Pokhara i Poon Hill - relacja z wyjazdu do Nepalu i Indii w 2011 roku.

16.02.2011 - Pokhara

Rano wyjeżdżamy busem do Pokhary. Do końca wahaliśmy się czy jechać autobusem, czy może zdecydować się na rafting, który de fakto zająłby nam pół dnia więcej. Wszelkie wątpliwości rozwiała nam pogoda, chłodno i deszcz pada cały dzień. Dojeżdzamy do Pokhary koło 14 i od razu wyrabiamy przepustki TIMS i karty wejść na teren parku narodowego Annapurny. Opłaty za te 2 świstki wynoszą sporo, więc wcześniej dzwonimy do Polski z prośbą o sprawdzenie pogody na kolejne dni, bo jak ma tak padać to raczej na trekking nie pójdziemy. Na szczęście prognoza jest idealna, od jutra upał przez kolejny tydzień, tak więc płacimy ile trzeba, dajemy po 4 zdjęcia i ucieszeni idziemy na poszukiwanie lokum.

Idąc w stronę jeziora co chwila zaczepiają nas kolejni naganiacze, nie jest to szczyt sezonu więc sporo hoteli świeci pustkami. Dzięki temu dostajemy świetny pokoik za 300rupii, w dodatku darmowe wi-fi, no i oczywiście za darmo przechowają nam bagaże na 3 dni.

Pogoda niestety nie pozwala nam na zwiedzanie Pokhary, wieczorem rozpadało się na dobre, wykorzystujemy więc ten czas na skorzystanie z darmowego internetu przy whisky z colą...a jutro rano jedziemy w Himalaje:)

17.02.2011 - Pokhara - Tatopanii - Ghara

Pobudka o 5, taxówką za 200rupii jedziemy na przystanek lokalnych autobusów gdzie łapiemy pierwszy tego dnia autobus do Beni(250 NR). Temperatura w okolicach zera a lokalni jadą w klapeczkach i z otwartymi drzwiami i oknami. Siedząc we wszystkim co mieliśmy przemarźliśmy doszczętnie - skoro tu jest tak zimno to co będzie 3tys. metrów wyżej?

Z rana jest przerażająco zimno, mimo, że mamy na sobie kilka warstw ciuchów. Termperatura jest chyba w okolicach zera, a Nepalczycy latają se w japonkach i samych bluzach. Taka temperatura utrzymuje się jeszcze przez kilka godzin. Przy jednym postoju razem z innymi podróżującymi i ślicznymi, kudłatymi psami ogrzewamy się przy gorącej herbacie z mlekiem i słonych pączkach prosto z patelni. Podróż, która jest dość mozolna, dostarcza niesamowitych widoków, szczególnie, gdy jedziemy tuż nad skarpą, na głęboko przepaścią, a Natalii serce staje w gardle. Do Beni docieramy około 11 i od razu łapiemy kolejny bus do Tatopanii(300 NR), w którym kierowca puszcza klasykę Puffa Daddy’ego 'I'll be missing you'. Ta trasa to ostry hardcore, jedziemy z kurami i kozami bo bagnach i wybojach, którym nie sprostał jeep rozkraczony na środku drogi. Że nasz kierowca to nastolatek żądny wrażeń - omijamy jeepa jadąc jednym kołem centymetry od krawędzi - fakt widoki przepiękne - wodospad, rwąca rzeka idealne miejsce na rafting, ale póki co dobrze mi tutaj na górze w tym zapchanym autobusie, nie chciałbym nagle znaleźć się tam na dole...

Cali dojeżdżamy do Tatopanii, gdzie witają nas złodziejską ceną za skromną porcję ryżu z odrobiną warzyw i jakimś sosem (200 NR). Na terenie Annapurny ceny wzrastają wprost proporcjonalnie do wysokości. Tego samego dnia dochodzimy do Ghary, gdzie nocujemy chyba w najładniejszym w tej miejscowości pokoju. Do niektórych "noclegowni" bałbym się wejść za dnia, a co dopiero tam spać, tutaj mamy pokoik na piętrze, nawet jest cerata na betonie co sprawia wrażenie luksusu i przytulności, mamy też 2 zabite dechami okna i nieszczelne drzwi, co sprawia, że w nocy mamy w pokoju niezłą wichurę. Poszewka, śpiwór, 2 ciepłe kołdry ale niestety brak czapek i szalików i z rana oboje czujemy w kościach, że trochę nas przewiało.

