Wenezuela 2012 | Karaiby 2011 | Nepal 2011 | Indie 2010 | Kontakt | sama sama

Kuta relacja

30.07.10 piątek
Padangbai - Kuta na wyspie Lombok

Docieramy do Lomboku. Stawiamy swoje stopy na lądzie i od razu widzimy, że chyba nie ma tu żadnych lokalnych autobusów. Właściwie to w ogóle niewiele tu jest. Jest kilku kierowców shuttle busów, a więc można się potargować. Po dobiciu targu z jednym z nich, jedziemy do Kuty, położnej na południu wyspy. Po drodze pytamy, czemu jedziemy okrężną drogą, a kierowca tłumaczy nam, że gdybyśmy jechali inną niż ta, to zostalibyśmy napadnięci. Aha, dzięki za odpowiedź…Że co przepraszam? wróć! Jak to napadnięci? No bo, na innych drogach bandyci często napadają kierowców skuterów i całe autobusy. Czytałam o tym wcześniej w przewodniku, ale jakoś nie przejmowałam się tym, póki tego sam lokalny nie powiedział. A jak już powiedział, to mój mózg zaczął intensywnie pracować. Zawsze w takich sytuacjach wymyślam sobie100 wariantów tego, co bym zrobiła gdybym została napadnięta. A potem Bartek się pyta, co ja taka spięta jestem.

Docieramy do Kuty, która leży na totalnym zadupiu i o to właśnie nam chodziło. Zobaczyć jeszcze plaże, które można uznać za nieskażone turystyką i komercją. Kuta od razu robi takie wrażenie. Pod wymienionym względem nawet lepsze od Padangbai. Znajdujemy fajny domek na posesji ‘La Mancha’ i od razu idziemy na eksplorację wioski. Niewiele się tu dzieje. Jest bardzo dużo psów. Chodzi za nami grupka chłopców o imionach zupełnie nieindonezyjskich: Toby, Roby i Tony, chcących sprzedać bransoletki. Ja oczywiście nie mogę się im oprzeć, więc biorę jedną dla siebie. Szybko nadchodzi zmrok. Kupujemy whisky w lokalnym sklepie ( na nasze szczęście jest!) i od razu100 wariantów, co by było gdyby przyjechali tu bandyci i nas napadli, znika w niebyt. Siadamy na plaży i widzimy jak daleko woda odpłynęła, z czego korzystają miejscowi i brodząc w mieliźnie chodzą z latareczkami i coś zbierają. Może szpinak morski? To zbierały wcześniej dzieci i wkładały do wiaderek, tłumacząc nam, że to do jedzenia. Teraz już wiem, czego często nie mogę zjeść do końca, gdy podają to z ryżem i mięskiem. Teraz podchodzą do nas sprytne i śliczne dziewczynki sprzedające bransoletki. Bartek kupuje jedną, rozmawiamy z nimi. Jedna jest bardzo wygadana, najlepiej zna angielski. I wiem, że wciąż się uczy. Pamiętam, jak w Indiach na Goa, podeszły do nas kobiety handlujące biżuterią. Spytałam zdumiona, skąd tak dobrze znają język. Odpowiedziały, że nauczyły się właśnie na plaży, rozmawiając z turystami. Nie potrafią jednak czytać i pisać po angielsku, ale ich komunikacja jest godna podziwu. I teraz, gdy tak rozmawiamy sobie z tymi dziewczynkami, przypomniały mi się tamte kobiety. Jak najwięcej staramy się z nimi rozmawiać, szczególnie z tą jedna cwaniurą, która przedstawiła się jako Bilabong. Będą z niej ludzie.

