Czarny nosorożec zagrożony wyginięciem z powodu rogów, nie mających w praktyce żadnych w właściwości leczniczych
Czarny nosorożec zagrożony wyginięciem z powodu rogów, nie mających w praktyce żadnych w właściwości leczniczych
Antylopa Kob długo i czule myjąca młodego
Bawoły
Stary bawół i towarzysząca mu czapla złotawa
Dzika świnia- Pumba w języku suahili
Kraska białogardła (nazwa ang. Lilac-Breasted Roller), występująca też m.in. w Namibii
Czarny nosorożec zagrożony wyginięciem z powodu rogów, nie mających w praktyce żadnych w właściwości leczniczych
Stada flamignów i pojedyncze bociany

LAKE NAKURU

NOSOROŻEC W NAKURU LAKE

Po porannym safari, żegnamy się z hinduską rodzinką, Laurą i poprzednim przewodnikiem, Simonem. Wyściskaliśmy się wszyscy serdecznie i nie powiedzieliśmy sobie „Good bye!”, ale właśnie: „See you! See you one day!”

Z Pujah, Anainem i Kabiro wsiadamy do jeepa i obieramy nowy kierunek- Nakuru Lake, jezioro które podobno wręcz usłane jest flamingami. I nie ma ponoć piękniejszego widoku, niż nagle wzbijające się do lotu flamingi. Czytaliśmy o tym miejscu wcześniej i widzieliśmy spektakularne zdjęcia. Chcielibyśmy więc zobaczyć to, z czego słynie to jezioro.

Gdy już dotarliśmy do jeziora Nakuru, zobaczyliśmy, że na jeziorze faktycznie są flamingi, ale jest ich może co najwyżej trzy tuziny. Pytamy Kabiro, co się dzieje, na co on odpowiedział nam, że przy obecnej porze flamingi odlatują nad inne jezioro, a poza tym jest ich coraz mniej i mniej. Odpowiedział to tak naturalnie, jakby myślał, że dla nas to i tak bez róznicy czy są, czy ich nie ma, a w ogóle to zapłaciwszy 120 dolarów za dzień, na pewno wiedzieliśmy jak słabo może być nad tym jeziorem. Cóż. Tego nie wyczytaliśmy na forum, ani nie powiedzieli nam w agencji...

Jednak zapowiada się dość ciekawie. Są bawoły, można je w końcu zobaczyć z bliska i trochę poobawiać się, czy ich złowrogie spojrzenie nie mówi, że zaraz pogonią nas z kopyta. Widzimy też bociany! Ale jakie bociany! Takich w Polsce nie ma. To są marabuty. Wyglądają trochę jak sępy. Zebry i antylopy skubią trawę , strzygąc co raz uszami i wypatrując niebezpieczeństwa. W oddali leniwie przeciągają się lwy. W końcu widzimy najważniejsze- moim zdaniem- zwierzę tego całego programu- czarnego nosorożca. I wszystkie flamingi, choćby były ich setki tysięcy, mogą się schować. My widzimy czarnego nosorożca. Zaraz potem kolejnego. I kolejnego. Ale jest ich niewiele. I niełatwo je wypatrzeć. Są zagrożone wyginięciem. Myśliwi polują na nie dla rogów. Proceder polowania na rogi nosorożców mógłby wyglądać tak: usypiamy, odcinamy róg, pozwalamy potem zwierzęciu wybudzić się w jakichś bezpiecznych warunkach. A wygląda tak: przyjeżdżają myśliwi i zabijają zwierzę , bo nie chce im się go usypiać, trwa to za długo, poza tym jest to i tak nielegalne (ale przecież nielegalne, bo są na wyginięciu??), a sprawę trzeba załatwić szybko. Azjatycki rynek jest niecierpliwy. Raz, dwa, po krzyku. By zapobiec polowaniom na nosorożce, wycina im się rogi już za młodu, by były mniej atrakcyjne dla poachersów. Ale zdarza się tak, że tacy myśliwi w końcu wytropili zwierzę , a tu okazuje się , że nie ma co wycinać. Wściekli zabijają zwierzę i tak. Ze złości. Trzeba było nie wycinać. A tak zginął bez sensu.

