Varanasi - relacja z wyjazdu do Nepalu i Indii w 2011 roku.

24.02.2011 - Gorhkapur - Varanasi

Rano dojeżdżamy do Varanasii, my chcemy spać przy Ghatach, Duńczycy gdzieś w centrum miasta w hotelu z basenem, tak więc rozdzielamy się... niestety nie udało nam się już więcej spotkać, nawet nie wymieniliśmy się kontaktami mam nadzieję, że ich półroczna wyprawa się im uda.

Wysiadamy na przystanku Varanasi City, zamiast na głównym. To był dobry wybór, bo cicho i spokojnie, jak wychodzimy z dworca riksiarze są chyba zdziwieni że tutaj wysiedli jacyś turyści. Oczywiście obskakują nas w ilości kilkunastu sztuk, ale i tak na pewno jest spokojniej niż na dworcu głównym, na którym dzieją się dantejskie sceny. Jedni biali a ryksiarzy dużo, tak więc jedziemy za naszą cenę (2 razy taniej niż turyści płacili z głównego dworca, jak się później dowiedzieliśmy) do głównego ghatu.

Znaleźć nocleg nie jest łatwo, wszystko wokół ghatów zajęte, po długim szukaniu dostajemy mały, ale ładny pokój bez okna w Alka Hotel. Pokój spoko, ale obsługa nie bardzo. Szybka kąpiel i ruszamy na zwiedzanie, zaczynamy mocnym akcentem, bo kierujemy się do ghatu Manikarnika , gdzie odbywa się palenie zwłok. I na cóż była kąpiel i zakładanie względnie świeżych ciuchów? Od razu zaczepia nas młody chłopak, z bardzo dobrym angielskim. Na wstępie uprzedza, żeby kategorycznie nie robić zdjęć, bo jest to ich święte miejsce i rodziny, które palą zwłoki nie życzą sobie, aby robić zdjęcia. Chłopak oferuje, że oprowadzi nas po tym miejscu i opowie o wszystkim, w zamian nie chce żadnych pieniędzy, ewentualnie możemy dać na hospicjum - przystajemy na jego propozycje.

Wokół ghatu ułożone są ogromne stosy drewna na sprzedaż, rodzina zmarłego układa z nich stos, na którym po uprzednim rytualnym zamoczeniu w Gangesie będzie palone ciało. Zmarli paleni są z biżuterią, jeśli taką posiadają. Bogatszych stać na spalenie w drewnie, biedotę pali się w krematorium po drugiej stronie ghatów. Krematorium i hospicjum wyglądają natomiast na wyjęte z najstraszniejszych horrorów. Rytuał palenia zwłok trwa 3 godziny, ale na jego koniec oczekują już ludzie i zwierzęta... Hindusi z najniższej kasty stoją całe dnie w rzece i w poszukiwaniu resztek biżuterii niczym dawni poszukiwacze złota przeszukują miejsca, gdzie wysypane są pozostałości po zmarłym. Zdarza się, że niecałe złoto się topi, wtedy to, co wyłowią to ich... Zwierzęta także czekają, aż palenisko ostygnie i może cholernie przegłodzone psy znajdą dla siebie jakąś niedopaloną kość...

Tak, nie wygląda to przyjemnie, ale takie właśnie jest Varanasii, to piękne stare miasto w którym psy i ludzie walczą o przetrwanie każdego dnia, żyjąc bez żadnej godności. W miejscu palenia zwłok kupowaliśmy jakieś jedzenie i karmiliśmy psy, młodziutkie psy, które umierają z głodu obok ludzi. Oczywiście krowy i kozy żyją najlepiej, są dokarmione, a w miejscu palenia zwłok kręci się ich kilkanaście. Dojadają całe "zielsko", które nie zostało spalone albo się nie dopaliło.

W Manikarnika są trzy miejsca palenia zwłok, jedno przy samej rzecze, drugie trochę wyżej – oczywiście kosztowniejsze i trzecie na dachu jednego z budynków, tutaj palą tych najzamożniejszych, ale krowy, kozy i te biedne psy także czatują tam na cokolwiek do jedzenia. Idąc do tego miejsca widzimy psy, które z głodu jedzą po prostu krowie kupy...jeśli chcą je zjeść muszą się spieszyć bo ludzie też na nie czekają, aby je zebrać do torebki, a potem wysuszyć na słońcu i używać jako paleniska...

Natalia jest totalnie zdegustowana, tym bardziej że oprócz dymu ze zwłok, które parę razy nawiedziło nasze nozdrza, na całej długości ghatów śmierdzi po prostu uryną. Hindusi załatwiają się pod siebie, gdzie popadnie.

