Dzieci w sierocińcu Pawła Huka 'New Hope Africa'
Dzieci w sierocińcu Pawła Huka 'New Hope Africa'
Dzieci w sierocińcu Pawła Huka 'New Hope Africa'
Dzieci w sierocińcu Pawła Huka 'New Hope Africa'
Dzieci w sierocińcu Pawła Huka 'New Hope Africa'
Dzieci w sierocińcu Pawła Huka 'New Hope Africa'
3cia godzina czekania na odebranie umówionego samochodu...

ISIOLO

PAWEŁ HUK

Pawła poznaliśmy jeszcze wcześniej niż on poznał nas. Pewnego razu portal natemat.pl opisał historię Polaka prowadzącego sierociniec w Kenii. Tak nas zainteresowały jego perypetie, że postanowiliśmy się z nim skontaktować.

Przyjechał po nas- mnie, Bartka i Mikołaja- do Nairobi- cztery godziny drogi od Isiolo, miejsca gdzie mieszka i znajduje się sierocieniec. Mikołaj jest z nami podczas pobytu u Pawła. Ten przedstawił się ładnie, a potem spytał konkretnie, czy mamy jakiś chleb. Żadna tam kanapka, zwykły suchy chleb.

- Bo nie jadłem dzisiaj jeszcze nic. (Była godzina 12.) Nie macie? No trudno. Zjemy coś po drodze.

Po czym wsiedliśmy do auta i pognaliśmy z Pawłem do Isiolo. Podczas tych kolejnych dla niego czterech godzin jazdy, nie zjadł nic prócz zakupionych po drodze bananów. Przez cały ten czas opowiadał nam swoją historię.

- W ogóle to jestem z Zamościa. Ale mieszkałem i pracowałem w Cambridge na uniwersytecie w administracji, do niedawna. Zajmowałem się m.in. organizacją rożnych eventów. Wcześniej w Polsce studiowałem teologię. W ogóle całe życie marzyłem o tym, by pomagać innym. Ta myśl dojrzała w Anglii, tam uświadomiłem sobie, co ja robię i gdzie jestem. I że nie chcę tak dłużej.

Rzuciłem robotę i wybrałem się w podróż autostopem. Celem były Indie. I żeby dotrzeć tam drogą lądową, ewentualnie wodną, nie płacąc za transport. Po prostu stopem, za darmo. Wziąłem 100 dolarów do kieszenie na wszelki wypadek, ale postanowiłem, że dojadę z tymi stoma dolcami do Indii. Plan się nie powiódł, nigdy nie dojechałem do Indii, a sto dolarów poszło szybciej niż się spodziewałem.

Poznałem po drodze fantastycznych ludzi, do których póżniej w trakcie podróży mogłem zwrócić się o pomoc. Przejechałem Europę i wylądowałem w Izraelu. Tam zobaczyłem taką rzecz, która mnie po prostu zszokowała: jak w parku koczowali uchodźcy z Palestyny, bez bierzącej wody, bez jedzenia, w fatalnych warunkach. Nikt o nich nie dbał, nikt się nimi nie zainteresował! Zacząłem wtedy chodzić od restauracji do restauracji, od baru do baru, po sklepach i pytać się o jedzenie, które im zostało, które normalnie wyrzuciliby na śmietnik. Wyjaśniłem im w jakim celu ich o to proszę. W internecie na portalu dla podróżników rzuciłem hasło, że jeśli są w pobliżu, to niech mi pomogą. Wyobraźcie sobie, że zebrali się ludzie z różnych stron świata. Chętni, by pomagać. To był taki krąg ludzi dobrej woli, niewiarygodne. Doszło nawet do tego, że gdy szedłem ulicą, to sami pracownicy z knajp i spożywczaków wołali do mnie: „Paul, we’ve got some food for you!”. I to było często świeże jedzenie, dopiero co przygotowane, ciepłe.

