Park Narodowy Chitwan - relacja z wyjazdu do Nepalu i Indii w 2011 roku.

20.02.2011 - Park Narodowy Chitwan

Na miejsce dojeżdżamy szybko, bo koło 12, postanawiamy zażyć trochę luksusu, bierzemy śliczny pokoik w pięknym ogrodzie, dodatkowo wi-fi w pokoju. Tego samego dnia idziemy jeszcze zobaczyć karmienie słoni. Całe szczęście jesteśmy pierwsi i możemy sobie w spokoju wszystko pooglądać, bo zaraz potem przyjeżdża wycieczka Hindusów - wycieczki Hindusów są jeszcze gorsze niż wycieczki Chińczyków, Chińczycy po prostu tak samo wyglądają, mają takie same czapeczki, chorągiewki czy koszulki, nieważne co, ważne żeby było rozpoznawalne z daleka, poza tymi robią setki zdjęć wypasionymi aparatami. Hindusi z kolei przyjeżdżają równie licznie jak Chińczycy, każdy ma inny strój, również robią masę zdjęć, ale aparatami komórkowymi. Hinduska wycieczka nie wie jednak, co to cisza i spokój, lecą całą bandą pozostawiając za sobą porozrzucane śmieci, muszą dotknąć wszystkiego, a jak już coś ich zaciekawi oblegają to, krzycząc i śmiejąc się zarazem, uniemożliwiają innym oglądanie tego.

Wieczorem lokalny przewodnik o imieniu Suria brzmiącym tak samo jak lokalne papierosy namawia nas na wycieczki z nim. Akurat dostaje cynk, że nad rzeką jest nosorożec, tak więc zabiera nas tam za friko i juz ma klientów w kieszeni. Oglądamy nosorożca z odległości kilku metrów, na szczęście dzieli nas klif, który uniemożliwia mu przejście na naszą stronę - dużo atrakcji jak na pół dnia w Chitwanie:)

21.02.2011 - Park Narodowy Chitwan

Rano jedziemy na przejażdżkę słoniem po parku narodowym. Jesteśmy tylko my, "kierowca" i słoń. Szczęście nadal nam sprzyja - z odległości paru metrów znowu oglądamy nosorożca tym razem z małym dzieckiem, niestety tygrysa nie spotkaliśmy chociaż kręciliśmy się trochę po trawiastych rejonach. Świetne były momenty, kiedy weszliśmy w gęsty las, a słoń trąbą łamał gałęzie, bądź je odsuwał, żeby torować sobie drogę. Byłem sceptyczny, co do tej wycieczki, a niesamowicie pozytywnie mnie zaskoczyła, zdecydowanie polecamy każdemu.

Godzina 11 to czas na kąpiel słoni. To codzienny rytuał, na który czekają zarówno słonie, ich opiekunowie jak i turyści. Słonie uwielbiają kąpiele, najpierw zanurzają się CAŁE, niesamowity widok jak ogromny słoń nagle wynurza się z wody, następnie kładą się na boku, a opiekunowie szorują je kamieniami - słonie to uwielbiają! Właściciel za odpowiednią opłatą rzecz jasna, może zrobić przerwę w masowaniu słonia - zajarany turysta siada na słoniu, a ten oblewa go wodą za pomocą swojej trąby- słoń ma zabawę, turysta jest w 7 niebie, a właściciel już w myślach liczy pieniądze. Tak, my też należymy do grupy tych podekscytowanych turystów, którzy chcieli tego spróbować

Aby utrzymać intensywnie tempo dnia wybieramy się na kanoing łódką, początek jest smętny do bólu, Surya(nasz guide) próbuje zainteresować nas Kingfisherem, jakimś drzewem, czy malutkimi rybkami, ok słońce świeci widoki fajne ale gdzie krokodyle?!

