Delhi - relacja z wyjazdu do Nepalu i Indii w 2011 roku.

12.02.2011 - Delhi

Po 4godzinnej przesiadce w Helsinkach i obejrzeniu filmu "Pogrzebany" - zdecydowanie nie polecam!!!- lądujemy w końcu w Delhi. Od razu łapiemy lokalny autobus, który za 150rupii wiezie nas na Paharganj. Jest 9 rano, wysiadamy przy stacji New Delhi, a tam nic nie wygląda jak dawniej...dworzec jakiś taki inny i nie po tej stronie po której powinien być, w dodatku obok stoi ogromny budek stacji metra...dopiero po chwili domyślamy się, że jesteśmy po prostu po drugiej stronie dworca. Szybka przeprawka na drugą stronę i ruszamy na Paharganj w poszukiwaniu noclegu.

Kto nigdy nie był na dawnym Paharganju niech żałuje, obecny wygląda już zupełnie inaczej i zmierza pomalutku w kierunku Khano San Road w Bangkoku, choć oczywiście owo porównanie jest na wyrost, to obrazuje zmiany jakie zaszły na Paharganju. Część budynków została wyburzona, aby poszerzyć drogę. Aha, droga to asfalt, w którym nie ma ani jednej dziury, poszerzona część drogi wyłożona jest elegancko kosteczką, luksus jak mało która ulica w Polsce po zimie. Charakterystyczne wiszące druty zostały już tylko w bocznych uliczkach, a samochody zaparkowane są po obu stronach drogi - rok temu nie było żadnych szans, aby zmieściły się tam dwa samochody, mijanie samochodu z rykszą było już nie lada wyzwaniem. Jest czyściej, żebrających jakby mniej, nawet idąc przed wschodem słońca z latarką w dłoni czuliśmy się bezpiecznie.

W Delhi postanowiliśmy zwiedzić to, czego ostatnio nam się nie udało w zeszłym roku, czyli Purana Qila i grobowiec Humayuna. To pierwsze szczerze powiedziawszy nie warte jest zwiedzania, no chyba że chcecie poobserwować tulących się Hindusów. Dosłownie każde drzewo i każdy krzaczek to miejsce, które zajmuje przytulająca się para Hindusów. Nie jesteśmy gorsi, znajdujemy swój kawałek trawnika i ucinamy sobie pół godzinną drzemkę aklimatyzacyjną. Zabytek sam w sobie nie warty pieniędzy ani czasu.

Humayna’s Tomb z kolei jak najbardziej godny polecenia. Został zbudowany przed Taj Mahalem a oglądając go teraz jestem pewny, że Shan Jahan budując Taj Mahal wzorował się na Humayun’s Tomb. Po zwiedzaniu zabytków wybieramy sie na Caunnaught Place, w poszukiwaniu ulubionego przez nas sklepu indyjskiego, Fabindia. Ten sklep w Delhi nie jest tak okazały, jak jego odpowiednik w Mombaju, gdzie w zeszłym roku zrobiliśmy świetne zakupy, i który miał w ofercie nie tylko ubrania, ale przyprawy, pikle, słodycze, meble i wszelkie tkaniny, by ozdobić wnętrze domu. Wracamy więc na Paharaganj, tylko, że tym razem po raz pierwszy korzystamy z metra. Doświadczenie nie dające się porównać do korzystania z metra w Europie. Tu, w Delhi ludzi jest tyle, że do każdego wejścia w wagoniku czekają dłuuugie kolejki, niektóre zakręcające na peronie. A w środku to już ekstremalne zbliżenia z pasażerami. Nos w nos, ucho w ucho.

13.02.2011 - Delhi - Kathmandu

Przed 8 rano mieliśmy lecieć do Katmandu, więc po 5 rano wzięliśmy rykszę za 200 rupii i jedziemy...ale nie na lotnisko tylko na parking przed lotniskiem, gdzie już czeka na nas masa naganiaczy próbujących wcisnąć nas do swojego busa, dodając, że zaraz odjeżdża i na bank za darmo. Nie wiedzieliśmy, że riksiarze na lotniska wjeżdżać nie mogą, tak więc riksiarz dostał 150, naganiacze od busów zostałi spławieni, a my złapaliśmy taksówkę, którą (za 40 rupii) za drobną sumę dojechaliśmy do lotniska. Nerwów co nie miara, bo czasu mało a my nie mieliśmy pewności z którego terminalu lecimy. Spice Jet przeważnie lata z T1, ale loty do Nepalu ma z T3, taksówkarz, który dowoził nas na lotnisku był pewny, że na bank jesteśmy na złym terminalu. Na szczęście nie miał racji...

Dzień 2 - Kathmadu relacja


25.02.2011 - Delhi

O 10 wysiadamy na New Delhi, lokujemy się odswieżamy i jedziemy metrem do Old Delhi. Metrem kosztuje to 8 rupii za osobę i trwa zaledwie parę minut. To samo metro jeździ też na lotnisko za 125 rupii, tak więc Ci co podróżują samemu już rykszą pewnie nie pojadą. Ogolnie ryksiarze i taksówkarze dostaną naprawde nieźle po dupie, bo cena i czas przejazdu metrem bije na glowę tą samą przejażdzkę autorykszą.

W Old Delhi przebieżka po sklepach, powrót na Paharganj tam dokupienie paru rzeczy i już mamy plecaki wypchane po brzegi. Kupiliśmy na Paharganju kadzidła, które były już zapakowane nie był to dobry pomysł, były tak ściśnięte i niezbyt dobrej jakości, że teraz bardziej się kruszą niż palą.