31.07.10 sobota
Kuta

Całą noc słyszeliśmy muzykę. Nie chodzi mi o śpiewy dobiegające z meczetów, które słyszymy co noc w Indonezji. Rano dowiadujemy się, że było wesele i jesteśmy źli na siebie, że wybraliśmy sen. Jemy pyszne śniadanie przygotowane przez naszą uroczą gospodynię, która co dzień przygotowuje naleśnika z dżemem z ananasa i papai - przepyszne, oraz kawę. Wynajmujemy skuter i jedziemy w miejsce uroczystości. Jesteśmy akurat świadkami obrzezania chłopca. A potem nagle znienacka pojawia się pies i widzę, że jego oczy są strasznie przerażone. Właściwie to te oczy są bardzo dziwne, jakby była w nich pustka. Gdy się odwraca widzę to, czego kompletnie nie spodziewałam się zobaczyć. Pies, prawdopodobnie suka, ma wyrwaną cała pochwę i bije w oczy tylko czerwona, wielka dziura. Zrobiła to sobie sama? Na pewno nie. Czy tak została potraktowana prze innego psa? Jestem pewna, że tak nie było. Z takim okrucieństwem i precyzją może postąpić tylko człowiek. I znowu włącza mi się smutek ogromny i dylemat: gdy raz się zobaczy okrucieństwo, trudno zachwycać się pięknem.

A w Kucie jest go przecież co niemiara. Jedziemy na zachód od Kuty zobaczyć tamtejsze plaże. Przejeżdżamy przez okolice, gdzie domy stawiają z kilku desek, pranie kładzie się na trawie, a krowy pasą się beztrosko. Przez drogę przebiegną małpy, mijamy pasące się kozy, pasterza pilnującego swoje stado krów, wyglądem przypominające bawoły. Wyjeżdżamy z lasów i jesteśmy na otwartej przestrzeni, w oddali liście wysokich palm powiewają na wietrze, a my kierujemy się stronę morza. Już widzimy, co nas czeka. Duża plaża, z rażącym wręcz po oczach białym piaskiem i śliczna, niebieska woda. I to wszystko dla nas! no prawie, ale na całej plaży można policzyć ludzi na jednej ręce. I psów jest sporo. Jest tu tak dobrze, że nie chce nam się jechać nigdzie indziej. Pływamy, skaczemy przez fale, spacerujemy, dokarmiamy psy i od lokalnego handlarza posilamy się ananasami. Chcemy też zobaczyć kolejną plażę po wschodniej stronie Kuty, która podobno jest lepsza jeśli chodzi o snorkelling. Jedziemy po górzystych terenach i okropnych dziurach w drodze. Obserwujemy ludzi pracujących w polu, manewrujemy między kaczkami, krowami i psami. Co jakiś czas mijają nas surfingowcy z deskami przymocowanymi do skuterów lub motorów, którzy jadą na jeszcze dalszą plażę, która jest z kolei idealna do surfingu. Gdy docieramy już na miejsce, znowu jesteśmy lekko oszołomieni. Już plaża z rana zrobiła na nas niesamowite wrażenie, a teraz ta. Dwa cuda w ciągu jednego dnia to dużo. Bo ta plaża też jest cudna. Jesteśmy w zatoczce, otoczonej górami, pośrodku z widokiem na otwarte morze. Patrząc na ten fantastyczny widok, za plecami mamy rzeczkę, która wygląda jak mokradła, z których lada chwila coś może się wyłonić. Osób na plaży jest całkiem sporo, paru cudzoziemców. Widać jednak, że jest to plaża, na którą przyjeżdżają głownie lokalni: młodzież, rodziny z dziećmi.. Po raz kolejny widzę, że malutkie dzieci w wieku ok. 2, 3lat, puszczone są samopas i ganiają po plaży, bawiąc się ze starszymi dziećmi. My wchodzimy do wody ponurkować. Niestety, nie widzimy żadnych raf, za to kolorowe małe rybki. Tak mnie oczarowały, że nim się spostrzegłam, z głębi wody niespodziewanie wyłoniła się ogromna ryba, kierując się ku tafli wody. OK, przyznaję, napędziła mi lekkiego stracha. Gdy zachodzi słońce wracamy do Kuty.

