Opis podróży po Indiach Południowych w 2008 roku

Na początku wszystko szło nie tak. Snuliśmy plany wyjazdu do RPA lub do Indonezji w zimie, lecz z braku tanich lotów musielibyśmy dostać się tam na piechotę. Wówczas pojawił się pomysł ponownego odwiedzenia Indii, tym razem od południa. Oczywistym celem stała się Goa, najmniejsza ze wszystkich indyjskich prowincji o niepowtarzalnym portugalskim charakterze.

Jako że Portugalczycy opuścili swoją kolonię dopiero w 1961 roku, można by liczyć na cywilizowane, łagodne zetknięcie z trudami zwiedzania subkontynentu. Goa jest turystyczna i imprezowa - czyli nie do końca w naszym guście, lecz z drugiej strony wystarczy wyjechać parę kilometrów za Panaji, stolicę stanu i trzymać się z daleka od obleganego Old Goa żeby doświadczyć "prawdziwych Indii", choć w delikatnej oprawie. I tu klapa. Duży popyt na loty nie dopuszczał żadnych obniżek cen biletów. Mimo że sprawdzałem Internet dwa razy dziennie, nie mogłem znaleźć niczego poniżej 350 funtów. Tym sposobem wybór padł na Tiruvananthapuram, znanego także jako Trivandrum, leżącego niemal na samym południowym cyplu kraju. Bilet można było kupić już za 268 funtów, wylot 11 stycznia, a dojechać stamtąd do Goa pociągiem to zasadniczo żaden problem - wystarczy jedna noc w wagonie sypialnym. Tak to już bywa z dyskontowymi biletami, że szybko się kończą. Decyzję podejmuję bez konsultacji z Bożenką. Wysyłam maila z zapytaniem o dostępność także w nieco innych terminach. Optymalnie byłoby polecieć chociaż tydzień później, tj. 18 stycznia. Odpowiedź otrzymuję po niespełna 30 minutach... i to po polsku. Pewno moją narodowość rozpoznano po zakończeniu adresu mojego maila (.pl) i system automatycznie przetłumaczył odpowiedź na polski. Mail podpisany jest przez Joannę Lewandowską, więc wszystko jasne. Joasia sugeruje abym zadzwonił pod jej bezpośredni numer podając numer karty kredytowej i dokonując rezerwacji za jej pośrednictwem. Myślę sobie, że w ten sposób to właśnie ona otrzyma prowizję, a ja uniknę pewnego stresu jaki towarzyszy mi, kiedy dzwonię do Anglii. Rozmowa sympatyczna i rzeczowa. Dyktuję numer karty, nasze dane i adres Arka, gdzie powinni wysłać bilet, potem wracam do szkoły. Tu czeka już na mnie desperacki mail od Joasi, która pisze, że mimo prób nie mogła się ze mną skontaktować telefonicznie, a moja karta nie działa. Uspokajam ją sugerując, że prawdopodobnie pojawił się błąd w numerze, gdy go spisywała. Podaję go jeszcze raz. Parę minut i przychodzi kolejny mail z informacją, że wszystko jest OK. Mam otworzyć plik załącznika z rezerwacją i go wydrukować. Tu od razu dostrzegam błąd. Bożenka przecież nie nazywa się Dryzek-Oleś. Piszę prośbę o sprostowanie. Wszystko idzie dobrze; po kolejnych paru minutach mam już wydrukowany formularz rezerwacji, a moja żona jest ponownie Bryzek. Z Orbisu biorę formularze wizowe przy okazji dowiadując się, że czasy kiedy wiza indyjska była dla obywateli polskich bezpłatna ostatecznie skończyły się w marcu 2007. Teraz trzeba liczyć się z kosztem 192 zł x 2 + 180 zł za usługę dowiezienia naszych paszportów do ambasady w Warszawie. Następnego dnia Bożenka składa wypełnione dokumenty w Orbisie. Jest 7 grudnia 2007.

