Celebryta otoczony przez paparazzich
Lwica z młodymi
Żyrafa w trakcie jedzenia liści akacji
Ciekawskie żyrafy
Żyrafy obserwujące geparda
Szkoła w wiosce przy rezerwacie
Szkoła w wiosce przy rezerwacie
Lew- pogromca sawanny i dżungli
Antylopy gnu
Antylopy gnu
Stado zebr i antylop gnu
Samiec strusia
Dorosłe hipopotamy z młodymi
Hipopotam i skubiący go bąkojady
Zwierzęta przygotowywują się do migracji
Żyrafa bacznie obserwująca geparda
Gepard- najszybszy z kotów
Stado żyraf przemierzających sawannę
Stada gnu i nieustannie towarzyszące im mniejsze stada zebr
Słonie kierujące się w stronę stada gnu
Antylopy topi
Giganty Afryki
Stado słoni z młodym
Przygotowanie do polowania
Lwica ciągnie upolowaną przez siebie antylopę gnu
Stado lwów ucztuje przy antylopie gnu w korycie rzeki
Zobaczenie lamparta graniczy z cudem
Masajki sprzedające lokalne wyroby
Spacer z wojownikiem masajskim
Masajskie dzieci bawiące się ogonem krowy
Masajska wioska
Masajska wioska
Masajska wioska
Rozpalanie ognia
Rozpalanie ognia
Masajskie dzieci
Masajskie dzieci

Masai Mara

Wobec Masai Mara mieliśmy dość spore nadzieje i oczekiwania. Jesteśmy w jednym z największych i w najbardziej popularnym parku w Kenii. Byliśmy w okresie największej migracji zebr i antylop gnu z parku Serengeti w Tanzanii do Masai Mara- to tam kręci się najwięcej filmów przyrodniczych.

Masai Mara o tej porze obfituje w całe mnóstwo różnego rodzaju antylop –stada gnu pręgowane, gazele, lamy, impale, elandy. Co raz widzimy zebry, żyrafy, rodziny słoni liczące kilkanaście, czasem kilkadziesiąt osobników, świnie pumby, sekretarze, strusie (raz, niestety, przeszkodziliśmy dwóch strusiom w porannej schadzce), no i oczywiście lwy; są to zazwyczaj lwice z młodymi, ale widzieliśmy też pięknego, dużego i dorosłego samca z majestatyczną grzywą. Szczęśliwie też udało nam się zobaczyć z bardzo bliskiej odległości moje ulubione zwierzę ze względu na jego możliwości i sprawność- geparda.

Jedziemy wysokim buso-jeepem z odkrytym dachem. Właściwie cały czas stoimy, by nic nie przegapić. Jedziemy powoli, możemy co raz poczuć zapach padliny, rozkładających się ciał zwierząt, który w mieście normalnie odstręcza. Lecz tu- na afrykańskiej sawannie- nabiera jakiegoś specjalnego znaczenia. Oznacza bowiem, że jest tu dużo zwierzyny łownej o tej porze, i że drapieżniki co raz polują na swoje ofiary. Że to, co widzimy na filmach przyrodniczych naprawdę się dzieje i to najwyraźniej dość często. Z gryzącym smrodem padliny miesza się jeszcze jeden- zapach rozgrzanej od słońca afrykańskiej ziemi, porównywalny z ... zapachem psich łap.

