sama-sama

Trinidad i Tobago

Od razu zaznaczmy, że nie będzie to opis wyprawy obfitującej w intensywne zwiedzanie zabytków i podziwianie perełek architektonicznych. Nie. Ta wyprawa nie ma z tym nic wspólnego. Karaiby z dziedzictwem kulturowym mają tyle wspólnego, ile Polska ze stabilną i słoneczną pogodą w lato. Natomiast nasza wycieczka po pirackich terenach łączy się z przyrodą, którą stanowią plaże, niczym z filmu "Błękitna Laguna", rafy koralowe, które dosłownie zapraszają do głębszego poznania świata podwodnego, dżungle z roślinami tak soczyście zielonymi, że chciałoby się je zjeść i wodospadami ukrytymi w lasach deszczowych, które zachęcają przynajmniej do wykonania jednego skoku i wykąpania się w orzeźwiającej toni.

Karaiby to miejsce wszechobecnej czarnej muzyki. Z aut sączą się hip-hop, reaggeton, lokalne calypso i soca, gospel oraz soul. W autobusach i samochodach, w sklepach, przy straganie z rybami, wszędzie jest muzyka. Czasem wręcz ma się wrażenie, jakby kierowcy urządzali zawody na wytrzymałość głośników, na to, kto i co głośniej puści.

Nasza wyprawa obejmowała 3 państwa Trinidad i Tobago, St Vincent i Grenadyny (to wyspiarskie państwo obejmujące oprócz wyspy St.Vincent także mniejsze: Bequia, Mayreau czy Union Island na których byliśmy) oraz Grenada i przynależąca do niej mniejsza siostra wyspa Carriacou.

Od razu jak przybyliśmy na lotnisko w Crown Point, uderzyło nas przyjemne ciepło i słoneczko, ale po krótkim czasie to przyjemne ciepełko zamienia się w żar, wytwarzający kropelki potu na całym ciele. Jeśli ktoś chce poplażować w Crown Point to najlepiej zrobić to przed odlotem, lotnisko jest tak blisko, że można poleżeć na plaży a potem piechotką dostać się na lotnisko.

Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy od spokojnego, wręcz idyllicznego Tobago. Zwiedziliśmy Speyside i przejechaliśmy przez Charloteville; w obydwu miejscach nie ma ładnych plaż, ale warto tu przybyć na nurkowanie, gdyż rafy są przecudowne. Tu po raz pierwszy w życiu zanurkowaliśmy- obydwoje planowaliśmy to zrobić, ale ja miałam w związku z tym abmiwalentne uczucia. Towarzyszyły mi ekscytacja i lęk przed tym, co czeka mnie pod wodą. Jeden niemiecki instruktor w Speyside ujął to trochę przewrotnie: jak już człowiek spróbuje nurkowania i nauczy się go, to dostrzeże, że łatwiej oswaja strach głęboko pod wodą, niż uprawiając snorkelling, gdy płynie się zaraz przy powierzchni i nie widzi się tego, co jest na większych głębokościach. Można łatwo na to znaleźć kontrargumenty, ale facet w jakimś stopniu ma rację. Nurkowanie z pewnością pozwala cieszyć się wrażeniami ze świata podwodnego, który jest człowiekowi mniej znany i inaczej dostępny niż ten na lądzie. Poza tym, jak ujęła to jedna para Holendrów - po wykonaniu swojego dwusetnego któregoś nurkowania podczas którego widzieli śpiącego rekina - gdy już raz nauczysz się nurkować, ta nabyta umiejętność otwiera drzwi do cudownego świata podwodnego, gdziekolwiek pojedziesz i gdzie warto nurkować. Co po prostu oznacza, że zakres tego, co zobaczysz podczas podróży rozszerza się o kolejny wymiar - podwodny.