Wracam do domu koło 13.00 głodny jak wilk. Obiad na stole - wystarczy podgrzać w mikrofalówce. "Telefon do ciebie," mówi mama schodząc ze słuchawką na dół. "Dzwoni Arek z Londynu". Arek chciałby się upewnić, czy rzeczywiście do Indii jedziemy zaledwie na tydzień (!!!) i czy w Londynie chcemy być aż 8 dni przed wylotem. Mówi, że data naszego wylotu do Indii to 18 stycznia. Oczywiście z radością będą nas gościć przez ponad tydzień, ale czy przypadkiem nie zdarzył się tu jakiś błąd, pyta kończąc.

Robi mi się ciemno przed oczami. "Oczywiście!" wykrzykuję. "Oczywiście, że jest błąd na bilecie. My lecimy do Indii 11-go, a nie 18-go!". Arek mówi, że zaraz zadzwoni do Joasi i postara się wszystko wyjaśnić, i oddzwoni. Mikrofalówka wydaje z siebie syntetyczny dźwięk. Jedzenie gotowe. Nieprzytomnie nabieram trochę ziemniaków na widelec. Dzwoni telefon. Podobno Joasia upiera się, że ja, gdy rezerwowałem lot, chciałem lecieć 18-go na tydzień. Toż to absurd, kompletny absurd! Przecież wiem czego chciałem. To ona, głupia gęś, zrobiła błąd, kolejny błąd i wpisała inną datę, niż ta którą ustaliliśmy. O 18-go tylko pytałem, ale z braku tanich biletów w tym terminie zdecydowałem się na 11-go. Desperacko próbuję dodzwonić się do Anglii. Ktoś się zgłasza ale ewidentnie mnie nie słyszy. Wtem dzwoni komórka; na wyświetlaczu: Private numer. "Tu Joanna, czy rozmawiam z ...". "Tak, tak, to ja. No to mamy problem z biletem", mówię. "Bardzo przepraszam, pomyliłam daty. Zaraz zadzwonię do Thomasa Cooka. I zobaczymy co się da zrobić. Jeszcze raz przepraszam."

Joasia jest pełna pokory i dobrej woli, ale co będzie można zrobić jeśli po prostu nie będzie wolnych miejsc w tym terminie? Czekam w absolutnej desperacji na ponowny telefon z Anglii. Chrzanię ten obiad! Już nie czuję głodu. Dzwoni komórka. Znany, choć nie ulubiony głos mówi, że się udało przebookować i że bilety będą czekać na lotnisku przy stoisku Thomasa Cooka. Głębszy oddech. Życie ponownie odzyskuje blask. A co by się stało gdyby Arek nie otworzył koperty zaadresowanej przecież do mnie? A co by się stało gdyby nie było wolnych miejsc na 11-go? Lepiej nie myśleć. Ale zaraz, dzisiaj mamy 4 stycznia nowego roku, a z Orbisu jeszcze nie dzwonili, żebyśmy odebrali nasze bilety z wizami.