Towarzystwo na ten czas w jeepie mamy doborowe: Simon, sympatyczny kierowca z Nairobi, para Amerykanów z Californi hinduskiego pochodzenia, Hindus z dwojgiem swoich nastoletnich synów mieszkający w Mombasie oraz Laura, moja ulubienica, jest z Madrytu. Ma duże poczucie humoru i jest bardzo miła. Ponieważ spędzamy ze sobą dość dużo czasu, nie rozmawiamy jedynie o zwierzętach i o tym, co widzimy. Hinduski tata, Deepak, zachęca każdego do śpiewania piosenek w swoim języku. Zaczęło się ode mnie, potem Deepak pokazał wszystkim, jak się śpiewa po hindusku- naprawdę brzmiało to magicznie i przy nim wypadliśmy blado. Potem Laura zaśpiewała tak piękną hiszpańską balladę, że wszyscy umilkli i słuchali jej w osłupieniu. Na koniec Simon zaintonował popularną w Kenii piosenkę ‘Jambo!’ i wszyscy ci, co ją znali dołączyli do niej. I tak jechaliśmy w wesołych nastrojach do momentu, gdy dotarliśmy do rzeki Mara. To był moment kulminacyjny naszego całodziennego safari. Tu ma miejsce migracja zwierząt, głównie stad antylop gnu i zebr. Zwierzęta podchodziły do wody stadami i próbowały wejść do wody, potem się jednak cofały, świadome zagrożenia czychającego w rzece- krokodyli.

Podczas tych zmagań zwierząt, usłyszeliśmy jedną zebrę po kenijskiej stronie rzeki Mara nawołującą zebry z drugiego brzegu. Najwyraźniej dawała im znaki, zachęcała je do przepłynięcia. Zniecierpliwiona zdecydowała, że sama w końcu pokaże temu całemu towarzystwu jak trzeba przepłynąć rzekę. Podeszła do rzeki, zamoczyła kopyto, spojrzała na drugi brzeg i odważyła się zanurzyć cała, a potem już tylko płynęła. Wszyscy zaczęrpnęliśmy tchu, zaczęliśmy jej kibicować. Gdy bezpiecznie dotarła na brzeg, dosłownie wyskoczyła z wody, otrzepała się i pobiegła do stada, skacząc koło nich wesoło, jakby chciała pokazać, że można! Po tym, co zobaczyłam, nabrałam do tych zwierząt ogromnego szacunku. Te, które szczęśliwie znalazły się po stronie Masai Mara, dokonały okrutnego wysiłku migrując przez rzekę w panicznym strachu o własne życie.

LWICA I LAMPART

Następnego dnia, po 6 rano, wybraliśmy się ponownie na safari do Mara. Stado lwów obgryzało właśnie kości jakiejś antylopy. W tym momencie i w tym miejscu było bardzo kameralnie- jedynie dwa jeepy. Bywa tak, że jeepów jest tyle, co paparazzi polujących na celebrytę. (Tak było wtedy, gdy zobaczyliśmy ogromnego lwa samca- nie mógł się opędzić od ciekawskich obiektywów turystów).

Nagle Laura zwróciła naszą uwagę na zbliżającą się od tyłu dorosłą, umięśnioną lwicę. Widać, że jest to osobnik w sile wieku. Początkowo sądziliśmy, że patrzy się wprost na nas i zmierza w naszą stronę. Ona jednak obojętnie i z gracją przeszła między samochodami, obfotografowana, nie zwracając najmniejszej uwagi na nas. Odniosłam wrażenie, że traktuje nas jako stały element otaczającej ją przyrody. Jej uwaga była całkowicie skoncentrowana na czymś w oddali, czego my zupełnie nie widzieliśmy. Ten, kto naoglądał się filmów przyrodniczych albo swojego psa tuż po tym jak zobaczył sarnę w lesie ten wie, co takie spojrzenie oznacza. Po pewnym czasie i my dostrzegliśmy w oddali stado gnu skubiących sobie spokojnie trawkę –nieświadome obserwującego ich z uwagą drapieżnika. - She’s going to attack a wildebeest. That’s gonna happen.- usłyszałam własny szept.

Lwica siada na wzgórzu- świetny punkt obserwacyjny. Lwiątka przestały obgryzać kości i spojrzały na mamę, a potem powiodły za jej spojrzeniem. Już wiedzą, co planuje zrobić. Lwica obrałą drogę- przemierza strumień rzeki i w ciągu następnych 30 min czołga się od krzaka do krzaka. Czekamy cierpliwi, w ciszy.