Kolejnego dnia jedziemy do Rembitanu, pobliskiej wsi słynącej z tworzenia prześlicznych batików, w której kupujemy kolejne dzieła lokalnych artystów. Dzień mija nam równie beztrosko na plażach w okolicach Kuty, wybieramy się nawet na plaże windsurfingowców, choć z windsurfingiem mamy tyle wspólnego, co z zimową himalaistyką Staramy się czerpać z tych miejsc jak najwięcej, szczególnie, że za kilka, bądź kilkanaście lat, będą tu kurorty, a więc i masa turystów. W 2010 miało dojść do otwarcia międzynarodowego lotniska na Lomboku o czym mówi każdy lokalny. Ci lokalni nie więdzą jednak, że z tego powodu będą musieli opuścić swoje domy postawione samowolnie z kilku desek na plaży. Wszystko dlatego, że te piękne tereny i plażę kupiło wielkie konsorcjum z Arabii Saudyjskiej, które ma zacząć budować tam sieć pięciogwiazdkowych hoteli(jeden już jest). Mamy szczęście zobaczyć takie miejsca, które są jeszcze nieskażone komercją i bardzo urocze w swojej lokalności.

02.08.10 poniedziałek
Kuta - Mataram - Gili Trawangan

Z rana łapiemy autobus wiozący dzieci do szkoły w Rembitanie i Praya. Wiemy, że podróż lokalnymi busami lepiej zacząć z samego rana, po południu zjawisko lokalnego transportu nie istnieje. Z naszymi bagażami trochę zajmujemy miejsca, ale wszyscy są bardzo uśmiechnięci i nie robią problemu. Niektórzy nie znajdując sobie miejsca w środku, wiszą na tyle busa, który jedzie naprawdę szybko po wyboistych drogach. Widzę, ze Lombokczycy lubią ekstremalną jazdę. My wysiadamy w Praya i tam łapiemy kolejnego busa. Zanim autobus się zapełni mija trochę czasu. Obiektywnie rzecz biorąc, miejsca w autobusie jest na 12 osób łącznie z kierowcą. Co wcale nie oznacza dla Indonezyjczyków, że nie może wejść więcej. Wręcz przeciwnie, bo do autobusu wciąż ktoś wchodzi. Nie wiem czy oni widzą to, co ja widzę, ale ja widzę, że przecież TU MIEJSCA JUŻ NIE MA. Ale zaraz zaraz, tu dostawią krzesełko, tam usiądą jednemu na kolanach, a na jednym siedzeniu usiądzie dwóch Indonezyjczyków. Fakt, są drobni i dają radę, tylko że ja która duża nie jestem lubię wyciągnąć nogi. Oni najwyraźniej nauczyli się dzielić miejscem i siedzieć przez godzinę w bezruchu z podkurczonymi nogami. I wszyscy przytuleni do siebie jedziemy do Mataramu, stolicy Lomboku. Gdy już tam jesteśmy, szczęśliwi wychodzimy i rozprostowujemy nogi. Mataram- jakie inne miasto niż te, które do tej pory widzieliśmy w Indonezji. Jest głośne, zanieczyszczone i śmierdzi – ale to tylko pierwsze wrażenie. Wchodzimy do kolejnego busa, nasze bagaże wiążą na dachu i jedziemy do portu skąd wypływają łodzie na wyspy Gili. Uświadamiamy sobie wraz z innymi pasażerami, że w autobusie strasznie capi. Jedziemy przez góry i docieramy do Bangsalu. Tam wysiadamy i bierzemy nasze bagaże, które śmierdzą tym samym gównem, co w autobusie. Po drodze wchodzę w dym z ogniska, żeby trochę zabić smród. Pomaga, mój już nie śmierdzi tak bardzo - w przeciwieństwie do plecaka Bartka - nie mogę iść koło niego.

Kuta zdjęcia

Kuta filmy

Bangkok | Yogyakarta | Prambanan | Borobudur | Bromo | Kawah Ijen | Ubud | Padangbai | Kuta | Gili Islands | Kuala Lumpur