sama-sama

St.Vincent & Grenadines

Kolejnym celem naszego zwiedzania była Bequia. To wyspa, która przynależy do innego państwa- St.Vincent and the Grenadines. Najpierw przelecieliśmy z Trynidadu do Kingston na St.Vincent, uroczej portowej miejscowości, a stamtąd dotarliśmy promem do Port Elisabeth w Bequia. To miejsce zawsze już będziemy wspominać z łezką w oku, bo to tu zrobiliśmy nasz pierwszy kurs nurkowania- open water diving w towarzystwie profesjonalnej ekipy ze szkoły Bequia Dive Adventures.

Wszystkiego uczył nas niezastąpiony Larry Stove, instruktor PADI, oraz właścicieł szkoły, który bardzo przykładał się do zajęć z nami, omawiał do znudzenia każdy dział z podręcznika, którego mieliśmy się nauczyć i był bardzo pomocny pod wodą. Cały kurs zrobiliśmy w trzy dni i zżyliśmy się z naszą ekipą, z którą spędzaliśmy właściwie całe dnie. Kurs składał się z testów z teorii i pod wodą i zakończony był testem teoretycznym. Szkoda jedynie, że nie zakupiliśmy aparatu podwodnego, bo jest co podziwiać na Karaibach: piękne rafy, roślinność, kolorowe rybki, węgorze i konika morskiego. (Oraz żółwie, ale to już w innym miejscu, na Tobago Cays.) Jeśli ktoś zamierza nurkować na Bequia zdecydowanie polecamy Bequia Dive Adventures, szkoła mieści się zaraz za szkołą Dive Bequia idąc od głównego portu.

Jeśli chodzi o plaże na Bequia to byliśmy na Friendship Bay oraz Princesse Margaret Bay, obie oczywiście urokliwe ale podobno i z pewnością są inne - równie piękne. Wyspa posiada praktycznie mnóstwo plaż, więc jest w czym wybierać.

Ceny na wyspie miały być bardzo wysokie i początkowo wszystkie noclegi takie były. Wystarczyło pójść jednak dalej w głąb wyspy, żeby znaleźć apartament z kuchnią za 80 EC, u przemiłej starszej pani, o ile pamiętam nazywała się Betty Fredrickson. Jej dom mieści się zaraz za boiskiem do koszykówki, gdzie koncentruje się nocne życie mieszkańców. Zapalają lampy i organizują zawody dla dzieci.

Kolejnym miejscem po Bequia była malutka wyspa Mayreau, polecana przez podróżników w internecie i pewnego mieszkańca Bequia, którego poznaliśmy na Princesse Margaret Bay. Wyspa jest w istocie wioską zabitą dechami, gdzie diabeł mówi dobranoc, psy chodzą zaniedbane i poniewierane przez mieszkanców wyspy, ale ten fakt pozostanie niezauważony przez ludzi, którzy przybywają tu, by podziwiać rewelacyjne plaże, usytuowane w zatokach, w których zacumowane są liczne jachty. Rzeczywiście plaże mogą się równać z Englishman’s Bay, Maracas Bay czy Paria Bay.

Spotkaliśmy tu po raz pierwszy i jedyny na Karaibach Polaków podróżujących właśnie jachtami. Wyspa jest tak mała, że spokojnie można ją całą przejść w 2 godziny, a ceny na niej są tak wysokie, że życie tam nie należy do najtańszych. Mieszka tam tylko kilkaset osób i lokalny biznesmen do niedawna posiadający jedyny hostel na wyspie z basenem, pokoje z klimatyzacją i łódką w porcie.

Stąd po długich negocjacjach co do ceny, popłynęliśmy z jednym rybakiem na Tobago Cays. Musieliśmy zbić z irracjonalnej ceny zaproponowanej przez lokalnych rybaków, którzy krzyczeli sobie od 200EC ~ czyli 200 złotych!!. Udało nam się wytargować do 120, co i tak jest kwotą cholernie wygórowaną, ale wciąż nieatrakcyjną dla tych rybaków, którzy woleliby ewidentnie siedzieć cały dzień i patrzeć się na horyzont, niż zarobić wynegocjowaną, ale i tak dobrą kasę. Nie omieszkałam tego skomentować, gdy już wiedziałam, że mam do czynienia z tak upartymi ludźmi, na co usłyszałam w odpowiedzi, że to ich sprawa jak spędzają swój dzień, a mi nic do tego. I oczywiście mieli rację. To jest zupełnie inna kultura niż europejska, gdzie czas i pieniądz mają inną wartość.

Jeden rybak zgodził się z nami popłynąć, a reszta jak siedziała pod palmą wcześniej, tak siedziała pod nią dalej jak wróciliśmy. Jedynie jeden z nich, zagorzały przeciwnik zejścia z ceny, dalej układał swoje kartki pocztowe z taką starannością, jak gdyby miały tu przybyć tłumy i wykupić od niego te cacka.

Zależało nam bardzo, by popłynąć na Tobago Cays, ze względu na żółwie pływające blisko brzegu. Dotarliśmy małą łódeczką po wzburzonym morzu na śnieżnobiałą piaszczystą plażę maciupeńkiej wysepki z jedną tylko palmą i kilkoma krzewami. Były tam też inne, trochę większe wyspy, a między nimi zacumowane jachty z białymi żaglami. Gdy weszliśmy do wody z maską, rurką i płetwami, nie musieliśmy długo czekać. Od razu ujrzeliśmy najpierw jednego żółwia, potem kolejnego, a następnie całe rodziny- rewelacyjne widoki! Niektóre żółwie były przeogromne, niektóre ze skorupą nadgryzioną przez rekina lub bez jednej łapy. Woda była dość płytka, a dno porośnięte wodorostami, którymi zajadały się te majestatyczne stworzenia.

Z pięknego Tobago Cays wróciliśmy na Mayreau, a stamtąd popłynęliśmy promem na Union Island, większej wyspy, na której ceny są o wiele niższe. Ludzie na Union Island są o wiele milsi i bardziej pomocni niż na Mayreau, nie są tak zachłanni na kasę, o czym świadczą kwoty za wycieczki , np. lepiej jest pojechać na Tobago Cays z Union island, kosztuje to tylko 50 EC za dwie osoby, mimo że jest dalej... Poznaliśmy miłego faceta o imieniu Dwight, który pracuje jako przewodnik, ciekawa postać, kiedyś przemycał diamenty w Afryce, a teraz siedzi na swojej rodzinnej wyspie siedząc całe dnie na Facebooku:) Polecił nam dobrą restaurację, w której jedzą lokalni i bar, w którym można kupić dobrego jointa za pięć złotych, co było dość znamienne, gdyż kosztowało to mniej niż butelka wody:)

Union Island nie słynie z fantastycznych plaż, ale udało nam się znaleźć taką perełkę, tzw. Big Sun, z bialusieńkim piaskiem i bez żywej duszy na horyzoncie.