Krokodyle w końcu były a jakże, ale najpierw minęliśmy zwłoki psa całe w muchach płynące tą samą rzeką, którą oblewał nas wcześniej słoń!. Pierwszy krokodyl, którego widzieliśmy miał ze 3 metry i wygrzewał się na brzegu parę metrów od nas, Surya zapewniał nas, że ludzi nie atakują, jednak nie chciał stanąć na dłużej niż parę sekund, w sumie może to i dobrze, bo już sobie wyobrażałem jak nagle wskakuje do wody i w sekundę jest obok nas, a z naszej łódeczki i nas samych pozostają tylko strzępy... Kolejny, równie duży i równie przerażający, przyglądał nam się z brzegu, odprowadzając nas wzrokiem aż do momentu, kiedy rzeka zakręciła za jego wysepkę.

Wieczorem kolacja(jak i większość innych posiłków) w naszej ulubionej knajpce o uroczym sloganie "no pizza no pasta no problem". Jedzenie serwują wyśmienite, a ceny lokalne, zdecydowanie polecamy!

22.02.2011 - Park Narodowy Chitwan

Łydki po Himalajach cały czas dają nam we znaki, zejście po schodach w dół to nieustanny ból. Dziś dzień odpoczynku, idziemy do rhino resort hotel poleżeć po prostu na basenie i zażyć trochę słońca. Pierwotny plan był taki, żeby tam mieszkać, ale cena 60USD za nocleg trochę nas od tego pomysłu odwiodła. Woda w basenie niestety tak zimna, że można tylko skoczyć i zaraz wychodzić, przynajmniej dla mnie. Dwie Rosjanki pływały dziarsko w obie strony krzycząc do siebie co chwila Haraszo. Taki dzień odpoczynku zdecydowanie był nam potrzebny, w końcu jesteśmy na wakacjach, tym bardziej, że czeka nas noc w dżungli...

O 18 przyjeżdża po nas Surya i jedziemy do naszej wieży strażniczej, w której oprócz nas nocować mają 2 turystyki, strażnik oraz 2 przewodników, którym niemiłosiernie śmierdziało z ust. Na szczęście upatrzyli sobie tamte 2 turystyki i całą noc je zabawiali, odurzając je jednocześnie smrodem wydobywającym się przy każdym wypowiedzianym słowie. Noc jednak nie warta swojej ceny, poza kłusownikami, którzy polowali po zmroku, nic ciekawego nie widzieliśmy, bo po jednorożcu i krokodylach ciężko uznać za ciekawe przechodzącego po ciemku dzika...Odgłosy z dżungli dochodziły jednak cały czas, wydaje mi się, że mogłem także słyszeć mruknięcie tygrysa, na pewno jednak jakiegoś wielkiego kota, ale że nie było przy nas przewodnika, który by nam powiedział, co to za zwierzę, to zostańmy przy tym, że słyszeliśmy różne odgłosy dochodzące z dżungli.

23.02.2011 - Park Narodowy Chitwan - Gorhkapur

Surya odbiera nas rano z budki i odwozi do naszego hotelu. Tam odbieramy nasze bagaże, śniadanko w "no pizza no pasta no problem" i ruszamy na dworzec autobusowy. Dzisiaj czeka nas ciężki dzień - jedziemy do Varanasi.

Kierowca autobusu do granicy się nie spieszy, plus te ich obowiązkowe postoje na jedzenie. U Nepalczyków wykupujesz wycieczkę tak zwanym "private busem", który zawsze musi mieć jeden, albo dwa postoje w przydrożnych knajpach, gdzie poza turystami nie ma nikogo. Nienawidzę tych postojów, zabierają cenny czas, dodatkowo ceny są z sufitu. Tutaj oczywiście, też mamy taki postój, mimo że do granicy zaledwie 20minut!

Do granicy docieramy późno, bo koło 13. Autobusy nie dojeżdżają do samej granicy tylko do postoju 4km przed granicą, a tam oczywiście czeka już wataha naganiaczy. Wzięliśmy riksiarza, co chyba nie było dobrym pomysłem, bo z bagażami jechał długo, a wystarczyło pójść kawałek w inną stronę, gdzie odjeżdżały busiki – cóż zawsze 10minut oszczędności. Na granicy szybkie załatwienie formalności przechodzimy na stronę Indyjską, a tam... brud, syf, hałas...inny świat. Nie to że w Nepalu jest super czyściutko i spokojnie, ale jednak o niebo czyściej. Nepalczycy nie lubią być porównywani do Hindusów, mówią, że nie ma między nimi nic wspólnego, przejście graniczne jest tego przykładem.