Dlaczego rogi nosoróżców i kły słoni są takie atrakcyjne? Nie wiem, co za bezsensowne argumenty za tym przemawiają, ale pewnie takie same, jakie stoją za zabijaniem tygrysów, dla futer i maści z ich tłuszczu. Niektórzy ludzie na świecie- i jest ich bardzo dużo, choćby spory rynek azjatycki, który ciężko jest zaspokoić- wierzy w takie bzdury, że sproszkowane kły i rogi dodają potencji, działają jako afrodyzjak i leczą wiele chorób. Badania naukowe dowiodły, że nie mają żadnych właściwości. Co ludzie mają w głowach? W jakie bzdury wierzą? Gdy tak się nad tym zastanawiam, ogromny, czarny nosorożec kieruje się powoli w naszą stronę, zbliża się, przechodzi tuż koło nas i niespiesznym krokiem odchodzi. On jeden, na tle stada zebr, stada antylop eland i impali. On jeden dzielnie sobie kroczy. Dziwnie, lecz pięknie wygląda ten czarny nosorożec.

SZKOŁA W MASAI MARA

Pewnego ranka, będąc w Masai Mara, usłyszeliśmy śpiewy dzieci, które niosły się po całej wiosce. Okazało się, że okoliczne dzieci i młodzież zebrały się na placu szkolnym. Weszliśmy na teren szkoły, przeszliśmy między dwoma otwartymi i strasznie śmierdzącymi kiblami i doszliśmy do placu. Dzieci śpiewały i patrzyły się na nas z odwzajemnioną ciekawością. Niektóre miały na nogach za duże buty. Każde nosiło mundurek. Gdy weszliśmy, dzieciaki skończyły śpiewać, odwróciły od nas swoje spojrzenia i zaczęły odmawiać modlitwę, na głos i w skupieniu. Po krótkiej rozmowie z dyrektorem szkoły, ktory poinformował nas, że w szkole uczy sie 200 dzieci, weszliśmy do sal szkolnych. Dzieci zdążyły wejść już do sal i zająć swoje miejsca. Sale są bardzo prowizoryczne. Na ścianach są ręcznie zrobione rysunki organizmu ludzkiego, mapy Afryki, regułki, alfabet. Oczekiwałam, że jak wejdziemy, dzieciaki zaczną się popisywać, być głośno, ale nic takiego się nie stało. Siedziały cicho przy ławkach, obserwowały nas, uśmiechały się, były bardzo grzeczne, machały do nas, rozmawiały ze sobą.

- Czy wiecie- powiedział raz Kabiro- że dużo dzieci chętnie przychodzi do szkoły lub jest nakłaniane przez rodziców, tylko dlatego, że dostanie kubek ciepłej herbaty z cukrem? W Afryce w biednych rejonach, takie rzeczy są luksusem, szczególnie w miejscach, gdzie normalnie żywisz się mlekiem i krwią krowy. A więc fajnie pójść do szkoły, bo tam masz herbatę z cukrem.

Pomyśleć, że coś takiego może być powodem, dla którego idziesz często kilometry, nie zważając na dokuczliwy upał, głód i męczące pragnienie. Pisząc to, piję kawę. Piję ją tak automatycznie, że nawet nie poczułam jej smaku. A przecież to moja ulubiona kawa.

KABIRO

Gdy dojechaliśmy z Masai Mara do Nakuru, zastał nas późny wieczór. Zjedliśmy kolację w restauracji hotelowej i przy herbacie Kabiro opowiedział nam historię:

- Pewnego razu schodziłem z Czechem z Mount Kenii. Musieliśmy przejechać przez Nanyuki, dzielnicę niekończących się slumsów. Gdy mój przyjaciel to zobaczył, był zszokowany. Dzieci wąchające klej, głodne, żebrzące, domy z dykty, blachy, bieda okrutna. Gdy wróciliśmy potem do hotelu, Czech powiedział: „Kabiro, siadaj koło mnie, nie pijemy dziś piwa, chcę z tobą porozmawiać o tym, co widzieliśmy.” I zaczęliśmy rozmawiać. Powiedział, że to, co zobaczył zobowiązuje go do tego, by coś z tym zrobił. Spytał się mnie, jak może im pomóc. Czy może założyć jakąś fundację? Jak ma wtedy współpracować z lokalnymi władzami? Zaczęliśmy długo rozmawiać na ten temat. Zrobiliśmy wywiad po okolicy, rozmawialiśmy z rodzinami, dzieciakami. Wchodzilismy do bardzo biednych domów, w biedne ulice, gdzie dzieciaki chodzą niepilnowane i wąhają klej. Zdecydowaliśmy się razem założyć sierociniec.

- Dużo pracujesz, często cię w domu nie ma?- zapytałam poźniej.

- Tak, za często. Mam żonę i dzieci. Śliczne są. Zobaczcie sami.- wyciąga telefon i pokazuje nam zdjęcia. To prawda, śliczna rodzinka. - Moja żona jest zła na mnie, że tak często mam wycieczki. Mówi wtedy: "Kabiro, I miss you and I need you". Jeśli wiecie, co mam na myśli. - dodaje , śmiejąc się.

Kopiowanie i używanie elementów użytych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.