Jest jednak miasteczko, które urzekło nas najbardziej. To Castara, ze swoją prześliczną plażą otoczoną zalesionymi górami. Tam znaleźliśmy najlepszy, najschludniejszy i najładniejszy apartament u przemiłej gospodyni, która przygotowała nam orzeźwiający sok z limonek i pizzę, gdy wróciliśmy zmęczeni z hikingu po lesie deszczowym. A w lesie - jak w bajce. Zewsząd otacza nas bujna zieleń, listowie błyszczy w świetle porannego słońca, a mieszkańcy lasu dają znać o sobie na każdym kroku: ptaki świergocą, owady bzyczą, pnie bambusa ocierają się o siebie i "skrzeczą". Jest pięknie:) Z Castary warto wybrać się też na Englishman's Bay, uważaną nie bez powodu za jedną z najpiękniejszych plaż świata. Trzeba jednak uważac na zdradzieckie fale, które w moim przypadku były tak silne, że wciągnęły mnie pod wodę i wyrzuciły dopiero na brzeg, ścierając mi skórę boleśnie piaskiem. Bolało;-)

Z ruchliwego Scarborough, które jest największym miastem na Tobago, wzięliśmy prom na Trynidad. W samym Scarborough nie warto zatrzymywać się na dłużej, zupełnie inaczej niż w Port of Spain, stolicy Trynidadu. Port of Spain to niesamowite miasto gdzie szklane wieżowce patrzą z góry na małe uliczki gdzie dynamicznie toczy się barwne życie lokalnych mieszkańców.

Będąc w Port of Spain warto zakwaterować się w Pearl’s guest house -klimatycznej, schludnej kwaterce z dzieloną kuchnią i łazienką. Guest house prowadzony jest przez bardzo pomocną Grubą Bertę (tak Bartek nazywa murzynki, które rozmiarami przekraczają przynajmniej dwie osoby) bez dwóch zębów na przedzie, co utrudnia znacznie rozumienie tego, co mówi. I choć jest bardzo pomocna najczęściej z wszelkimi pytaniami kierujemy się do jej męża, który mówi trochę (troszeczkę) wyraźniej. Zapomniałam nadmienić, że niektórzy ludzie na Karaibach mówią, jakby odgrywali rolę największych czarnuchów w okolicy z taką ilością slangu i dialektu, że ciężko ich zrozumieć. Łączą angielski ze swoim kreolskim dialektem albo patua- łamaną francuszczyzną.

Kuchnia w guest housie sprzyja integracji- oprócz nas mieszkają w nim Niemka, czekająca na swojego chłopaka Fina, który podróżuje po Wenezueli; Szwajcar, z którym żartujemy, że gdziekolwiek nie pojedzie nie przejmuje się cenami, Hindus, który przyjechał tu pracować oraz najsympatyczniejsza postać tej obyczajowej historii- Niemiec, podróżujący po Karaibach w celu zakupu łodzi, na której chciałby zamieszkać. Robi filmy promujące szacunek do przyrody, prowadzi także swoją stronę http://www.tigersnail.com. Jeździ z kamerą po lasach za oryginalnym na Karaibach ptactwem lub nurkuje i filmuje delfiny, żółwie i inne cudowne podwodne stworzenia. Po dwóch tygodniach spotkaliśmy go znowu przypadkiem w porcie. Był w Grenadzie, my też, płynął do do Tobago do Crown Point, my też, gdyż stamtąd miał lot Condorem do Frankfurtu - my też! Cieszymy się na swój widok, tak jakbyśmy spotkali rodaka. W Grenadzie udało mu się w końcu kupić łódź! Ma zamiar mieszkać na niej ze swoją dziewczyną z Kanady.