Wieczorem chcieliśmy pójść do lokalnego kina, ale nie tego na CP tylko tego, którego turystom odmawiają czyli tego starego na Paharganju. Spoźniamy się kilkadziesiąt minut(indyjski film trwa przeważnie około 3 godzin) i akurat trafiamy na przerwę. Lokalni są w szoku, co tutaj robią biali w dodaku biała kobieta?? Natalia jest jedyną kobietą w bydynku, pewnie z tego powodu bileterzy odmawiają nam sprzedania biletu. Możemy tylko domniemać jaki był tego powód, ale zapewne bali się odpowiadać za nas kiedy usiądziemy wśród tej chmary dziwnie wyglądających Hindusów.


Podsumowanie

Nasza wycieczka do Nepalu i Indii koncentrowała się tym razem bardziej na walorach krajobrazowych niż architektonicznych. Zmierzyliśmy się z okropnym zimnem w drodze na Poon Hill, ale zimno nie zdołało popsuć nam zabawy, gdyż widok majestatycznych Himalajów rekompensował wszystko. Ból i pot związany z trekkingiem w tak krótkim czasie utwierdzał nas w przekonaniu, że właśnie dlatego, że walczymy trochę ze swoimi słabościami, jesteśmy twardzielami;) Choć pewien wpływ na tę walkę miał również widok lekko ubranych Nepalczyków, hasających sobie w klapeczkach, gdy na dworze było na pewno poniżej zera. Włącza się wtedy myślenie- skoro oni mogą, to my …przynajmniej nie narzekajmy na zimno, będąc ubranym w kilka warstw Himalaje o wschodzie słońca to chyba coś, co prawie każdy chciałby zobaczyć, i jesteśmy bardzo szczęśliwi, że nam się to udało. Kolejnym doświadczeniem związanym z naturą było podziwianie nosorożców w Parku Narodowym w Chitwanie, przejażdżka mądrym słoniem, kąpiel z nimi i wręcz mistyczne odczucie więzi z tymi zwierzętami, które możliwe jest tylko wtedy, gdy naprawdę ma się szacunek do nich i nie traktuje się ich jako zabawki turystycznej. Gdy patrzysz na nie i myślisz o nich z owym szacunkiem, ich spojrzenie odzwierciedla to samo. Co do nocy w wieży strażniczej w dżungli- choć żadne ciekawe zwierzę nie podeszło pod nasz domek, oprócz dzika , który w nocy był ledwo dostrzegalny, i tak miło było spędzić noc w zupełnie innej kwaterze w lesie. Po co kolejna noc w wygodnym hoteliku, skoro można trochę inaczej, prawda? Szelesty w trawie i krzakach oraz odgłosy zwierząt pozostawiały spore pole do popisu bogatej wyobraźni. Szkoda mi jednego: że nie zdołaliśmy zobaczyć tygrysa. Ziściłoby się bowiem jedno z moich największych marzeń- zobaczenie go na wolności. Tak mało ich zostało żyjących w środowisku naturalnym (tylko 3200 sztuk!). Następnym razem na pewno się uda:)

Spotkanie z moim współlokatorem ze Szkocji, Nepalczykiem, i jego niedowierzanie, że jednak jesteśmy u niego pokazało jedno- że spotkania na taką odległość są możliwe. Że jeśli żegnasz się z kimś i mówisz komuś, choćby mieszkał na drugim końcu świata : „Do zobaczenia, na pewno się kiedyś spotkamy”, to masz rację! Bo to jest naprawdę do zrobienia. Zwiedzanie architektonicznych perełek w Kathmandu ( jak je widzieliśmy to zawsze była reakcja: „ Wow, jakie to stare!!”) i innych rejonów Nepalu oraz kontakt z miejscowymi i ich obserwacja, sprawiły, że zrozumieliśmy Nepalczyków, zastrzegających aby nigdy nie porównywać ich z Hindusami. Choć obie nacje są przesympatyczne, to z Nepalczyków bije duma, dostojność i schludność. Przejście przez granicę dobitnie ukazuje różnice między tymi dwoma krajami.

Będąc w Pokharze w dzielnicy Tybetańskiej nie zapomnę napisu na murze ‘Save Tibet’. To są takie drobne elementy, które składają się na ciekawe puzzle, jakimi są nasze wspomnienia z wyprawy.

Pobyt w Varanasi sprowokował zupełnie różne odczucia u mnie i u Bartka. Bartek był zachwycony wszystkim, co się działo naokoło, a ja zdegustowana smrodem na każdym kroku oraz ich podejściem do życia i śmierci w tym „świętym mieście”. Co do jednego jesteśmy zgodni: Varanasi jest obowiązkowym miejscem do zobaczenia, gdyż pomimo paru poważnych minusów, jest szalenie interesujące. Poza tym ghaty w Varanasi są tak stare( niektóre datują się na XI wiek), że przebywanie w tym mieście jest w pewnym sensie zaszczytem. Byłoby większym, gdyby ludzie bardziej szanowali to miasto, a nie srali- za przeproszeniem- na każdym kroku.

Zakończyliśmy naszą podróż w Delhi, pożegnaliśmy się z dzielnicą, którą bardzo lubimy, Paharganjem, pijąc ostatniego dnia whisky w kafejce z nowo poznanym Hindusem, błyskotliwym i krytycznym wobec własnego kraju młodym nauczycielem matematyki. Następnego dnia nastał czas powrotu do domu.

› do góry