Wtedy coś się u mnie zmieniło. Postanowiłem pojechać do Afryki, do Ugandy. Byłem zawsze uparty, ale miałem szczęście spotykać dobrych ludzi. Na przykład wtedy, gdy chciałem się dostać do Izraela z Palestyny. Urzędniczka, gdy zobaczyła palestyński stempel wyrwała mi kartkę z paszportu, przez co kolejny urzędnik stwierdził, że muszę wrócić do domu i wyrobić sobie nowy paszport. Przecież ja tego w ogóle nie brałem pod uwagę! Tyle przejechanych kilometrów, żeby teraz co?? Się cofać? Postanowiłem poczekać w jakiejś wiosce przy lotnisku, skleiłem paszport taśmą klejącą i wróciłem. Patrzę, a to ten sam urzędnik. Rozpoznał mnie oczywiście, powiedział, żebym się nie łudził, bo i tak mnie nie wpuści. Postanowiłem więc go przeczekać, może ktoś inny przyjdzie na zmianę. Wracam, a tu znowu on! Gdy zbliżam się do niego mierzymy się wzrokiem. W końcu mówię do niego: „ Ja jestem uparty, człowieku, ja muszę przejść przez tę granicę, bo ja mam cel do zrealizowania. Zrozum to.” Spojrzał na mnie, jakby szukał potwierdzenia. W końcu mnie puścił! Bo ja byłem zdeterminowany, miałem cel: Afryka, Uganda, pomoc biednym dzieciakom.

Albo inna sytuacja- przykład dobrych ludzi. Byłem na Cyprze i musiałem się przedostać samolotem do Afryki. Nie miałem pieniędzy na bilet. Gdy poinformowałem władze lotniska o swoim planie na Afrykę, oni sfinansowali mi normalny bilet. To jest niewiarygodne, ale gdy takie rzeczy się wydarzą, ja to czuję w kościach, że mi się uda. Oczywiście wcześniej się dużo o to modlę. Więc Bóg naprawdę cały czas mi pomaga.

Po drodze do Ugandy, pracowałem w sierocińcu prowadzonym przez pewną Włoszkę, w Isiolo. Miałem jednak dalej w głowie Ugandę, chciałem zrealizować cel. Obiecałom dzieciakom z Isiolo, że wrócę do nich. Gdy dotarłem do Ugandy, byłem już bardzo słaby. Coś się ze mna działo złego. Miałem dreszcze, było mi zimno. Zabrano mnie do szpitala i stwierdzono malarię. Tam się mną bardzo ładnie zajęli, a potem wysłali do Anglii, gdzie z kolei tak się mną zajęli, że dostałem zółtaczki i omało co nie zszedłem z tego świata. Bo ja się też w ogóle nie szczepiłem. Na nic. Pamiętam, że to co mnie od razu postawiło na nogi, to był rosół i bigos mojej mamy.

Wyzdrowiałem. I wróciłem do Afryki. Do Isiolo. I tak zaczęło się to wszystko. Przejąłem sierociniec, mając nadzieję na zmianę go na lepsze. Widziałem, jak źle jest zorganizowany wcześniej. Zacząłem mieć na pieńku z lokalnymi pracownikami sierocińca. Bo ja, w przeciwieństwie do poprzedniej właścicielki, gdy miałem pieniądze, najpierw płaciłem za operacje dla dzieci, jedzenie dla nich, jakiś ekwipunek, a często już nic nie zostawało z tych pieniędzy, żeby opłacić pensję. Zaczęło się robić bardzo nieprzyjemnie. Są tacy w okolicy, co chcieliby mnie widzieć martwego. Grożą mi. Ale ja się ich nie boję. Mnie już nic nie złamie. Pokładam ufnosć w Bogu, i wiem, że nic mi się nie stanie. Ale mam żonę, Kenijkę, jest w ciąży, już po terminie. I o nich się boję. Dlatego się wyprowadziłem z centrum Isiolo na obrzeża. Sierociniec dalej prowadzę.

FUNDACJA NEW HOPE

Wszyscy którzy chcieli by pomóc Pawłowi, albo po prostu skontaktować się z nim zapraszamy na stronę sierocińca http://www.newhope.pl/

ISIOLO

Dojechaliśmy do Isiolo. Zaczyna się szarówka. Okolice nie wyglądają na spacerowe. Naprawdę nikt nie chciałby się tamtędy przejść, no jedynie wtedy, gdyby cię wąż ukąsił i byłaby to jedyna droga do szpitala. Jedziemy do sierocińca. Paweł otwiera szybę i informuje jakiegoś dzieciaka, żeby otworzył bramę. Wjeżdżamy.

A tam dzieciaki witają Pawła i nas z uśmiechami. Niektóre są nieśmiałe i trzymają się z boku, obserwują, inne otaczają nas. Paweł przywołuje dzieci do porządku i rozdaje ciastka, które przywieźliśmy z Polski. Dzielą się między sobą, po równo. Jedna około ośmioletnia dziewczynka trzyma swoją siostrzyczkę non stop na rękach. Mała ma może 3 lata. Starsza siostra jest bardzo opiekuńcza.