Cena za pokój to 200 NR i my naiwni wierząc, że im się tutaj tak ciężko żyje nawet się nie targowaliśmy, potem gdy zobaczyliśmy ceny w menu to wiedzieliśmy już, że powinniśmy spać tutaj za darmo pod warunkiem, że zjemy u nich samą kolację - tym bardziej, że byliśmy jedynymi turystami w całej wiosce i w chwili kiedy Natalia brała prysznic dziwnym trafem pod domkiem zebrało się około 20osób:)

Widoki w Ghara niesamowite, zachodzące słońce nad szczytami Annapurny, a potem przepiękna pełnia księżyca to coś, co zapamiętamy do końca życia!

18.02.2011 - Ghara - Ghorepani

Dziś mamy cały dzień wędrówki przez kolejne miejscowości, z przystankiem w Sikha na PRZEPYSZNE momo w restauracji Monalisa. Po 1 dniu postanowiliśmy się targować z nimi nawet o ceny w menu, tak więc momo zamiast 280 wyniosły nas 200. Do Ghorepanii dochodzimy koło 16ej totalnie wyczerpani. Nocleg w murowanym domku z ciepłą wodą wynosi nas 75NR, ale znaaaacznie więcej zostawiamy w barze, gdzie ceny są już najwyższe. Ale nikt się tym nie przejmuje, czas na relaks w doborowym towarzystwie. Wokół czegoś w rodzaju kominka (ważne że dawało ciepło, nieważne jak wyglądało) siedzą podróżnicy z różnych stron świata. Jest trójka studentów z Niemiec, która przyjechała do Pokhary na roczne praktyki w szpitalu, jest para Francuzów, która jest w swoim 5 miesiącu podróży po świecie. Byli już w kilu krajach Ameryki Południowej i Afryki. Po 2 dniach marszu non stop w górę każdy ma ochotę się trochę rozerwać, lokalna whisky z herbatą nie dość, że zaciśnia więzy to pozwala spokojnie przespać noc nie czując zimna - pół nocy przespałem nawet bez czapki!:)

Około 19 z totalnej ciemnicy za oknem wpada para przemarzniętych i przerażonych Rosjan. Wyglądają jak zombie, a wczoraj kiedy jechali razem z nami autobusem wyglądali na takich uśmiechniętych... Popełnili duży błąd nocując w Tatopanii, kiedy my juz 1 dnia dotarliśmy do Ghary. Drugiego dnia musieli przejść cały odcinek, co nie dość, że zajęło im cholernie dużo czasu, to -nawet nie chce myśleć jak- musiało być męczące.

19.02.2011 - Ghorepani - Poon Hill - Nayapull

Pobudka o 5 rano i ruszamy na Poon Hill. Idziemy chyba całą grupą, która wczoraj balowała wspólnie - i dobrze, samemu słabo byłoby iść godzinę z latarką przez las. Na miejsce dochodzimy na 6, ale nie jest łatwo, wczorajsza whisky daje we znaki, poza tym mamy do przejścia ponad 300metrów wysokości, a czas nas nagli. Na górze pomału wschodzi już słońce, w ciemności widać ośnieżone 8tysięczniki, które pierwszego dnia wydawały się tak odległe, widoki NIESAMOWITE - warto było tyle iść! Jest czas na kontemplacje tego, co widzimy i jest czas na zdjęcia. Jednak walka z zimnem nieustannie trwa,, dobrze że w termosie mamy herbatkę ze "wspomagaczem".

