Słoń na tle suchego krajobrazu Parku Samburu
Słonica bawiąca się z młodym
Antylopa Gerenuk i obserwujący ich Szary Czele Kingfisher
Lwica odpoczywająca w cieniu akacji
Lwica odpoczywająca w cieniu akacji
Lwice drzemiące w cieniu akacji
Żyrafy siatkowane w Parku Samburu
Słonie skubiące listki z dzrewa akacji
Pawianica z młodym z Parku Samburu
Słońce zachodzące nad parkiem Samburu

SAMBURU

LENIWE LWICE, PRZERAŻONE DIK-DIKI I WŚCIEKŁE SŁONICE

Następnego dnia, w niedzielny poranek, Eugene przygotowała nam przepyszną jajecznicę. Plan na dziś: Paweł chce nas zabrać do parku narodowego w Samburu. Po śniadaniu wsiadamy do wypożyczonego auta i wyjeżdżamy z Isiolo na główną trasę. Tam mamy czekać na gościa, który lada chwila przyjedzie z wypożyczalni i zamieni się z nami na jeepa 4/4. Takiego samochodu potrzebujemy na wertepy w parku Samburu. Facet miał pojawić się o 10. Po kilkakrotnym dzwonieniu do niego, zapewnia nas, że naprawdę zaraz będzie, ale troszkę się spóźni. Przez ten okres oczekiwania wpadliśmy w coś w rodzaju letargu, w który wprowadzają się lokalesi. Praży słońce, podniebienie lekko suszy po wczorajszym, co raz zachodzę do budki po zimnego sprite'a, obserwuję otoczenie, obserwuję ludzi z lekko przymrużonymi oczami. Bartek też jakby zapadł w letarg. Paweł udając europejskie zniecierpliwienie co raz wykonuje telefon do gościa z wypożyczalni, ale jest mu to obojętne czy wyruszymy za godzinę czy za dwie. On już przyzwyczaił się do afrykańskiego pole pole- nie spiesz się, powoli. Mikołaj kupuje lokalną gazetę i zaczytuje się w artykułach, następnie zagaduje przechodzącego koło nas chłopaka. Z nas czworga, on jeden wykazuje żywe zainteresowanie wszystkim, co dzieje się w okolicy. Ja w tym czasie słuchając dziennikarskich pytań Mikołaja i chętnie odpowiadającego mu chłopaka, patrzę na jego (lokalesa) strasznie zniszczone stopy i przypominam sobie o pasożycie. Wyjmuję kosmetyczkę i czyszczę sobie stopy chusteczkami nawilżającymi i obcinam paznokcie. Pal licho z intelektualnym dociekaniem- higiena też jest ważna.

Po trzech godzinach czekania, w towarzystwie rzadko odwiedzającej mnie cierpliwości, przyjeżdża wielce oczekiwany pan z wypożyczalni. Jambo! Zamieniamy się na auta, pan jeszcze na odchodnym mówi, że samochód może się czasem krztusić, ale hakuna matata, on położy taki klucz-pomoc pod siedzeniem. Po czym macha nam z uśmiechem i niepewnością w spojrzeniu, jakby mówił: "Nie daję wam dużych szans na podróż tym autem." My odmachujemy i też się uśmiechamy.

Odjeżdżamy. Kilkanaście metrów dalej auto krztusi się i gaśnie. Wszyscy jednocześnie wpadamy w śmiech.

- Auto nie wróży za dobrze- śmieje się Bartek.

W końcu Pawłowi udaje się odpalić i jedziemy trasą, która prowadzi prosto z południowej Afryki z Kapsztadu na północ do Kairu. Po drodze mijamy chaty z lepianki, stada kóz prowadzone przez pasterzy- Samburów. Wyglądają inaczej niż Masajowie, ale są równie dostojni w swoich intensywnych kolorach czerwieni i fioletu. Zatrzymujemy się po drodze na obiad. Ponętna Samburska kobieta, mrugająca oko co raz na Pawła, podaje nam kozie mięso z pomidorami i cebulą, i ugali- papką kukurydzianą, dobrze napełniającą brzuch. Kenijczycy obowiązkowo jedzą ugali. Jest tanie, łatwe do zrobienia i szybko syci głód. Ugali jest typowe nie tylko dla Kenii. Kiedyś znajomy z Zambii przygotował jagnięcinę z ugali, wszystko jedliśmy rękoma. Zagadało nas dwóch nastolatków. Mikołaj jak zwykle wykazał się swoim dziennikarskim nosem i zaczął zadawać różne pytania. Jeden chłopiec bardzo się chwalił, był pewny siebie i chętnie wdawał się z nami w rozmowę. Dowiedzieliśmy się, że jest z bardzo bogatej rodziny, bo ma ponad 80 sztuk bydła.