Kolejnym miejscem, które obowiązkowo trzeba zobaczyć to okolica ulic Charlotte Street, Frederick Street, oraz Duke Street. Okolica przypomina Paharganj w Delhi, z tą różnicą, że jest to lokalna, a nie turystyczna część miasta. Głośna muzyka, gwar ulicy, prawdziwe życie lokalnych ludzi, Bartek uwielbia takie miejsca, mógłby tak siedzieć pić piwko na ulicy i obserwować tętniące życiem ulice. Czekanie na autobus w tej części miasta jest wręcz przyjemnością. Kręcą się tam różne dziwne typki, pewnie dlatego lokalni mówią uważajcie, ale za dnia nie ma się tam czego bać. Pozornie nikt nie jest tobą zainteresowany, czujesz się bezpiecznie, bo nikt cię specjalnie natarczywie nie zaczepia. Trzeba jednak zważyć, że jeśli jesteś biały, to automatycznie większa uwaga jest poświęcona tobie i nie ma sensu udawać, że jest inaczej. Warto pamiętać, by mieć oczy dookoła głowy, bo wkrótce zobaczysz, że ktoś na pewno cię obserwuje i ma chrapkę na twój aparat lub torby z zakupami... Dodatkowo ulice kontrolują zołnierze z karabinami w kamizelkach kuloodpornych, z jednej strony może to sprawiać wrażenia bezpieczeństwa, ale z drugiej pokazuje, że jednak coś jest na rzeczy*. Parę uliczek dalej, na wschód, jest część miasta do której turyści raczej nie powinni się zapuszczać - okolice przypominające slumsy - ale w ciągu dnia trochę tam pochodziliśmy i było bezpiecznie:)
* Kilkanaście dni później, jak wróciliśmy do Trynidadu, dowiedzieliśmy się, że w między czasie była tam wojna gangów i zginęło 11 osób.

Lokalni z Tobago bardzo przestrzegali nas przed Trynidadem, że podobno jest niebezpiecznie, żeby uważać, a najlepiej żeby w ogóle tam nie płynąć, tylko zostać u nich na Tobago, gdzie jest tak cicho i spokojnie.W Trynidadzie nikt nas wprawdzie nie zaczepiał, ale raz odpoczywając na deptaku w centrum Port of Spain przysiadła się do nas dziwna kobieta bez zębów, próbując nas zagadać. Zaraz wokół zrobiło się tłoczno. Na szczęście zaczęliśmy się czujnie rozglądać dookoła trzymając mocno w rękach nasze rzeczy i wtedy ten tłum jakoś dziwnie się rozluźnił. Zapewne próbowano nas okraść, ale sami się o to prosiliśmy trzymając aparat fotograficzny luzem na stoliku, na którym jedliśmy ich lokalny odpowiednik kebaba czyli roti. (Roti różni się jednak tym, że mięso które dostajesz w picie jest razem z kośćmi:) ogólnie nic specjalnego.)

Wieczorem warto wybrać się do Savannah Park, gdzie można znaleźć każdy rodzaj lokalnego jedzenia, polecamy doubles doubles - rodzaj tłustego placka z różnymi sosami oraz bake and shark- zapiekana bułka z rybą, warzywami i sosami. Kuchnia karaibska bazuje na bardzo smacznych sosach, zwykle słodko - ostrych.

Z Charlotte Street pojechaliśmy zbiorową taxówką (maxi-taxi) na plażę Maracas Bay. Tego dnia była niedziela, więc miejsce było tłumnie oblegane przez lokalnych. Plaża jest niesamowita, otoczona górami, podobnie jak ta w Castarze, ale znacznie większa ze znacznie większymi falami i bardziej turystyczna- o czym świadczą tłumy, liczne bary z bake and smark(mniam!), burgerami i piwem Carib.

