Osły na wyspie są jedynym środkiem transportu
Przymusowa kapięl
Przymusowa kapięl
You shall not pass
Natalia gasi pragnienie przy butelce lokalnego napoju
Mała dziewczynka stojąca w uliczce
Dziewczynki malują sobie ręce henną
Uliczka Lamu wieczorem
Dziewczynka sprzedająca ciastka smażone w głebokim oleju
Osły na wyspie są jedynym środkiem transportu
Dhow - typowe łodzie w Lamu
Pozostałości po dhow
Sheilla Beach
Czekając na obiad
Uliczki Sheilla
Dzieci bawiące się na traktorze
Dzieci bawiące się na huśtawce

LAMU

AUTOBUSEM DO LAMU

Z Malindi jedziemy osiem godzin do Lamu po strasznych wertepach. To wyspa sąsiadująca z inną, z której dwa lata temu zostały uprowadzone dwie turystki z Francji przez żądnych okupu somalijskich piratów. W rezultacie jedna zginęła na miejscu , a druga w drodze do Somalii. Za towarzyszkę mamy przesympatyczną i śliczną 16-letnią muzułmankę. Pochodzi właśnie z Lamu.

I znowu pasażerowie wprowadzają się w niesamowity stan letargu, spokoju, totalnej akceptacji warunków. Kilkumiesięczne i kilkuletnie dzieci nie płaczą, gdy jadą juz szóstą godzinę, nie potrzebują się też wysiusiać. Są wyłączone ze swoich potrzeb. Śpią albo patrzą się nieruchomo w jeden punkt. Gdy przejeżdżamy przez jakąś wioskę wstępuje w nich niesamowite ożywienie, po czym znowu wracają do swojego stanu niebycia. Podobnie z dorosłymi. Żadnych zbędnych ruchów, zbędnego gadania. Nikt nic nie czyta, żadnej gazety, żadnej książki, żeby chociaż jakoś zabić ten czas.

Na jednym przystanku młoda kobieta, by wysiąść, przemierza energicznie cały autobus. Idzie z niemowlakiem obwiązanym chustą na plecach. Nie jest to łatwe zadanie. Niesie jeszcze jakąś torbę, a przed sobą ma korytarz zapchany ludźmi, bagażami i jedną kurą. Nie wiem, jakim cudem, ale zdołała bardzo sprawnie przejść przez cały ten bazar, nie zbudziwszy swojego dziecka.

Przejeżdżamy przez rejon Tana River, w którym jeszcze ponad rok temu toczyły się krwawe walki między plemieniem Pokomo zajmującym się rolnictwem, a Orma, hodującym bydło. Konflikt dotyczył dostępu do wody w rejonie, które i tak nawiedza susza, a deszcze występują sezonowo. Ponad 50 osób zginęło, a głównymi ofiarami starcia były kobiety i dzieci... Brak komentarza. Czy naprawdę nie ma innych środków na rozwiązanie takiego konfliktu??

Nagle do autobusu wsiadają Somalijczycy. Zapełniają cały korytarz. Łatwo ich rozpoznać. Różnią się od okrągłych na twarzy, czasami pyzatych, zwykle pogodnych na twarzy Kenijczyków. Somalijczycy są wysocy, bardzo szczupli, poważni na twarzy. Mają wystające kości policzkowe i w ogóle zdają się być cali kościści. Dyskretnie ich obserwuję i niespodziewanie napotykam na poważny wzrok wpatrującego się we mnie mężczyzny, który wygląda na tego, z kogo zdaniem najbardziej się liczą. Mówi, jakby dyrygował, na niego patrzą pytającym wzrokiem, liczą się z nim, szanują go. Ma na sobie arafatkę zawiązaną wokół szyi. W tym momencie dzieje się ze mną coś dziwnego. Oddech mam płytszy, a serce wali mi mocno. Czytałam kiedyś , że tak reagują niektórzy pasażerowie metra lub samolotu, do którego wchodzi muzułmanin. Bo muzułmanina -choćby świadomie deklarowali co innego, choćby nawet mieli przyjaciela muzułmanina- kojarzą z atakami terrorystycznymi. I ja w tej sytuacji pomyślałam o dwóch rzeczach: uprowadzenie Francuzek, piraci polujący na statki dla okupu. Bałam się. Starałam się tak grać, by tego nie pokazać. Bo ja już sobie wymyśliłam, że oni wiedzą, że ja wiem. Jechałam w takim stanie przez dwie godziny. Modliłam się. Tak było do momentu, gdy wszyscy Somalijczycy wyszli z autobusu. Jak wyszedł ostatni uszło ze mnie powietrze. Mogłam swobodnie oddychać.

LAMU

Wysiadamy z autobusu i z naszą sympatyczną muzułmanką bierzemy motorówkę, które zawiezie nas do wyspy Lamu. Słońce już zaszło, otacza nas szarówka, sceneria jest bardzo ciekawa. Wyobrażam sobie, że płyniemy po bagnach Florydy, w których grasują krokodyle. Uwielbiam się karmić takimi historiami.

Lamu to sieć wąskich uliczek, po których przechadzają się osiołki jako środek lokomocji lub przewożenia towarów. Oprócz nich i łodzi zwanych dhow, nie ma innego transportu. Lamu to także konglomerat różnych kultur i religii. Ludzie są tu bardzo życzliwi, dbają o reputację bezpiecznego, czystego i przyjaznego turystom miejsca. Kilka razy dziennie pijemy świeżo wyciskane soki, najczęściej z passion fruit (marakuja) i jemy owoce morza, szczególnie świeżo złowione ryby. W Shellah Beach korzystamy z dobrego wiatru i pływamy na windsurfingu. Lamu to istny raj! Nic dziwnego, że regularnie odwiedza tę wyspę sam Barrack Obama, Sting, Ewan McGregor czy Kate Moss.

Poszliśmy na msze w kościele katolickim. Byliśmy tam 1,5h, czekając na koniec, bo msza była dosyć długa. Pewnie trwała jeszcze dłużej, nie ma żadnych ograniczeń czasowych. Tu wszyscy poświęcili swój czas, by przyjść na mszę, pośpiewać, potańczyć (oj, wesoło u nich jest na mszy, istna zabawa!), pomodlić sie też, posłuchać lokalnych ogłoszeń, ludzi, którzy opowiadają z jakimi problemami się borykają. Taka grupa wsparcia. Dzieciaki od najmłodszych do młodzieży są bardzo cierpliwe, wsłuchane w słowa księdza, spokojne, a gdy zaczyna się tańczenie i śpiewanie to jest jazda. Każdy daje z siebie wszystko. Ciekawa ta msza, w kontraście z naszą, surową, ograniczoną czasem i niecierpliwością wiernych, których plan na niedzielę jest już i tak bardzo wypełniony.

Ostatniego dnia pobytu na Lamu idziemy się przejść w strone przeciwną do Shellah. Idziemy przez piaskowe, prawie pustynne, niezamieszkałe okolice i natrafiamy zaraz przy brzegu na ogromne wysypisko śmieci, z którego strasznie cuchnie. Czyżby tu składowane były wszystkie śmieci z wyspy? W miejscu, którego turyści nie widzą, bo nie ma po co tu przychodzić. Nie ma tu niczego, żadnych hoteli, hosteli, restauracji. Tu dopiero coś powstanie. Lecz na razie jest to przerażające składowisko odpadów.

Kopiowanie i używanie elementów użytych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.