Gdy dojechaliśmy do parku narodowego Samburu, przygotowaliśmy się na to, że będziemy musieli zapłacić horrendalną sumę dla turystów z zagranicy, czyli 60-80$ za wejście. Lokalni płacą jedynie 3000 kenijskich szylingów, to około 105 polskich złotych. Okazało się jednak, że Paweł znał strażników. Jakiś czas temu sprzedawał im panele świetlne i takim oto sposobem zapłaciliśmy jedynie po 1000 szylingów za osobę.

Wjechaliśmy do parku. Widok widziany z pespektywy jeepa 4/4 jest zupełnie inny niż z auta przystosowanego wyłącznie do safari, który jest mniej więcej tak wysoki jak słoń. Dziś, z innej perspektywy, czuliśmy się jak bohaterowie filmu "Jurrasic Park", wśród gigantów: stada żyraf leniwie skubiących listki, licznych stad słoni opiekujących się sobą nawzajem, bawiących się, skubiących trawę lub liście akacji. Paweł dojrzał dla nas dwie lwice wylegujące się w cieniu drzew. Pora była ewidętnie poobiednia. Zwierzętom niewiele się chciało, był spokój. Nagle od stada antylop Granta oderwał się samiec i szedł w stronę lwic. Zupełnie nie wiedzieliśmy czemu ów samiec idzie na spotkanie z zagrażającym mu życie drapieżnikiem. Dostrzegliśmy, że lwice zauważyły antylopę i obserwowały ją uważnie. Samiec Granta szedł dalej. Nagle spojrzał w stronę lwic. Dostrzegł je, już wiedział o ich istnieniu. Zaczął wydawać z siebie czkające odgłosy "ikha... ikha...". Zrozumieliśmy, że nasz samiec Granta oderwał się od stada, by zbadać teren, sprawdzić, czy czyha na jego stado jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Wydając z siebie te dźwięki, dawał znać swojemu stadu, by były uważne. Lwice też wiedziały, że je dostrzegł. Cała heca w polowaniu tkwi przecież w tym, by zostać nie zauważonym. Z szybką i spostrzegawczą antylopą Granta osiągającą prędkość 70-90km/h, lwica nie miałaby żadnych szans.

Najmniejszą antylopą jest antylopa o wdzięcznej nazwie dik- dik. Jest tak mała, jak królik i non stop wygląda na przerażoną. Trzęsie się cała i jest gotowa do ucieczki. Zastanawiam się jaka jest średnia długość życia tej antylopy, bo musi być całe swoje życie bardzo zestresowana.

Park Samburu jest zupełnie inny niż Masai Mara. Przy rzece występuje oczywiście obfita zieleń, im dalej od rzeki tym robi się bardziej pustynnie. Dominuje barwa pomarańczowa. Na Masai Mara jest jakby bardziej żółto i zielono i da się odczuć zdecydowanie więcej przestrzeni.

Miłośnicy ptaków znajdą ciekawe okazy zarówno w Masai Mara, jak i Samburu. Orły, strusie, sekretarze, ibisy, czaple siwe, czaple czarnonogie, pięknie ubarwiony niebiesko- brązowy błyszczak wspaniały, koronnik czarny i wiele, wiele innych (za opisem Barbary P. "Ptaki Kenii"). Raz niestety wystraszyliśmy biedne stworzonko z krzaków, które bacznie obserwowali ornitologowie z ogromnymi aparatami i kamerami. Nam jednak wydawało się, że to, co interesuje ich w krzakach to pewnie jakiś lampart albo gepard. Nic nie mogliśmy dojrzeć i chcąc zawrócić, zgasło nam auto. Przy bardzo głośnym odpalaniu jeepa, wystraszyliśmy okaz, którego miłośnicy ptaków być może szukali cały dzień.

