Wenezuela 2012 | Karaiby 2011 | Nepal 2011 | Indie 2010 | Kontakt | sama sama

Ubud relacja

26.07.10 poniedziałek
Kawah Ijen - Denpasar - Ubud

Jeśmy w Denpasar, deszcz leje, autobusów brak. Bartek jak zwykle zaczepia nieznajomych, po krótkiej rozmowie z parą Holendrów, która jedzie z zaprzyjaźnionym Balijczykiem do swojego celu, zgadzają się podwieźć nas do najbliższego przystanku. Balijczyk jednak informuje, że jest już po 16 i żadne bemo nie przyjedzie. Ten przesympatyczny człowiek pyta się swoich znajomych, czy mogą odbić i podwieźć nas do Ubud, które nie bardzo jest im po drodze. Po Holendrach widzimy, że nie są zadowoleni z tego planu, ale nie chcą być niemili. Po wymianie kontaktów, lądujemy w Ubud. A Ubud od razu daje się poznać jako bardzo artystyczne miasto. Widać to na każdym kroku, nawet na chodniku, którego kamienie są kolorowe i ułożone w ciekawe wzory. Nic dziwnego- to w końcu mekka artystów.

Z drugiej strony Ubud jest drogie. Jest bardzo komercyjne, jest tu dużo turystów z dolarem czy euro i ceny są właśnie dla nich. Zakwaterowanie nie najtańsze bo minimum to 200,000 rupii ale za to domek z basenem, jedzenie w knajpach za to bardzo drogie. A najdroższy, ale to już w całej Indonezji, jest browar (9zl z w sklepie i barze). Króluje Bintang. I wszyscy piją to jedno i to samo piwo, bo innych nie ma. Dziś wolimy się już uraczyć whisky (której jest na szczęście kilka rodzajów), zamówić kolację w hotelu i odprężyć się na tarasie naszego ślicznego domku, usytuowanego w ogrodzie i z basenem. Cudo. Demagasi. Sama sama.

27.07.10 wtorek
Ubud

Wypożyczamy rowery i jedziemy zobaczyć świątynie poza Ubud. Po drodze wstępujemy do sklepu z elementami do dekoracji wnętrz. W środku poznajemy przesympatycznego właściciela sklepu – Francuskiego Kanadyjczyka. Facet mieszka na Bali już 10 lat i robi nam świetny wykład o Balijczykach. Prowadzi tutaj swój biznes z żoną i twierdzi, że od 10 lat nie może wejść głębiej w relacje w Balijczykami, bo oni zawsze dadzą ci odczuć, że jesteśmy my i są oni. I choćby się uśmiechali i sprawiali wrażenie bardzo otwartych ludzi (i tak faktycznie jest), to nie dopuszczą cię do siebie. To naród bardzo dumny ze swoich korzeni, szczególni ci zamieszkali w Ubud, gdyż tu właśnie rezydował ostatni król i tu mieszkają jego potomkowie. Z tego też powodu mieszkańcom Ubud nie zależy na targowaniu się. Albo kupujesz za tę cenę jaka jest albo spadaj. Kupi ktoś inny. Lucien, bo tak ma na imię nasz rozmówca, często zatrudnia dzieci w swojej firmie, bo mają nieograniczoną wyobraźnię. Wtedy rzuca im narzędzia i czeka, co namalują lub wystrugają. Stąd i on czerpie pomysły i przedstawia projekty swoim pracownikom, którzy potrafią czynić cuda. Ale jak mówi- tylko przed południem. Tyle czasu jest w stanie dać Balijczyk Lucieniowi, który po lunchu zamienia się w zombie. Nie jest w stanie nic z siebie dać w pracy, spotka się z żoną, dziećmi, znajomymi, posiedzi i popatrzy w niebo. Czasami są to tylko dwie godziny, a płaci im za 8:) I jeszcze jedno- będzie się zawsze uśmiechał, choćby mu się dom palił, rodzina zachorowała, a on stracił pracę. Bo Balijczyk nigdy nie powie ci o swoich problemach. Szczególnie, jeśli nie jesteś Balijczykiem... Bierzemy od Lucienia wizytówkę i żegnamy się z nim serdecznie.

W drodze do naszych świątyń przejeżdżamy obok miejsca gdzie zgromadziły się tłumy ludzi. Zaciekawieni odstawiamy rowery i wchodzimy, okazuje się, że jest to walka kogutów. Z głupiej ciekawości chcemy to zobaczyć. Siadamy na deskach na widowni i z góry obserwujemy, co się zaraz wydarzy. Dwóch mężczyzn stawia naprzeciwko siebie dwa koguty, którym wcześniej przywiązali kolce do nóg. Oba koguty mają obcięte grzywy. Wiem, że robią to po to, aby przymocować im dodatkowe kolce na głowie. Na tej imprezie jednak koguty nie mają nic przyczepionego na łbach. Zanim zacznie się walka widownia zaczyna wydawać okrzyki nakręcające do walki. Puszczają koguty i się zaczyna. Zaczyna się to, co jest poza moją wszelką tolerancją. Bartka jak widzę też. Jeden kogut nie jest już w stanie walczyć, bo bardzo szybko zostaje pokonany przez drugiego. Jednak stawiają go znowu do walki. Wtedy nie wytrzymałam i krzyknęłam ‘No!’. Ludzie się jednak tylko spojrzeli, niewzruszeni moim sprzeciwem. My natomiast nie wytrzymaliśmy tego widowiska. Od razu wyszliśmy stamtąd, ja ze łzami w oczach. Szczerze, myślałam naiwnie, że walki kogutów zakładają pokonanie przeciwnika, poprzez pokaz siły, a nie- przez zabicie.