Wybieram numer. "Proszę z tą panią, która zajmuje się pośrednictwem wizowym." "Tak słucham", odpowiada żeński głos w słuchawce. "Nazywam się .... Czy mogę przyjść po odbiór naszych paszportów? Dwa paszporty." "Jeszcze nie dotarły, ale proszę zachować spokój, bo przecież wyjazd jest dopiero 18 stycznia. Skontaktujemy się z panem." Rany boskie jakiego 18 stycznia??? My lecimy już w połowie przyszłego tygodnia!!! Na potwierdzeniu rezerwacji był błąd, błąd, którego nie spostrzegłem zadawalając się tym, że ta cała pieprzona Joasia poprawnie wpisała nasze nazwiska. Nie sprawdziłem dat!!! Rany boskie nie sprawdziłem dat!!! Mamy teraz bilety, ale nie mamy wiz, ani paszportów, które najspokojniej na świecie czekają w kolejce w ambasadzie!!! Wyrozumiała pani z Orbisu przyrzeka, że zaraz skontaktuje się z kurierem i wbije mu do głowy dramatyzm naszego położenia. Ale odpowiedź może być dopiero w poniedziałek. Mija długa sobota, mija długa niedziela. Poniedziałek też się kończy. Mieliśmy tyle zajęć, że nie dało się nawet zadzwonić. Żadnego znaku z Orbisu. We wtorek Bożenka osobiście odwiedza biuro. "Niestety Państwa paszportów jeszcze nie ma, ale kurier już je ma. Wizy ważne są od 7 stycznia. Po odbiór proszę zgłosić się jutro, ale dopiero po południu" słyszy od pracownicy. Co za ulga. W międzyczasie zdążyłem już pożałować, że w ogóle zachciało się nam egzotycznych wypraw. Było pojechać na tydzień Alpy alby do Hurgady w Egipcie. Byłoby bez stresów i zapewne taniej. Po zajęciach w Enersysie odbieramy upragnione dokumenty. Wyjazd jutro o 14.00.

Voyage, voyage

Szukam porównań z zeszłym rokiem. Też jechaliśmy do ciepła, tyle że do Brazylii - nowego kraju na mapie naszej obsesji. Fajnie było. W tym roku dopiero zobaczymy. Oczywiście na Ryśka można liczyć. Mimo jakichś spotkać i dezorganizacji swojego dnia zapewni nam transfer na lotnisko w Balicach. Żegnamy się z mamą i kotkami. Coraz ciężej opuścić dom choćby na dwa tygodnie. Jak mogliśmy pojechać na całe 2 miesiące do Australii i jeszcze nie tęsknić za powrotem? Czyżby coś się w nas zmieniło? Nonsens. Zwiedzanie jest jak narkotyk i to bez szans na wyleczenie.

Przy podchodzeniu do lądowania jakiś łepek odpiął pas, wstał i zaczął grzebać w rzeczach na górnej półce. Bez reakcji z jego strony przeszedł kategoryczny ryk stewardessy: "Sit down, at once!!!". Ponownie wciska nas w siedzenia. To kapitan zdecydował o przerwaniu manewru lądowania i ponownym poderwaniu samolotu w górę. Zanim wylądujemy usłyszymy z mikrofonów jaką totalną głupotą i nieodpowiedzialnością jest wstawanie w trakcie lądowania, i że już na ziemi gość może liczyć się z poważnymi kłopotami. Rzeczywiście, po wylądowaniu kapitan zakazuje wszystkim opuszczenia samolotu. Będziemy czekać na przybycie policji. (Tylko po co wszyscy pasażerowie?) Dopiero 45 minut później możemy podnieść się z siedzeń i wejść do sali przylotów. Autor zamieszania został chyba aresztowany.

[16 lutego, gdy czekałem na lotnisku Pyrzowice na przylot Arka z rodziną podano w wiadomościach o godz. 15.00 następującą wiadomość: Sąd w Londynie wydał wyrok na niejakiego Wojciecha Siutę, Krakowiaka mieszkającego czasowo na Wyspach wyrok sześciu miesięcy więzienia za niezastosowanie się do kategorycznego polecenia personelu i za zakłócenie lotu, w którego rezultacie ktoś mógł odnieść obrażenia. Pilot będąc 60 metrów nad ziemią musiał przerwać manewr lądowania. W imieniu oskarżonego, adwokat tłumaczył, że jego klient po prostu musiał się upić na pokładzie, bo strasznie boi się latać, i w ten sposób próbować sobie ulżyć w stresie. Sędzia jednak nie wykazał zrozumienia. Pozostali dwaj koledzy, również nieprzytomni z nadmiaru alkoholu zostali skazani na odpowiednio 500 i 800 funtów kary]

Wysyłam SMS-a do Arka, że jesteśmy na miejscu i kiedy mniej więcej dotrzemy do niego. Błogosławiona (i tania) ta technika. Z autobusu do kolejki, potem jeszcze krótki spacer spowitym ciemną nocą Londynem i już jesteśmy na miejscu. Oczywiście jak podejrzewałem przez cały rok Arek, ani nikt ze współlokatorów na innych piętrach nie zdobyli się na naprawienie domofonu. Na szczęście Sylwia i Carris dostrzegają nas z okna objuczonych plecakami i otwierają drzwi.

