Kathmandu - relacja z wyjazdu do Nepalu i Indii w 2011 roku.

13.02.2011 - Kathmandu

Spokojnie dolatujemy do Kathmandu. Z pokładu samolotu podziwiamy majestatyczne Himalaje, to jedynie przedsmak tego, co zobaczymy później na trekkingu po Annapurnie. Natalia, choć zachwycona widokiem, jest też trochę zdenerwowana, bo naczytała się wcześniej o tym, jak to trudno wylądować w Kathmandu, gdyż lotnisko jest usytuowane w dolinie, a wokół same kilkutysięczniki. Na lotnisku po wypełnieniu papierków i zapłaceniu 50 dolarów otrzymujemy wizę nepalską. Po dotarciu taksówką do Thamelu lokujemy się w Bright Star Hotel za utargowane 300Rs za noc. Pokój i łazienka bardzo schludne, tylko generatora brak co jednoznaczne z tym, że prąd mamy tylko kilka godzin w ciągu dnia i to przeważnie wtedy kiedy nas w nim nie ma... Zostawiamy bagaże, odświeżamy się i lecimy na podbój dzielnicy.

Na początek Thamel - bardzo tłoczny i bardzo bazarowy. Dla jednych Thamel może być bardzo turystyczny, dla innych wręcz przeciwnie- bardzo lokalny. Gdziekolwiek się nie ruszysz, otacza cię bardzo stare budownictwo, na zewnątrz jest handel i spotkania w knajpach, a gdy wejdziesz dalej na podwórko, widzisz inne życie: dzieci biegające bez butów, samopas, umorusane na swoich ślicznych buźkach, kobiety siedzące na chodniku, rozmawiające i czeszące sobie nawzajem włosy, mężczyzn zamyślonych w otaczającej ich rzeczywistości. Trzeba wejść w podwórko oraz do lokalnej knajpki, do jakiej chodzą Nepalczycy, by zaobserwować, ze Thamel to prawdziwie folklorystyczna część Kathmandu. Ale czyż nie tak jest z każdym miejscem?

Nasz pierwszy posiłek w Nepalu to osławione momo, które jemy w lokalnej małej knajpeczce, no bo jakżeby inaczej. Momo to pierożki nafaszerowane kapustą z warzywami(oczywiście są też z mięsem). Prze-pysz-ne. A do tego, tanie jak barszcz, bo tylko za 50Rs (czyli ok 2,50, ta drobna uwaga o kwocie jest dość istotna, bo w innych knajpkach, w innych rejonach, nastawionych na turystów, takie samo lub z innym nadzieniem momo, zjemy za ponad 200Rs, w Himalajach to 280Rs za momo, w Chitwanie za ok180Rs). Do tego przemiły Nepalczyk podaje nam dobrą kawę i jesteśmy gotowi w dalszą drogę.

Oczywiście Kathmandu, to nie tylko Thamel, to także New Road, gdzie ceny są najniższe, Kathmandu to także zabytkowy Durbar Square, jeden z trzech, które obejrzymy. Za wstęp nie płacimy nic, bo nawet nie wiemy, że trzeba i nie widzieliśmy żadnych kas, szczególnie, że wejście na Durbar Square jest prosto z uliczek, bardzo płynne i nie jest ono w ogóle oznaczone. Podobno jednak wstęp kosztuje, i to nie bagatela 200Rs. Potem przekonamy się, że ceny za wstęp do zabytkowych miejsc, tak jak w Indiach, są kosmiczne, czasami nawet nie kilka a kilkanaście razy wyższe niż dla miejscowych.