Po tej sytuacji, gdy widzę koguty w osobnych klatkach, staję przy każdej i je obserwuję. Jak widzę, że nie mają grzyw i są linki przy łapach, to już wiem, że te koguty są przeznaczone do walk. I wtedy mam ochotę uwolnić je wszystkie, gdyby tylko klatki nie były pozamykane na te cholerne druty. Po tym, co zobaczyłam, jest w człowieku jakiś dziwny dylemat: jak cieszyć się tym pięknem, które mnie otacza, gdy widzę, jak traktuje się zwierzęta.

Docieramy w końcu do świątyni Gunug Kawi. Na jej terenie jest basen, w którym kąpią się ludzie i piorą swoje rzeczy. Dziwny ten basen. Planowaliśmy jechać do jeszcze jednej świątyni, ale nie bardzo wiemy jak daleko to jest, bo za każdym razem jak się pytamy jak coś jest daleko, słyszymy od uśmiechniętych ludzi - 3 km. Nawet jak już przejedziemy te 3km, to i tak zawsze zostaje nam tyle samo… Odpuszczamy tym bardziej, że nieźle się obkupiliśmy w pamiątki w przydrożnych sklepikach. W sumie cała kilkunastu kilometrowa droga od Ubud do świątyni to naprzemiennie pola ryżowe i sklepy z wytworami lokalnych artystów. Oczywiście ceny tutaj są znacznie niższe niż w samym Ubud gdzie roi się od turystów.

Kiedyś w jednej książce ("Jedz, módl się i kochaj") wyczytałam, że Balijczyk zawsze pyta się przechodnia, dokąd zmierza i skąd przybywa (a jeśli jest to kobieta, to jeszcze czy ma męża). Uświadomiłam to sobie właśnie dzisiaj, że faktycznie to robią, ale nie tylko Balijczycy. Na Jawie też się z tym spotkaliśmy. Potrafią zaczepić na ulicy bez powodu: Cześć, skąd jesteś? Skąd przybywasz? Dokąd idziesz? Od czasu do czasu dodadzą: Wejdź do mojego sklepu/ galerii, zobacz, co mam - ale nigdy nie jest to narzucanie się. Raz w Yogyakarcie jeden Jawajski handlarz zaczepił nas na bazarze i zadał powyższy zestaw pytań. Gdy dowiedział się, że jesteśmy z Polski, wyraził przykrość z powodu tego, co się stało w Smoleńsku. Rozumiał, jak poważna była to tragedia i okazał wyrazy współczucia.

Tymczasem jedziemy sobie przez śliczne okolice z tarasami i polami ryżowymi, obserwujemy rolników podczas pracy i jesteśmy obszczekiwani przez wszystkie psy, które kręcą się przy ludziach. To samo jest w Ubud. One szczekają z daleka, rozpoznając w Tobie obcego przybysza. Co lepsze nigdy nie szczekają na lokalnych. Po tej wycieczce i rozmowie z Lucieniem, przyszła mi do głowy teoria o tym, że te psy (które ujadają i warczą tylko będąc przy ludziach), dają wyraz tego, co myślą Balijczycy. Te psy ewidentnie pokazują, że są oni i są my. Balijczyk tego nie pokaże, bo ma w sobie tyle ogłady, że będzie się tylko przyjemnie uśmiechał...

28.07.10 środa
Ubud - Padangbai

Rano po wschodzie słońca jedziemy na rowerach do świątyni Goa Gajah, która jest zlokalizowana w malowniczej dżungli. Widoki są przepiękne – zdecydowanie polecamy, szczególnie z samego rana. Potem wybieramy się do parku dla małp, w którym jest ich setki i jedzenia mają pod dostatkiem, bo turyści ciągle karmią je bananami. Widzimy jak, małpy wchodzą na plecy i głowy niektórych turystów. Są dość pewne siebie, ale nie wydają się niebezpieczne, bo nie są głodne. My jednak unikamy bezpośredniego kontaktu z nimi, po tym jak wygłodniałe zmusiły nas do oddania jedzenia w forcie Amber w Jaipurze.

Na obiad idziemy do knajpki, gdzie menu stanowi jeden posiłek, a urozmaiceniem może być fanta lub sprite zamiast coli. Jedzą tu lokalni i ceny są bardzo niskie, ok.3 zł za posiłek. Zdecydowanie polecamy, bo o tania i smaczną lokalną knajpkę w centrum Ubud ciężko, a ta znajduje się przy samym przystanku autobusów Parama. Spotykamy tu nie tylko lokalnych, ale jedynych białych, którymi jest rodzinka z Holandii, rodzice i czwórka dzieci. Zaczynamy rozmawiać i okazuje się, że cała rodzina podróżuje po Azji już 10 miesięcy, dzieci mają home teaching i ich podróż dobiega już końca. Przy pożegnaniu wyrażam raz jeszcze podziw dla ich sposobu podróżowania, a mama odpowiada mi, że ta przygoda nigdy się nie kończy, nawet jak są dzieci, i warto o tym pamiętać. I puszcza oko. Inspirujące.

Ubud zdjęcia

Ubud filmy

Bangkok | Yogyakarta | Prambanan | Borobudur | Bromo | Kawah Ijen | Ubud | Padangbai | Kuta | Gili Islands | Kuala Lumpur