Schodzimy na dół, szybkie i znowu pyszne momo na śniadanie , kontrola przepustek i przed 9tą wyruszamy szybkim tempem na dół. Schody prowadzące do Ulerii to jest straszna męczarnia, nawet idąc w dół, nie wyobrażam sobie marszu nimi pod górę. Po takim "spacerku" miałbym dosyć Himalajów chyba na zawsze. Pewien kawałek idziemy ze studentami z Pokhary, którzy pokazują nam mały skrót. Do Nayapull totalnie wyczerpani docieramy o 14.30. 6 godzin ciągłego marszu szybkim tempem w dół dało nam we znaki.

O 15.30 w okolicach Pokhary znajduję się ośrodek dla uchodźców z Tybetu, koniecznie chcemy go odwiedzić, bo akurat witają nowy rok i mają być jakieś obchody. Taksówkarze chcą nas oskubać to sie zapieramy, bo tego nie lubimy i jedziemy lokalnym busem mimo, że zależy nam na czasie. Mogliśmy zapłacić raptem parę złotych więcej i komfortowo być tam na czas, ale nie, nie damy sie wydoić -no to mamy: w takim ścisku nie jechaliśmy jeszcze nigdy i nigdzie, w dodatku w tak wolnym tempie, bo co chwila wchodził ktoś nowy, mimo że w autobusie i na dachu nie było już miejsca. Co jakiś czas musiał ktoś wyjść z końca autobusu, co zajmowało dobre kilka minut przepychania się i ponownego upychania ludzi. Będąc w Mombaju dziwiłem się, jak ludzie mogą jechać w kilka osób w otwartych drzwiach trzymając się tylko jednym palcem, bo nie było miejsca na całą rękę - tutaj czegoś podobnego sam doświadczyłem, jedynym plusem było to, że miałem tyle miejsca, żeby trzymać się całą ręką.

Oczywiście grubo spóźnieni docieramy do ośrodka mnichów z Tybetu - niestety obchodów dzisiaj nie ma, tylko jutro, a jutro to nas już tutaj niestety nie będzie. Robimy kilka pamiątkowych zdjęć i kupujemy parę pamiątek od Tybetanek naprzeciwko bramy, na której ktoś napisał sprejem: Save Tibet.

20.02.2011 - Pokhara - Chitwan

Już wczoraj byliśmy totalnie wyczerpani, ledwo co chodziliśmy, ale dziś jest dopiero makabra. Himalaje oprócz niesamowitych widoków zostawiły nam popalone mięsnie łydek i zakwasy na pozostałych mięśniach. Ból sprawia nam każdy krok, a zejście po schodach w dół to grymas na twarzy, co każdy stopień. Całe szczęście pod hotelem stoi taxówka, początkowa cena to 200 NR, ale jedziemy za 100, pakujemy się do busa na swoje miejsca w kabinie kierowcy i ruszamy do Chitwanu.

Poon Hill w 3 dni

Z powodu ograczeń czasowych postanowiliśmy spróbować wejść na Poon Hill i wrócić do Pokhary w 3 dni. Aby tak zrobić należy zacząć trek odwrotnie, niż wszyscy czyli z Tatopanii zamiast Nayapull. Pierwszy autobus do Beni odjeżdża z Pokhary o 6, więc koło 10-11 jest się na miejscu, tam kolejny autobus i na 13 jesteśmy w Tatopani, skąd zaczynamy trek. Tego samego dnia można zobaczyć termalne źródła, a na 17 dojść do Ghary i tam nocować. Można też wyruszyć od razu na trek i jak ktoś jest wprawiony to dojdzie pewnie do Sikhy, albo na spokojnie do Ghary. Kolejny dzień to całodzienną wędrówka do Gorephani. Trzeci dzień to pobudka o 5 rano, wejście z latarkami na Poon Hill, śniadanie w Gorephani i wyjście rano na dół do samego Nayapull. Nam bez przerw na jedzenie szybkim tempem zajęło to 6 godzin, tak więc złapaliśmy jeszcze lokalny autobus do Pokhary.

› do góry