sama-sama

Grenada

Z Union Island wzięliśmy łódkę na Cariacou, małej wysepki na która dużo turystów nie zagląda. Jest to mniejsza siostra Grenady, toteż z wyspy do wyspy trzeba się przedostać z uprawionym do tego człowikiem, który musi razem z nami iść do punktu imigracyjnego wypełnić wszelkie papierki, wszak jesteśmy już w innym kraju:)

W Carriacou zakwaterowaliśmy się zaraz niedaleko portu, w bardzo schludnym i najtańszym apartamencie na całym wyjeździe (60 EC). Na karaibach pojedyncze pokoje to rzadkość przeważnie do wynajęcia są apartamenty z kuchnią. Z domu na plażę mieliśmy dosłownie kilka kroków, a z plaży do sklepu po tani, dobry i lokalny rum - jeszcze mniej, w dodatku obok w barze przy zakupie coli pani dawała nam całe kubełki lodu... piękny dzień:) Woda, z resztą jak wszędzie, czyściutka, przezroczysta, a nad nią krążą moje ulubione na Karaibach ptaki - ogromne fregaty.

Po jednym dniu z Cariacou wsiedliśmy się w maxi- taxi, i ruszyliśmy do Harvey Vale. Podczas podróży poznaliśmy starsze państwo z Florydy, które jechało do portu, by odcumować swoją łódź. Łódź która sami zbudowali, a zajęło im to 10 lat - niektórzy to mają bakcyla:) Z tego samego portu my wzięliśmy prom cargo na Grenade, który jest 2 razy tańszy niż pasażerski wypływający z Hillsborough.

Na Grenadzie zatrzymaliśmy się w St. George, portowym mieście, z kolonialną architekturą, i dużą ilością zniszczonych budynków po huraganach, które często nawiedzają ten rejon świata. Samo miasteczko bardzo urokliwe i tętniące życiem.

Wybraliśmy się do lasu deszczowego na hiking do Seven Sisters Falls. Poprowadził nas młody, muskularny przewodnik, Cliffon, który objaśniał, jakie zwierzęta i rośliny po drodze mijamy. Chłopak był energiczny i potrafił zarazić entuzjazmem oraz ciekawością do wszystkiego, co nas otaczało. Gdybyśmy nie wzięli przewodnika, nie wiedzielibyśmy paru ciekawych rzeczy o roślinach w tym lesie m.in. o gałce muszkatułowej, z której swoją drogą słynie Grenada i pewnie przeoczylibyśmy gekony obserwujące nas z ciekawością z gałęzi drzew.

Cliffon zaproponował trasę, która z perspektywy czasu wydaje się szalona. Mieliśmy isć pod górę do wodospadów i wrócić z powrotem skacząc z każdego z nich i plynąc rzeką do kolejnego, to był jedyny sposób na zobaczenie wszystkich wodospadów. Najpierw wyśmiałam jego pomysł, a potem zakopaliśmy wszystkie nasze pieniądze i paszporty w lesie i przystaliśmy na jego pomysł - Cliffon wyraźnie objaśniał, gdzie i jak mamy skakać, przy czym sam demonstrował to tak, jakby był dzieckiem tej dżungli, z niebywałą zwinnością i sprawnością. Widać, że zna miejsce doskonale i robił to wiele razy. Była to jedna z najlepszych rzeczy jakie w życiu robiłam, niestety nie skoczyliśmy jednak z ostatniego wodospadu. Wydawał się zbyt wysoki (miał ok10m) i zbyt ryzykowny (jakby nam to robiło różnicę). Z dołu nie wyglądał on tak strasznie ale stojąc na górze i patrząc w dół już nie jest tak kolorowo...

Cliffon powiedział wtedy, że powrót stromą ścieżką jest bardzo trudny i przekonywał, by skoczyć bo to jednak łatwiejszy sposób dostania się na dół. Zdecydowaliśmy się jednak na przejście po stromych skałkach, przytuleni do ściany, łapaliśmy gripy i kładliśmy stopy w luki, które widział tylko Cliffon. Gramoliliśmy się wręcz pionowo nad wodospadem, spod którego widać wystające skały. Jeden przechył do tyłu i lecisz...łup! Nasz przewodnik okazał jednak dużo siły i zdecydowania (z pewnością więcej niż my) i udało się postawić nogę na swobodnym gruncie. Dla nas było to super hardcorowe doświadczenie, bo nigdy nie mieliśmy do czynienia z taką wspinaczką, (zapomniałabym o jednej stromej ścianie nad potokiem w Słowacji, na której musiałam się wspinać, przyklejając się wręcz do niej, bo Bartek obrał taką właśnie "ścieżkę".) Podsumowując, faktycznie chyba o wiele łatwiej byłoby skoczyć i jak ołówek wślizgnąć się do wody:)

Wieczorem wybraliśmy się z Cliffonem do pobliskiej miejscowości Gouyave na wieczór Fish Friday, gdzie serwowali urozmaicone dania i przekąski rybne, wszystko w rytmach muzyki soca i wszechobecnym rumie z którego słynie Grenada:)

Ostatniego dnia przed powrotem do Tobago spędziliśmy na uroczej plaży Grand Anse Bay kilka kilometrów od St. George. Bezprzewodowy Internet na szerokiej i nieskończenie długiej plaży, i zimne piwko, tak spędzamy dzień, a potem szybciutko na lotnisko i wracamy do Tobago, gdzie kończy się nasza ponad 3 tygodniowa podróż po Karaibach, miejscu przesiąkniętym czarną muzyką i rumem, gdzie rewelacyjne plaże otoczone dżunglą należą prawdopodobnie do najlepszych na świecie...