Dzieciaki coraz bardziej się do nas przekonują, podchodzą, zagadują. Otacza mnie gromadka uśmiechniętych dzieci. Rozmawiam z nimi, zadaję pytania.

- Gdzie śpicie? Gdzie się uczycie? Czego się uczycie?

Okazuje się, że szkoła jest zawsze tematem uniwersalnym, gdziekolwiek człowiek jest na świecie. Dzieci bardzo się ożywiają i mówią, jakich przedmiotów się uczą.

- A czego najbardziej lubicie się uczyć?

Chłopiec z przodu jest najbardziej aktywny i walczy o moją uwagę. On jest najmądrzejszy i on odpowie na wszystkie moje pytania. Chce się wykazać.

- A jakie znacie kraje w Afryce? A jakie miasta w Kenii?

W jednej chwili pokochałam te dzieciaki, które tak ochoczo odpowiadały na pytania i chwaliły się swoją wiedzą. Pogłaskałam je po policzkach, mając ochotę je wyściskać, i powiedziałam im, jak bardzo są mądre.

- Natalia, wsiadaj do samochodu. Musimy już jechać. – usłyszałam to, czego nie chciałam. Nie spodziewałam się, że tak szybko trzeba będzie zmykać. Myślę, że Paweł bał się wtedy o nas. Nie o siebie. On wie, że nad nim czuwa Opatrzność.

Pojechaliśmy do domu Pawła i Eugene. Zanim wjechaliśmy na podwórko, odryglowaliśmy ciężką bramę, mając nadzieję, że nikt z nieprzyjaznych Pawłowi dusz, nie wie, że tu jesteśmy. Na podwórku dwa psy, trawa niekoszona, w której z łatwością można by natrafić na jakiegos ładnego i dużego węża. Wchodzimy w bardzo skromne progi, ledwo umeblowane, malutka toaleta z jednoczesną funkcją prysznica, salon z dwoma krzesełkami, stoliczkiem i niczym więcej. Bardzo skromnie, ale aż pachnie czystością. Eugene, żona Pawła, jest w 9 miesiącu ciąży. Niedługo zacznie rodzić. Przygotowała nam przepyszną kolację- spaghetti z tuńczykiem. Usiedliśmy na swoich plecakach i wszamaliśmy to błogosławione danie, dziękując ślicznej Eugene za to, co zrobiła. Po kolacji, przy butelce whisky usłyszeliśmy kolejne perypetie z życia Pawła tu, w Isiolo.

- Czasami trzeba pomóc tym dzieciom, które nie należą do ośrodka. Na przykład taki James, spadł z drzewa. Miał połamane całe ciało, powykręcane. Ale on wszedł na to drzewo, nie po to by się bawić, tylko po to, by zebrać liście, które przyspieszają dojrzewanie owoców na straganach. Zabrałem go do szpitala, a tam mi mówią, w szpitalu publicznym, że musze zostawić w depozycie jakąś horrendalna sumę. Jak jego biedna rodzina miałaby za to zapłacić?? Ja dałem te pieniądze, miałem je, bo znajomi mi przysłali. One miały być na coś innego, ale musiałem je poświęcić na tę operację. To są ciągłe dylematy. Albo jedna dziewczynka miała złamaną rękę i tak z nią chodziła. Jej rodzice w ogóle się tym nie zainteresowali. Poszedłem z nią do szpitala. Lekarz powiedział, że jeszcze chwila, a trzeba by było rękę amputować, bo była w takim strasznym stanie. Oczywiście operacja, kolejne pieniądze, tym razem niewielkie- ledwie kilkadziesiąt polskich zlotych. Wyobrażacie sobie? Uratować czyjąś rękę za tak małe pieniądze? Ale jej rodzina nie miała nawet takich funduszy.

Dzieciaki są zaniedbane. Chodzą bez butów, a przecież w tej ziemi jest brud, robaki. Pasożyt atakuje stopę, składa jaja w skórze, stopa wygląda okropnie, jakby była zagrzybiała. Dzieciaki wiedzą co robić, żeby ją oczyścić, bardzo sobie pomagają: jeden biegnie do ciernistego krzaka po specjalny kolec (btw z gałęzi tego krzewu tworzy się zagrodę dla zwierząt zwaną zeriba lub goma, w celu ochrony przed drapieżnikami), którym będziemy wydłubywać to świństwo, inny po wodę. Problemem jest też brak wody. Jeśli nie myjesz się codziennie, nie myjesz swoich stóp, to prędzej czy później nabawisz się takiego samego syfu.