Wykorzystując pobyt w stolicy, pojechaliśmy kolejnego razu za Maracas Bay do miejscowości o wdzięcznej nazwie Blanchiseause(w tygodniu na Maracas Bay były pustki). To punkt wypadowy na hiking do Paria Falls, wodospadów, które koniecznie trzeba zobaczyć. W maxi-taxi szczęśliwie poznaliśmy młodego mężczyznę, który zaoferował, że nas zabierze do tych wodospadów, co potwierdzili inni pasażerowie. Zaproponowali, żeby koniecznie wziąć kogoś, kto zna teren i nie iść tam samemu (już to wcześniej słyszeliśmy). Chłopak ma na imię Wayne i pracuje w lesie, zna więc okolicę doskonale. Ze względu na dość późną, jak na hiking, porę dnia (była 13) dotarliśmy tam jego łódką. Ten sposób dotarcia do Paria Bay od razu nam się spodobał. Widoki po drodze były fenomenalne: dzikie plaże są otoczone gęstym lasem, a na szlaku wodnym mijaliśmy tu i ówdzie wystające z wody potężne skały. Wayne zaopatrzony był w maczetę, która ma służyć torowaniu drogi w dżungli i jako broń przed trującymi wężami, których tu, na Trynidadzie, nie brakuje. Gdy dotarliśmy do pięknego Paria Fall, myśleliśmy, że będziemy sami i poczujemy się jak odkrywcy, haha. A tam już ulokowała się grupa Hindusów, którzy po męczącym trzygodzinnym przedzieraniu się przez las postanowiła się wykąpać pod wodospadem i zrelaksować przy whisky i joincie. Miło było ich spotkać; darzymy Hindusów sentymentem i sympatią.

Potem przeszliśmy się wzdłuż nieskończenie długiej plaży, obok tych ogromnych skał oderwanych kiedyś od lądu, tworzących fantazyjne łuki i tunele. Nasz znajomy powiedział, że strasznie smutny ten nasz wyjazd na Karaiby - będziemy na takich plażach, że potem żadne inne już nas nie zachwycą i po części może mieć rację. Paria Bay jest kolejną plaża jak z bajki, jak się człowiek odpowiednio przygotuje to można zrobić hiking do wodospadu, a potem spędzić noc na plaży. W drodze powrotnej jeden z kuzynów stanął przy silniku i rozpędził łódkę tak, że płynęliśmy z zawrotną prędkością między skałami. Zrozumiałam wtedy, że tutejszi mieszkańcy na pewno w taki sposób urozmaicają sobie czas wolny, organizując tego rodzaju przepłynięcia przy ektstremalnej prędkości jak najbliżej skałek i między nimi- żeby było bardziej ekscytująco. Ja trzymałam sie kurczowo pokładu i modliłam w duchu, by nas nie wypieprzyło z łódki, gdy jednak spojrzałam na naszych przewodników, na ich twarzach malował sie wręcz mnisi spokój i zadowolenie z tego, że udało im się pokazać na co ich stać. Bądź co bądź, dzięki naszym fajnym przewodnikom powrót nie miał nic wspólnego z leniwym przepłynięciem w jedną stronę. Brudni i w mokrych butach wróciliśmy autobusem do Port of Spain.

Z Port of Spain wzieliśmy samolot i po niespełna godzinnym locie byliśmy już w St.Vincent.

PORADY PRAKTYCZNE

1. W Speyside nie planujcie robić kursu nurkowania o lokalnego o imieniu/ksywce Redman. Facet może i ma pojęcie o nurkowaniu i trochę niższe ceny niż liczna konkurencja ale nie jest nawet w Padi. Tak więc nam obiecywał zrobienie kursu, do wystawienia którego nawet nie miał papierów.

2. Ostatniego dnia nurkowaliśmy w Crown Point w szkółce należącej do Hotelu „Reef Hotel”. Nie polecamy nurkowanie trwało mniej niż 45 minut (mieliśmy jeszcze dużo powietrza w butlki) poza tym samo miejsce było bardzo słabe w pórwnaniu do tego co widzieliśmy na Bequi czy Speyside. Tak więc nurkowanie nie jest tanią zabawą a na nurkowanie w Crown Point raczej szkoda czasu i pieniędzy.

3. W Port of Spain najlepiej spać w Pearl’s Guest House. Jest to najtańsza opcja z bardzo dobrą lokalizacją, ładnymi czystymi pokojami i super gospodarzami – zdecydowanie polecamy. Cena w sierpniu 2011 – 200 TT za noc.