W kierunku słońca

W tym roku nieco mniej zamieszana na lotnisku Gatwick. Dla nas najistotniejsze jest, że na miejscu czekają na nas bilety, a daty tym razem są poprawne. Więc choć tym razem niesławna Joasia nie zawaliła. Dalej trzeba przy kontroli zdjąć buty i kurtki, wyciągnąć paski, saszetki, no i zapomnij o jakichkolwiek płynach i kremach na pokładzie. Jednak ludzi jakby mniej. Lot MYT 043 pojawia się na wyświetlaczu. Idziemy w kierunku wyjścia. Lotnisko jest duże. Zanim dotrzemy właściwego wyjścia minie dobre 10 minut. Do celu pozostało 10 godzin 15 minut, plus godzina opóźnienia. Dla zaopatrzonych w butelkę wódki lot nie powinien zbyt się ciągnąć. Trzeba tylko zachować ostrożność i popijać udając, że to coca-cola. Spożywanie własnego alkoholu na pokładzie jest absolutnie surowo zakazane, a już wiemy co się robi z niesubordynowanymi pasażerami.

Pierwszy kontakt

... jest nieco dwuznaczny. Z jednej strony wymarzone ciepełko (rano temperatura dochodzi już do 23ºC), palmy i błękit nieba, z drugiej zaś niepokój przed perspektywą użerania się z Hindusami przez całe 14 dni, brud (mniejszy niż na północy) i jazgot ulicy (mniejszy niż na północy).

Gdzie przystanek miejskiego autobusu do centrum? Dobre pytanie. Godzimy się na riksze. Z podanej ceny Rs 100 urywam trzydziestkę. Jedziemy pierdzącym jeździdełkiem o trzech kołach i z kierownicą od motoru. Życzymy sobie dowiezienia do dworca kolejowego, ponieważ w jego pobliżu zaznaczonych jest najwięcej hoteli. Byle tylko znaleźć coś w jakiejś bocznej uliczce. Inaczej będziemy spać z zatyczkami w uszach. Trafiamy do zapyziałego, brudnego hotelu - ot taki hinduski standard. Nie będziemy jednak wybrzydzać, przecież poprzednio sprawdzane hotele były wypełnione do ostatniego miejsca. Najgorsze są prześcieradła na łóżkach, które zapewne służyły wielu gościom przed nami.

Mogliśmy bezpośrednio skierować się do Kovalam, letniskowej miejscowości leżącej zaledwie 20 km na południe od Trivandrum, jednak opis w przewodniku zniechęca nas do takiej opcji. Wynika z niego, że to taki całkowicie zabudowany luksusowymi hotelami skrawek ziemi z dyskotekami, barami i tym wszystkim czego do szczęścia potrzeba czterogwiazdkowym imprezowym turystom, którzy zamiast wmieszać się w tłum, wczuć się w atmosferę ulicy, zobaczyć jak ludzie żyją, preferują przez cały czas pobytu wypinać swoje cielska do słońca leżąc przy hotelowym basenie (tu woda jest zdecydowanie czystsza niż w morzu), popijając fikuśne schłodzone drinki, a wieczór spędzać w hotelowej restauracji obżerając się rybą z frytkami i keczupem.

Nie będziemy ani chwili dłużej siedzieć w naszym brudnym pokoiku. Już chyba lepiej przespacerować się ulicami uskakując przed poruszającymi się z niewiarygodną szybkością autobusami, ciężarówkami i wszystkim tym co ma albo silnik albo pedały. Idea chodników dla pieszych, którędy można by przejść bezpiecznie, jeszcze do Indii nie dotarła. Zdumiewająco, mimo (pozornego?) chaosu, braku sygnalizacji i znaków drogowych wszystko co w ruchu splata się i rozplata bezkonfliktowo sprawiając wrażenie kół zębatych jakiejś rozbudowanej maszyny.