Postanawiamy wrócić do słoni. Chcemy raz jeszcze przyjrzeć się z bliska tym olbrzymom. Moi chłopcy kierowani także potrzebą wysokiej adrenaliny chcą jeszcze bardziej zbliżyć się do słoniej rodzinki. Ja - wyedukowana solidnie po programach National Wild i Animal Planet, a także niedzielnych programach przyrodniczych oglądanych w dzieciństwie, z niezastąpionym głosem Krystyny Czubówny w tle -wiem, że nie robimy dobrze. Próbuję odwieść chłopaków od tego pomysłu, ale wychodzę jedynie na tchórza i nie mam siły przebicia w tym dusznym od testosteronu aucie. Przed nami słonie, obok nas słonie, i za nami także znalazły się słonie. Jesteśmy w środku stada, nie ma żadnego auta, bo wszyscy juz się wycofali. Ale co tam! My mamy słonie prawie jak na wyciągnięcie ręki. Mama z synkiem tarmoszą się za trąby, inne słonie skubią trawkę- no po prostu sielanka! Tylko nasze auto co jakiś czas gaśnie, i trzeba je na nowo odpalać. Nie chcemy go wyłączyć, bo boimy się , że nam już nie ruszy. Do tego coś wisi w powietrzu, coś, co mi się nie podoba- to zapach rosnącej irytacji, to poczucie zagrożenia, które odczuwają słonie, te ich spojrzenia na nas, to w końcu machanie uszami w naszą stronę, jakby mówiły- wynoście się póki jeszcze nie jest za późno!!! Chyba usłyszałam swój własny głos. Widzimy, że z lewej strony strony zrobiła się luka, nie ma tam żadnego słonia. Paweł powoli wycofuje auto w tamtą mańkę. Planujemy przodem wyjechać w prawą stronę- stamtąd tu przyjechaliśmy. Nagle naszą drogę zagradza wściekła słonica, ta sama, która zaszła nas wcześniej od tyłu. Jest BAAARDZO zła! Macha na nas uszami i ryczy. Nagle rusza w naszą stronę , zaraz jednak się wycofuje. Podnosi łapy do góry i ryczy na nas!!! Oprócz tego, że bardzo się modliłam za nas wszystkich kurwa(!!!) pamiętam, że zwróciłam uwagę na ogromny kurz, jaki wznieciła. Ta scena wyglądała po prostu niesamowicie w tle popołudniowego, mocnego słońca. Ten obrazek zostanie mi w pamięci do końca życia... Z zamyślenia wyrwał mnie gasnący samochód i próby odpalenia go. Już nie wiedzieliśmy, czy mamy się śmiać, czy płakać, sytuacja była groteskowa. Napiera na nas słonica, a my nie mamy jak jechać- auto nie chce zapalić, za nami są juz tylko krzaki i drzewa, nie ma żadnej drogi. Pozostaje jeszcze opcja ostateczna: ucieczka z auta w stronę pojazdów safari, które przecież gdzieś muszą być. Może nie będziemy musieli nawet zbyt długo biec. Może będą zaraz za tymi krzakami. Patrzę na moich towarzyszy- dość sprawni, wydają się szybcy, może damy radę? A co będzie jak napotkamy wtedy wszystkie koty Samburu? Nagle pojawią długo wyczekiwane lamparty, gepardy, lwy, (tylko nie lwice, bo już widzieliśmy), nawet szakale i hieny, które zazwyczaj żywią się padliną, ale tym razem może zmienią zdanie. Patrzę na chłopaków. Wszyscy jesteśmy na zmianę przerażeni, (by nie powiedzieć zesrani), a także chyba ze stresu- rozbawieni. Słonica raz jeszcze macha w naszą stronę uszami, po czym odwraca się i rycząc biegnie za autem, które zamierzało jechać w jej stronę. Siedzimy w ciszy, nasłuchując, czy wraca po nas. Cisza. Powoli, cichutko wyjeżdżamy z tego diabelskiego zakątka. Gdy tylko oddalamy się od stada i wiemy, że nie grozi nam już żadne niebezpieczeństwo, Paweł dodaje gazu, zostawiając za nami tylko kurz na drodze. Wybuchamy śmiechem, dziękując Bogu, że nic nam się nie stało. Jedziemy w stronę zachodzącego słońca i mijamy po drodze niesamowicie liczne stada słoni. Wszystkie kierują się w stronę zachodzącego słońca. Nigdy w życiu czegoś takiego nie widziałam. Oglądając widoki z jeepa, każdy z nas zapada w swoją ciszę. Własne rozmyślania. Może dotyczyły tego, co by było gdyby....

Wracamy główną trasą Capetown - Cair, zapadł już zmrok, a z naszym autem jest coraz gorzej. W końcu staje i nie chce ruszyć. To się musiało w końcu stać. Jesteśmy na poboczu drogi, na odcinku, gdzie diabeł mówi ludziom juz tylko dobranoc, a drapieżniki wychodzą na żer. Gdy chłopaki chcą się wysikać lub zajrzeć pod maskę, stoję na straży tak, że nie stawiam nawet stopy na drodze. Zadzwoniliśmy do znajomego taksówkarza, który nas odholował. Będąc już w Isiolo pojechaliśmy z taksówkarzem na komendę policji,....po to by napić się piwa przy barze, bo tam jest tańsze. Policjanci siedzący na werandzie bardzo ciepło przywitali Pawła i nas. Właśnie grali w karty przy już pustej butelce whisky- oczywiście byli na służbie. Tej nocy pożegnaliśmy się ciepło z Pawłem i Eugene, i wróciliśmy do Nairobi. Udało nam się namówić tego taksówkarza, by wziął od brata shuttle busa, zawiózł nas do Nairobi i w drodze powrotnej zapełni go sobie ludźmi. Oczywiście, nic za darmo. Nie wiedzieliśmy jeszcze, że kilka dni później Euegen urodzi śliczną dziewczynkę, a Paweł przyjedzie w październiku do Polski, by założyć fundację i będziemy mieli przyjemność gościć go u siebie w domu. Wtedy nie wiedziałam też, że uda mi się go namówić na wystąpienie w szkole, w której pracuje i dawnym liceum. Nie spodziewałam się też, że rozbudzi on w dzieciakach oraz dorosłych ogromne zainteresowanie Afryką i jej problemami.

Kopiowanie i używanie elementów użytych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.