Wieczorem idziemy na kolacje z naszym przyjacielem Rohitem, Nepalczykiem z którym Natalia studiowała w Glasgow. Specjalnie na spotkanie kupiliśmy dużego Balantines’a, który zaczęliśmy pić praktycznie od razu. Rohit przyjechał samochodem, ale tam to nie problem, w Nepalu nie ma alkomatów i ludzie mogą pić i jeździć powolutku bez stresu! Kolacje z Rohitem to coś, co będziemy długo pamiętać, chodziliśmy do świetnych knajpek, gdzie Rohit zamawiał najlepsze jedzenie - nawet nie patrzyliśmy w menu. Na pierwszy wieczór Nepalska knajpka na Thamelu z przepysznymi momo i jeszcze lepszym lokalnym whiskaczem, w dodatku darmowe wi-fi! Po kolacji Rohit zabiera nas na wzgórze, z którego widać całe miasto, tam dokańczamy, co mamy do wypicia, wtedy nasz przyjaciel wpada na świetny pomysł - po drodze na wzgórze zatrzymali nas żołnierze, którzy kontrowali wylotówkę z miasta. Jako że byliśmy turystami, to od razu nas puścili, jak mówi Rohit- turysta w Nepalu może wszystko. A więc pomysł jest następujący, wracając zatrzymamy się i zrobimy sobie z nimi zdjęcia, ba może nawet pozwolą nam potrzymać swoje AK-47. No to wracamy, znowu latarki - świecą nam do samochodu, Rohit widać, że ich namawia, Natalia przytakuje głową jakby doskonale znała lokalny język, żołnierze dyskutują między sobą i niestety dochodzą do wniosku, że nie mogą na to pójść. No cóż szkoda, było blisko:)

14.02.2011 - Kathmandu

Około południa jedziemy do Patanu- miasta, które wraz z rozwojem Kathamandu stało się jego przedmieściami. Centralnym miejscem jest Durbar Square, chyba najładniejszy który widzieliśmy, gdzie wrażenie robią niesamowite buddyjskie stupy. Tam biletów wstępu już pilnują, więc płacimy po 200 rupii za wstęp. Planowaliśmy kupić tam pamiątki, niestety ceny wbrew naszym oczekiwaniom nie są tam wcale niższe niż na Thamelu. Zadowalamy się jednak kupnem super złoconej maski i płyty z mnisimi mantrami, które już na zawsze będą mi się kojarzyć z Nepalem.

Dzisiaj kolacja w koreańskiej restauracji, już nie tak zakrapiana jak wczoraj, ale za to kulinarnie mistrzostwo świata, tym bardziej że sami sobie gotujemy, to znaczy Rohit gotuje, a de fakto smaży. Na środku stolika mamy miejsce do smażenia, wkoło stoją przystawki, a wszystko dopełnia zimne piwo Everest, słowem świetne walentynki we trójkę:)

15.02.2011 - Kathmandu

Rano jedziemy z naszym nepalskim kolegą do Bhaktapuru, na dzień dobry musimy zapłacić po 1100 rupii za osobę. Bhaktapur jest w większości zamieszkany przez Newarów - najdzielniejszych ze wszystkich Nepalczyków. Miasto posiada nie jedno, ale aż trzy główne place, każdy równie imponujący. Niestety dowiaduję się o tym już po fakcie, bo Rohit zabiera nas zaledwie do dwóch:) Cóż fakt, że świątynie wyglądają imponująco, ale jednocześnie i bardzo podobnie, więc nie mamy mu za złe, że pominęliśmy kilka kolejnych stup.

Kolejnym punktem jest Pashupati, czyli miejsce palenia zwłok. Nie trafiliśmy na żadne, widzieliśmy tylko jedno dogasające ognisko. Wokół kręci się sporo pseudo-sadhu, którzy chętnie pozują do zdjęcia za parę rupii, które zapewne od razu zamienią na towar do palenia.

Wieczorem kolejna świetna kolacja, tym razem typowe Nepalskie jedzenie. Rohit jak zwykle zamówił tyle pyszności, że można by obdzielić jeszcze z 10 osób.. Po 3 wspólnych wieczorach, czas na wzruszające pożegnanie. Rohit dostał od nas pamiątki z Polski już pierwszego dnia, teraz odwdzięcza się ręcznie utkanym dywanem z jego rodzinnej fabryki, który będziemy ze sobą wozić cały wyjazd:)

› do góry