Jest gorąco; czas najwyższy na jakieś zimne piwko, lecz jakoś nie możemy nigdzie dostrzec charakterystycznych (charakterystycznych we wszystkich krajach świata, lecz nie w Indiach) szerokich parasoli z plastikowymi stolikami i krzesłami. Zaraz, zaraz. Jak to było 4 lata temu, gdy zwiedzaliśmy północ kraju? Czy przypadkiem nie mieliśmy już wówczas kłopotów z kupnem piwa? Ze zgrozą zaczynamy przypominać sobie jak wiele musieliśmy się natrudzić aby znaleźć jakiś sklep czy knajpę z alkoholem. Jakiś uprzejmy strażnik przed hotelem wskazuje nam drogę do najbliższego baru. "Tam dają piwo, ale czy będzie zimne to już inna sprawa", mówi. Bar jest mroczny, ciemne szyby prawie nie dopuszczają światła. Chciałoby się usiąść na zewnątrz, ale takiej możliwości nie ma. Hinduski pomysł na relaks w takim miejscu przewiduje półmrok. Odpoczęci i napojeni od razu zaczynamy szukać kolejnej knajpy po drodze przyglądając się funkcjonowaniu stolicy stanu Kerala.

Jest to miasto wielkości Krakowa, chociaż w każącym miejscu sprawia wrażenie niewielkiego prowincjonalnego miasteczka. Z południa na północ biegnie główna aleja miasta zwana MG Road. Skrót pochodzi od narodowego bohatera, Mahatmy Gandiego. Co paręset metrów jest ona krzyżowana z prostopadłymi ulicami podobnej szerokości. Mimo że przewodnik podaje informację, że jest to jedno z najbardziej przyjaznych piechurom miast, co chwila musimy umykać na pobocze przed nadjeżdżającym z dużą prędkością przeładowanym autobusem miejskim, a przejście na drugą stronę ulicy (którejkolwiek) jest jak gra w rosyjską ruletkę - za każdym razem trzeba do puli włożyć własne życie i liczyć na łut szczęścia. Tutaj żaden kierowca nie zwolni widząc na torze jazdy kruchą istotę w postaci pieszego. Dobrze wiemy, że turyści patrzą na Trivandrum przez pryzmat międzynarodowego lotniska położonego najbliżej sławnej plaży w Kovalam. Nie będziemy się silić i zwiedzać ani marnej świątyni Sri Padmanabhaswamy, ani zoo, ani jakiegoś prowincjonalnego muzeum, który wymienia z braku bardziej ekscytujących atrakcji nasz przewodnik Lonely Planet. Ale kolejnego piwa sobie nie podarujemy. Tym razem mamy więcej szczęścia. Piwo co prawda kosztuje aż Rs 75, ale za to siedzimy sobie pod strzechą na dachu jakiegoś budynku podziwiając od góry wierzchołki palm rozciągających się ponad całą okolicą.

W kierunku raju

Bożenka gdzieś doczytała się o plaży w miejscowości Varkala, 42 km na północ od Trivandrum. Godzę się z jej wyborem, chociaż od razu zaznaczam, że dłużej niż dwa dni nie posiedzimy w jednym miejscu. Dystans pokonujemy pociągiem. To najsensowniejszy, tani i wiarygodny środek transportu. Chociaż trafia się nam ekspres, tempo nie jest zawrotne. Zza zakratowanych okien chciwymi oczami łowimy egzotyczne widoki, jakichś rolników brodzących po kolana w brunatnej mazi i sadzących, jak nam się zdaje, ryż. Niektóre domostwa to prawdziwa nędza: utkane z liści palm cztery ścianki i nakryte od góry tym samym budulcem. Inne wyglądają znacznie lepiej.

