszych wypraw wykazuje się pomysłowością iście macgyverowską, pozbywa się stelażu z mojego plecaka i tak mi zawiązuje sznurki, że mogę go bez problemu nieść na plecach. Jest nawet lżejszy, co sprawia, że tym ciężej jest mi się rozstać z moim plecakiem, który jeszcze mój najstarszy brat Przemek woził na kolonie w podstawówce. Potem, by troszkę oderwać się od wspomnień i sentymentów, czyścimy nasze plecaki z wszelkiego gówna, którym nasiąkło podczas podróży.

Na Gili czas spędzamy leniwie i beztrosko. Czyli to samo, co na Kucie. Tylko tu mamy okazję zobaczyć piękne rafy koralowe. Początkowo nurkujemy w okolicach naszej wyspy po tej stronie, gdzie polecają miejscowi. Podobno można też po drugiej stronie wyspy, mniej komercyjnej, ale tam są rekiny... To my podziękujemy za tamto wybrzeże i skupimy się tu, przy naszej osiedlowej plażyczce. Gdzieniegdzie można naprawdę natrafić na przepiękną rafe, a kolorowe rybki otaczają nas z każdej strony. Jednego dnia wybieramy się na nurkowanie przy wyspie Gili Meno i Gili Air. Podczas jednego nurkowania Bartek dostrzega i pokazuje mi ogromnego żółwia toczącego się wolno po dnie morza. To właśnie chcieliśmy zobaczyć. Próbujemy za nim płynąć, ale prąd jest zbyt silny. Raz wysadzają nas w miejscu, gdzie nie ma nic. Mając nadzieję na zobaczenie czegoś, odpływamy od łódki spory kawał, gdy nagle uświadamiamy sobie, że pod nami jest totalna głębia. A mi włącza się alarm na rekina i zaczynam zapierniczać w stronę łódki, dając Bartkowi znak do odwrotu. W pewnym momencie Bartuś mnie łapie za rękę i ponad taflą wody mówi: Nie spiesz się, nie trać sił. Na co ja odpowiadam w myślach: na co mam nie tracić sił? Na ucieczkę przed potencjalnym zabójcą?! Na szczęście dopływamy do łódki zanim jakikolwiek rekin z drugiego brzegu Trawangan (albo raczej z mojej wyobraźni) zdąży się tutaj pojawić i nas zeżreć.

Zatrzymujemy się na obiad na wyspie Gili Air, która jest spokojniejsza niż nasza Gili Trawangan, chyba jakoś tu aż za spokojnie... Kuta była też bardzo spokojna, ale tam było inaczej - bardziej lokalnie. Czuliśmy się... no prawie jak odkrywcy, albo... jak taki Robinson Crusoe - tylko że na skuterze:). Albo jak po prostu zwykli przybysze, którzy są jedyni na plaży, na której co jakiś czas pojawi się uśmiechnięty tubylec. A tu na wysepkach Gili ciężko poczuć się wyjątkowo, bo wokół są sami cudzoziemcy. Ale i tak jest cudownie, więc nie ma co narzekać:) Dochodzimy obydwoje do wniosku, że nasza Gili Trawangan ma w sobie coś, co czyni ją ciekawszą od Gili Air. I zapewniam, że nie są to grzybki halucynki, które proponują Ci wszędzie:)

Po południu przechodzimy Gili Trawangan wszerz - da się to zrobić spacerkiem w przeciągu godziny. Obserwujemy lokalnych grających w piłkę nożną o zachodzie słońca i pasące się obok krowy. Widzimy jak suszą się całe dywany skorup kokosowych na ziemi. Gdzieniegdzie są wybudowane przepiękne wille z flagą jakiegoś innego państwa. A gdy już docieramy na drugą stronę wyspy, dostrzegamy jak bardzo różni się nasza część wyspy od tej. Jest tu dużo spokojniej i bardziej luksusowo, o czym świadczy wygląd hoteli stwarzających kameralną atmosferę.