Po stronie indyjskiej także szybkie załatwienie formalności i dajemy się namówić na jeepa, bo zależy nam na czasie a i kierowca mówi mi wyjątkowo niską cenę. 2 razy sie upewniam, że mówi 100rupii za osobę, ładujemy bagaże na dach i wsiadamy. Cena pewnie taka bo docisnęli nas do już ostro upchanego ludźmi auta, stad pewnie discount. Przed samym odjazdem dociskają jeszcze jedną osobę(nie wiem jak to zrobili ale nas upchali) i już przez szybę jeden z nich pokazuje, że cena to 150 rupii - hinduskie cwaniaczki, tego nie lubimy, niech nawet nie liczą na jedną rupię więcej, niż te 100 za osobę, które mi powiedzieli na początku.

Kierowca gna jak szalony, co nam się podoba, niestety to co wypracował szybką jazdą stracił na postoju, gdzie oczywiście cała kuchnia już była gotowa na nasz przyjazd. Tutaj zaczyna się płacenie za bilety, wszyscy płacą po 200, my płacimy po 100 tak jak się umówiliśmy, jednym nie wydają reszty, kilku lokalnych kłóci się o coś z tymi cwaniaczkami, ogólnie witamy w Indiach. Siedzę i obserwuję, bo chłopaczek nie chce komuś wydać reszty i pokazuje na mnie, że niby ja zapłaciłem za mało. Jeszcze raz próbuje ode mnie wyłudzić dodatkowe 100 rupii, ale moja cierpliwość się kończy, wyskakuję do niego z jeepa, rzucam parę cierpkich słów i grożę palcem przed jego nosem. Więcej o pieniądze się nie upomniał.

Do Gorhkapuru docieramy koło 16, tego dnia nie zdążymy już dojechać do Varanasi. Tak więc kurs na dworzec po bilet na pociąg. Ok wiem, że kupno biletu w Indiach nie należy do najłatwiejszych ale ja znam numery pociągów, które nas interesują, znam też godziny odjazdów, niestety biletu kupić nie sposób. Jestem odsyłany od okienka do okienka, ale nic to nie daje bo nikt nie mówi po angielsku. Lituje się nade mną jakaś młoda hinduska, mówi że bilet, który chce kupić muszę kupić gdzie indziej w innej kasie. Przeważnie tak Hindusi naciągają turystów, ta jednak autentycznie chce pomóc. Idzie ze mną ze 300metrów do jakiejś budki, gdzie okazuje się być druga kasa, naczelnik nawet mówi po angielsku. Wypełnić świstek, odstać swoje w kolejce, oddać świstek, który okazuje się nieużyteczny i bilety są w moim posiadaniu, mieliśmy do wyboru sleeper albo pierwszą klasę, to wzięliśmy to drugie, chcemy spokojnie się przespać. Wracam na główny dworzec, a tam dwie pary, które z nami podróżowały, a z którymi rozstaliśmy się na granicy. Jedni nie wiedzą jak kupić bilet, a drudzy już kupili, ale jemioły nie dość że jadą sleeperem, to płacą więcej niż my za 1 klasę - już ich Hindusi wykiwali!

W 1 klasie jedziemy z parą fajnych Duńczyków, których poznaliśmy już w Chitwanie. Fajnie nam się rozmawia, to ich 1 raz w Indiach i widać są w lekkim szoku, pytają o wszystko. Jak na pierwszą podróż indyjską koleją zaczęli z wysokiego pułapu. Kabinka w 1 klasie zamykana jest od wewnątrz, tak więc nie musisz przypinać swoich bagaży zapięciami i spać z otwartym jednym okiem, ot zamykasz się od środka i masz święty spokój.

› do góry