Było już dobrze po 22 i ciemno na dworze, gdy nagle Paweł zaskoczył nas pytaniem:

- To co, jedziemy na miasto?

Spojrzeliśmy zdziwieni po sobie z Bartkiem i Mikołajem, potem na Pawła.

- No to jedziemy- odpowiedziliśmy. Dzielna Euegne, żeby tylko nie zaczęła rodzić.

- Natalia, zmień tylko spodenki na jakieś dłuższe. - Się robi szefie. Za chwilę byłam gotowa. Wsiadamy do auta i jedziemy na miasto. Jedziemy uliczkami, ktore rozpoznaję z filmiku, ktory Paweł nakręcił o dzieciakach na ulicy i wrzucił na youtube. Slumsy, pod murem jacyś ludzie śpią pod kartonami, gdzie indziej grupki meżczyzn stoją i rozmawiają. Na zewnątrz jest spokojnie, choć sama o tej porze nie przeszlabym sie tą okolicą. Tylko gdzieś tam w środku nas jest czujność. Zatrzymujemy sie pod otwartym sklepem, znajdującym się naprzeciwko lokalnej dyskoteki. Wychodzimy z auta i natychmiast podbiegają do nas dzieci. Co one robią po 22 na dworze? U nas takie małe dzieci już dawno moszczą się wygodnie w swoich łożeczkach. Tu, biegają po ulicach, bawią się, ... wąchają klej. Żeby nie myśleć o głodzie.

- Are you hungry?- pyta się Paweł dzieciaków. Szybko skinęły głowami. Idziemy do sklepu, kupujemy kilka bochenków chleba tostowego. Rozdajemy dzieciom, one dzielą się między sobą. Tak jak w sierocińcu. Dla ciebie, dla ciebie, i dla ciebie. Po równo. Wszystkie są uśmiechnięte. Zajadają się zwykłym, suchym chlebem. Dziś nie pójdą spać głodne.

Wszyscy w jakiś sposób czuliśmy, że Paweł potrzebuje oderwania się od tych problemów, z jakimi musi się zmagać na co dzień, z lękiem o siebie samego, o rodzinę. Że powienin oderwać głowę od myślenia o innych i po prostu się porządnie zabawić. Rozejrzeliśmy się jeszcze po okolicy, a potem pojechaliśmy do Meru na dyskotekę.

Tej samej nocy pojechaliśmy do Meru do dwoch klubów, w których byłam jedyna białą kobietą. Czy kiedykolwiek? Nie wiem, ale spojrzenia niektórych wskazywały, jakby tak właśnie było.

Weszliśmy do jednego klubu, a tam sala była tak zatłoczona i czarna od ludzi, że musieliśmy przyzwyczaić wzrok do ciemności. Wrażenie spotęgowała fantastyczna muzyka afro. Zdołaliśmy z trudem dostać się do baru. Ludzie byli bardzo przyjaźni, nikt nie patrzył na nas krzywo. Taniec między niektórymi kobietami i mężczyznami wyglądał jakby obie strony przechodziły okres godowy. Wytańczeni i w dobrych humorach wracamy do domu, do Isiolo.

JEDZENIE

Dla biednych ludzi w Afryce to norma, że jedzą raz, czasami dwa razy dziennie. Starają się przy tym jak najmniej wydatkować energii. Są bardzo szczupli, czasem wręcz chudzi. Przy tym umięśnieni, żylaści, silni i wytrzymali. Niektórzy z nich -paradokslanie- wyglądają jak okazy zdrowia, bez zbędnej tuszy, żwawi, energiczni, szeroko uśmiechnięci ze swoimi białymi zębami. Nie chciałabym oczywiście, by w naszym rejonie zabrakło kiedyś jedzenia lub wody, ale w krajach rozwiniętych jemy zdecydowanie za dużo, za mało spalamy, i znowu za dużo jemy. To nie sprzyja naszemu zdrowiu i samopoczuciu związanemu z naszym wyglądem. Nie wspominając o tym, że za dużo kupujemy jedzenia, ktorego nie jesteśmy w stanie zjeść, i część wyrzucamy do kosza. Z drugiej strony, w naszych kręgach kulturowych i geograficznych jedzenie to przyjemność, a nie tylko paliwo do życia. To cała celebracja z nim związana, degustacja, delektowanie się wielowymiarowością kuchni, jej rozmaitymi smakami, wariacjami kulinarnymi. Tego w lokalnej kuchni kenijskiej nie znajdziesz.

Kopiowanie i używanie elementów użytych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.