Sprzedawczyni na Masai Markecie w centrum Nairobi
Sprzedawcy batików
Dworzec kolejowy
Dom Karen Blixen
Pożegnalna kolacja u Mikołaja!

NAIROBI

MUZEUM KAREN BLIXEN

W Nairobi zwiedzamy Muzeum Karen Blixen, autorki "Pożegnania z Afryką", "Uczty Babette" oraz paru innych powieści i opowiadań. Dom, który niegdyś należał do Karen i jej szwedzkiego męża Barona Bror von Blixena Fincke, leży u stóp gór Ngong Hills. Baron wpadł na pomysł, by tam uprawiać kawę. Nie był to jednak dobry rejon dla uprawy. Po tym, jak baron zaraził Karen jakimś syfem, który przeniósł od jednej ze swoich licznych kochanek, para rozstała sie i baron wyjechał, zostawiając Karen połacie kawy do uprawy, której powodzenie było wątłe. Karen miała kiluosobową służbę, którą szanowała i z którą poniekąd się zżyła. To tak w dużym skrócie.

Proste wnętrza domu Blixen robią niesamowite wrażenie, szczególnie biblioteka zapełniona pozycjami europejskimi i brytyjskimi z XIX i XX wieku, należacymi do Karen i jej kochanka, Denisa Finch Hattona. Jeśli wyjdziesz na zewnątrz domu, od strony gór, zobaczysz pień, na którym Karen miała zwyczaj siadać wieczorem i palić swojego ostatniego papierosa. Jeśli przejdziesz na ogród, tak iż zobaczysz cały dom z górami w tle, zobaczysz, że Ngong Hills mają kształt knykci. To w tamtą stronę na polowania latał Denis Finch Hatton.

Warto wcześniej obejrzeć niewiarygodnie piękny film lub przeczytać cudowną książkę "Pożegnanie z Afryką", by móc przeżyć przedstawioną w nich historię raz jeszcze , w domu samej bohaterki.

ZAKOŃCZENIE

Naszą podróż kończymy w Nairobi. Mikołaj przygotował dla nas wspaniałą kolację: dwa wyśmienite dania (makaron z prosciutto oraz kurczak z ziemniaczkami i sałatką), do tego pyszne Porto i polska wódka, a na koniec najlepsze na świecie kenijskie espresso! Tak bardzo tęskniliśmy za takim jedzeniem! Potem jedziemy do klubów tanecznych, gdzie rozbrzmiewa dobra muzyka, a kenijskie dziewczyny wyglądają jak top-modelki z pierwszych stron luksusowych czasopism. Prawda jest taka, że część z tych piękności to prostytutki łaszące się do białych mężczyzn.

Następnego dnia przed wylotem jedziemy jeszcze na zakupy na Masai Market- targu rozmaitości. Można po bardzo atrakcyjnych cenach kupić wspaniałe pamiątki- batiki, obrazy, biżuterię, koce, ubrania. Wszystko jest w żywych kolorach, chyba dobrej jakości i - jak się poźniej przekonaliśmy- taniej niż w innych miejscach.

Targowanie się z Kenijczykami to prawdziwa przyjemność- bardzo szybko schodzą z ceny i będą schodzić dalej pod warunkiem, że i ty zaproponujesz nową cenę. I takim sposobem spotkacie się bliżej twojej propozycji, ostatecznie gdzieś pośrodku. Oczywiście są towary o zawyżonej cenie, warto więc być upartym proponując nawet 1/5 ceny. I jeśli na koniec pod długich pertraktacjach uścisną ci dłoń i szeroko się uśmiechną to znak, że obie strony są zadowolone i żadna nie wyszła na tym stratna.

W godzinach szczytu są niewyobrażalne korki. Ludzie są wszędzie, czymś handlują, na coś czekają, gdzieś idą. Handel, to przede wszystkim rzuca się w oczy. Każdy czymś handluje: owocami, skarpetkami, smażoną kukurydzą, kocami.

Na koniec dopada nas biegunka i gorączka, które dają znać o sobie jeszcze w Polsce- nie wykryto żadnej dengi lub malarii. Doszliśmy do wniosku, że nasz spadek odporności wynikał z faktu, że przez kilka dni na Lamu, gdzie nie sprzedają alkoholu, nie piliśmy nic mocnego. Prawda jest taka, że trzeba pić w podróży,... żeby być zdrowym:)

Po powrocie korzystamy w nadmiarze z dobrodziejstw polskiej kuchni. Wciąż jednak mamy przed oczami niezwykłe sytuacje, ludzi, których napotkaliśmy i bezkresne przestrzenie kenijskich rezerwatów. Marzenie, by je w końcu zobaczyć na własne oczy, ziściło się. Jednak to miejsce, z którego wspomnienia są cały czas żywe, wzywa do powrotu. Raz to za mało.

Kopiowanie i używanie elementów użytych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.