Indonezja słynie z produkcji papierosów. I faktycznie na Gili kupiliśmy jakieś lokalne papierosy, które okazały się najlepszymi papierosami jakie przyszło nam palić. Papieros ma niesamowity posmak - podobny do cygaretek z tym, że znacznie lepszy, dodatkowo są to chyba najdłużej palące się papierosy na świecie. Jednego nie mogliśmy spalić we dwójkę tak długo się palił.

05.08.10
Trawangan - Mataram (Lombok)

Rano żegnamy się z wyspą, wsiadamy do lokalnej łódki i płyniemy na ląd. Z wioski portowej łapiemy stopa do Mataramu. Jedziemy na pace pick-upa, tak nami trzęsie, że lokalny który siedzi z nami na pace rzyga na wszystkie strony. A może po prostu facet jest na kacu. Kierowca jest tak kochany, że dowozi nas do samego centrum miasta, płacimy umówioną, niewielką sumę za przejażdżkę i kierujemy się w stronę dzielnicy z hotelami średniej klasy, które wydają się być ślicznymi domkami zagospodarowanymi po świątyniach buddyjskich. Bierzemy pokój na górze, odświeżamy się i wychodzimy na eksplorację miasta. Moje pierwsze wrażenie jak przyjechaliśmy po raz pierwszy do stolicy Lomboku było takie, że, no umówmy się, miasto nie powala, jest po prostu brzydkie. Ale teraz widzę, że nie jest takie złe i bardzo je polubiłam. Szczególnie podoba nam się na zakupach, które robimy na Traditional Market, gdzie początkowo naszym nieustającym towarzyszem jest jakiś gościu, który chciał nam sprzedać buty. Teraz widzimy, że jego pomoc we wskazywaniu nam, co i gdzie możemy znaleźć nie jest bezinteresowna. Rozmawia ze sprzedawcami tak, że jak na dłoni widzimy, że wymyślają taka cenę za produkt, żeby zarobione były obie strony. Dziękujemy mu zdecydowanie za robienie nas w bambuko i dalsze odkrywanie marketu czynimy bez niego. A wtedy jesteśmy w swoim żywiole, a w szczególności Bartek i zaczyna się ostre targowanie, które zwykle kończy się śmiechem i dowcipem. I tak robimy parę fajnych zakupów, po których udajemy się do jednej świątyni, nie dość, że niezbyt rewelacyjnej, to jeszcze takiej, ze w tle widnieje stacja benzynowa, więc ze zdjęcia nici. Generalnie w Mataramie jest niewiele do zobaczenia, ale i tak nam się tu bardzo podoba. Gdy zbliża się wieczór, na ulice wylegają ludzie do przydrożnych knajpek, których jest po prostu co niemiara, na każdym kroku. Zahaczamy do jednej z nich i przysiadamy się do jakiegoś chłopaka, z którym nawiązujemy rozmowę i wymieniamy się kontaktami. Eh... jak to jedzenie zbliża. A zamawiamy krewetki w strasznie ostrych sosach z ryżem i do picia jakieś lokalne kompoty z lodem. Dla mnie pychota, dla Bartka trochę mniej, jest wręcz zdenerwowany na krewetki. Nie dziwię się, jego są makabrycznie ostre... Uświadamiamy sobie, jak bardzo nam się to miasto podoba, że chętnie zostalibyśmy tu jeszcze jeden dzień.

06.08.10 czwartek
Mataram - Kulala Lumpur

Jednak następnego dnia rano jedziemy już na lotnisko. Wczoraj zaczepiliśmy jednego taksówkarza w jego aucie, który akurat był w trakcie lunchu i spytaliśmy się o cenę i możliwość dojazdu na lotnisko. Wytargowaliśmy do 15.000 rupii czyli kwote za którą na wysepkach gili lokalnemu nie chciało by się nawet podnieść ręki i tak oto dzisiaj nasz taksówkarz czeka pod naszym hotelem. A naszym kolejnym celem jest Malezja, a konkretnie Kuala Lumpur.

Gili Islands zdjęcia

Bangkok | Yogyakarta | Prambanan | Borobudur | Bromo | Kawah Ijen | Ubud | Padangbai | Kuta | Gili Islands | Kuala Lumpur