Kierujemy się dalej ghatami, odbijając w końcu w wąskie uliczki. Varanasii, oprócz Gathów słynie także z ciągu wąskich uliczek, wijących się tak, że zgubić się tam zdarza chyba nawet lokalnym. Lubimy takie miejsca, sami lokalni, sklepy dla lokalnych i lokalne ceny. Kręcimy się tam dosyć długo, opuszczamy ten labirynt po paru godzinach z pełnymi brzuchami i wypchanym plecakiem.

Wieczorem z dachu naszego hotelu w trakcie kolacji widzimy coś w rodzaju świętej kąpieli. Nie widzimy dokładnie co się dzieję, ale podobno odbywa się to codziennie o 18, a obok tego miejsca stoi kilkadziesiąt łódek z turystami obserwującymi to wydarzenie. No cóż świętość świętością, ale jak dzięki temu może zarobić kilkadziesiąt osób to czemu nie?:)

Po kolacji po raz trzeci tego dnia wyciągam Natalię do miejsca palenia zwłok, wieczorem jest spokojniej, palonych jest znacznie mniej osób, ale pogrzeby odbywają się tam 24/7. W rytuale palenia zwłok nie mogą brać udział kobiety, a rodzina zmarłego musi na tę okazję ogolić głowę na łyso. Kiedyś wdowy po mężach palone były razem ze zmarłym. Teraz wystarczy goła głowa i biały strój na znak żałoby.

Varanasi oprócz tego wszechobecnego brudu przy którym Paharganj wydaję się cichym i czystym miejscem, ma także rzecz, która irytuje. To biali turyści, dla których super zajawką jest zapalenie z lokalnymi ćpunami. Siedzą tacy z brodami, pół dnia żebrają, pół dnia palą fifkę, i czekają na turystę dla którego super wydarzeniem będzie zapalenie maryśki z lokalnymi, biorąc po nich lufkę do ust. Odrażające!

25.02.2011 - Varanasi

Rano Varanasi wita nas deszczem. W czasie monsunu Ganges wygląda zupełnie inaczej. Widzimy po drugiej stronie rzeki pustynny rejon, ale już za pare miesięcy będzie tam płynęła rwąca rzeka. A w tej chwili widzimy Ganges, który zdaje się nie mieć nurtu...rzeka po prostu stoi...

Dzisiaj idziemy na spacer ghatami, ale w inną stronę, mamy zamiar zwiedzić też kampus uniwersytecki. Mi spacer oczywiście bardziej się podoba, Natalia pędzi przede mną zakrywając usta chustą, nie mogąc wytrzymać wszechobecnego smrodu moczu i gówna. Nie może zatem zrozumieć białych kobiet, ćwiczących jogę nad Gangesem i biorących głębokie wdechy podczas ćwiczeń...:) A spieszyć się nie ma co, wokół piękne widoki, oprócz starych jak świat ghatów możemy zobaczyć stos ułożonych krowich kup, które suszą się tuż obok ubrań i prześcieradeł. Tych prześcieradeł coś dużo i wszystkie takie same, chyba hotelowe...ciekawe czy nasze prześcieradło też było myte ręcznie w Gangesie zaraz za miejscem, gdzie jest kolejne palenisko zwłok. Wzrok Natalii mówi: "A jak myślisz?"

Wychodzimy z ghatów, przerwa w knajpce z wifi na wyśmienity smoother z imbirem, cytrusami i chilli (czegoś tak orzeźwiającego i smacznego nigdy nie piliśmy!), po ciastku i idziemy na uniwersytet. Kampus ogromny, tak więc bierzemy rikszę i jeździmy po najciekawszych miejscach. Jedno muzeum, jedna świątynia, 2 pyszne soki z limonki i wracamy z powrotem. Zatrzymujemy się na obiad w PRZEPYSZNEJ lokalnej knajpce, nan robiony w czymś takim po prostu musi wyjść wyśmienity. Knajpka znajduję się na głównej ulicy prowadzącej do uczelni, idąc od ghatów będzie po prawej stronie – zdecydowanie polecamy!

Lokalni krzyczą jakieś chore kwoty za przepłynięcie łódką z Assi ghat do Dasaswamedh ghat - za 15minutowy kurs w jedną stronę chcą 300 rupii, oczywiście ich zbywamy. Dogadujemy się ze starszym panem, który łowił ryby przy brzegu, a on zdecydował się popłynąć za naszą cenę - 80rupii. Chcemy zobaczyć ghaty z dystansu, a także z łódki pstryknąć parę zdjęć miejscu, w którym palone są zwłoki.

Po południu Varanasii żegna nas deszczem, deszczem, który zabiera ze sobą wszystkie odchody leżące na wąskich uliczkach, którymi kierujemy się do taxówek. Pod nogami czujemy, jakiś taki nienaturalny poślizg, Natalia z prawie 20kilogramami na plecach pędzi jak oparzona, aby tylko wyjść na główną ulice. Tam łapiemy taxi i jedziemy na dworzec główny, zajmujemy swoje miejsca w AC3 i jedziemy nocnym pociągiem do Delhi.

› do góry