W tym czasie dostajemy informację, że w pobliżu miejsca, gdzie jesteśmy znajduje się lampart. To niewiarygodne! Przecież tak ciężko jest go wypatrzeć. Ale w końcu to wczesnoporanna pora- pora największych drapieżników. Kabiro, nasz przewodnik, też czuje, że jest to szansa. Zauważamy go z daleka i jedziemy za nim. Nagle zatrzymuje się na kilka sekund- jakby chciał szybko nam się zaprezentować- po czym ucieka w krzaki. Nieprawdopodobne. To był pierwszy i ostatni raz, gdy widzieliśmy lamparta.

Wracamy do naszej lwicy. Widzimy, że cały ten czas skrada się zgrabnie i cierpliwie, bez pośpiechu, od drzewka do drzewka, ukryta wśród traw. Najważniejsze- nie dać się zauważyć zwierzynie. W końcu dociera do ostatniego krzaka, zastyga w bezruchu na bardzo krótki czas. Nagle wyskakuje z ukrycia i gna za wybraną antylopą! Stado rozpierzchło się w jednej sekundzie. W przeciągu kolejnych sekund lwica dopada gnu. A potem jakby na nowo powraca spokój. Lwica leży przy antylopie i wypija jej krew. Następnie zaczyna ciągnąć cielsko, które może osiągać wagę nawet 180kg, to tyle samo, ile może osiagnąć lew. W końcu, po ponad dwudziestu minutach jest już przy swojej rodzince, która ochoczo zabiera się do ucztowania. Zaczynam zastanawiać się, dlaczego jedzą tylko najmłodsze osobniki, a starsze są z boku, patrzą, odpoczywają, bawią się ze sobą. Przecież zazwyczaj młodsze jako ostatnie mogą podejść do jedzenia. Może z poprzedniej antylopy przypadły im resztki, a teraz korzystają z tego, że starszyzna jest nasycona. A gdzie podziała się nasza dzielna lwica? Po tym, jak zostawiła antylopę lwiątkom, odeszła w cień akacji i więcej się nie pojawiła.

LAURA

Laura była bardzo przejęta całym tym polowaniem. Właściwie nie miała ochoty tego oglądać. Nie dziwię jej się. Jako dziecko też myślałam, że to jest okrutne, i trzymałam zawsze kciuki za antylopę, żeby udało jej się uciec. Ale w świecie przyrody tak musi być, nawet jeśli dla nas jest to okrutne. Laura stała cicho, z lekko przymkniętymi oczami, ze spokojnym, wzruszonym spojrzeniem.

-Widzisz Natalia, ja nie mogę znieść, tego ,że niektórzy ludzie, których poznałam na różnych safari, widząc takie rzeczy są totalnie odcięci od swoich emocji. Liczy się tylko show, a w ogóle nie myślą o tym, że komuś dzieje się krzywda. Że- owszem, drapieżniki też muszą jeść-ale całe to przedstawienie może się obyć bez ochów i achów, śmiechów, uśmiechów i satysfakcji, że widziało się „coś takiego”. Rozumiesz??

Powiedziałam wtedy, że rozumiem, ale wiem teraz, że nie rozumiałam jej tak dobrze, jak bym mogła i jakby ona tego chciała. Myślę, że gdyby powiedziała mi o tym, gdy byłam dużo, dużo młodsza, to lepiej bym ją wtedy zrozumiała. Bo dzieciaki są niewinne i bardziej otwarte na emocje. Łatwiej jest im coś przetłumaczyć, dotykając ich wrażliwości, która cały czas się kształtuje. Ludzie dorośli, natomiast, to inna sprawa. Wielu z nich kieruje się tzw. rozumem i paradoksalnie potrzebą często prymitywnej rozrywki, obfitującej w krew i skandal, które niewiele mają wspólnego z wrażliwością i głębokim odczuwaniem świata.

Kopiowanie i używanie elementów użytych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.