Dojeżdżamy po 50 minutach. Linia kolejowa biegnie w odległości 3 km od wybrzeża, lecz nie zgadzam się aby wziąć rikszę. Gość chce Rs 50 i nie chce nic opuścić. Będziemy mieć zatem krótki poranny spacer. Najpierw dochodzimy do centrum miasteczka wyznaczonego przez duże rondo i dalej kierujemy się na zachód. "1200 rupii", pada odpowiedź na moje pytanie o koszt noclegu w pierwszym hoteliku, który pojawił się na naszej drodze. No to mamy dylemat. W przeliczeniu to ponad 70 złotych. Niby nie tragedia, ale jesteśmy w Indiach i tu dla nas ma być tanio, i basta - na to liczyliśmy wybierając ten właśnie kraj. Chodzimy, dźwigając ciężkawe plecaki, od pensjonatu do pensjonatu, aż na koniec trafiamy w ręce Szariata. Mówi, że mógłby nas przenocować za Rs 500, "a okna wychodzą na morze", dodaje. To brzmi dużo sensownie. Idziemy zobaczyć pokój. Dwupoziomowa willa niemal pachnie nowością. Pokój uderza higieniczną czystością, podobnie łazienka. Będziemy mogli bez obaw wziąć prysznic na bosaka! To zupełnie niezwykłe. Dla zasady zbijam z ceny jeszcze 50 rupii.

Aż łzy cisną się ze wzruszenia gdy za zakrętem pojawia się nieco poniżej nas widok kawałka piaszczystej plaży Papanasham i bezkres błękitu Morza Arabskiego. O to właśnie chodziło. Plaża nie jest duża, ma może z 200 metrów długości. W porównaniu z zeszłoroczną Copacabaną, to prawdziwy karzełek, ale dzięki temu jest tu miło i przytulnie. Powyżej nas ciągnie się skarpa na której z myślą o turystach rozlokowało się kilkadziesiąt sklepików, restauracji, centrów jogi i klinik masażu. Za nimi z kolei w otoczeniu gajów palmowych pobudowano całkiem sporo hoteli i pensjonatów. Mimo tego plażowiczów jest niewielu. Smarujemy się najsilniejszymi kremami i chciwie wystawiamy nasze blade ciała do słońca.

Na jedno piwo w knajpce na plaży można sobie pozwolić, ale potem trzeba się rozglądnąć za jakimś sklepem, bo płacenie każdorazowo po prawie 7 zł za butelkę to stanowczo za dużo. Wszystko spowodowane jest faktem, że tutaj dolicza się podatek akcyzowy do wszystkich napojów zawierających choćby najmniejszą ilość alkoholu. Varkala to nie tylko urocze uzdrowisko, lecz także miejsce pielgrzymkowe do świątyni Janardhana, do której zjeżdżają się pątnicy ze wszystkich południowych stanów. Jednak samo centrum, do którego zaglądamy w poszukiwaniu sklepu monopolowego, nie wygląda w żadnym razie specjalnie. Kolejne dwa dni spędzamy według wzoru: plaża + kąpiel + spacer po klifie + piwo na plaży + spacer do miasta po piwo + piwo na dachu naszego hoteliku + obiad w restauracji przy świątyni + powrót na plażę + spacer gdzie bądź + wieczorne podziwianie okolicy z dachu popijając coca-cole z rumem.

Ale kanał

Przez środek stanu Korala biegnie pasmo wysokich gór - Gatów Zachodnich, z których na obie strony spływają niezliczone rzeki tworzące na równinach wraz ze sztucznymi kanałami prawdziwą wodną pajęczynę. Prócz oczywistych zastosowań praktycznych kanały stanowią jedną z głównych atrakcji. Na rejs można wybrać się tak wąskim czółnem, jak i pseudo stylową luksusową łodzią z klimatyzowanym wnętrzem i miękkimi dywanami na dziobie, tak aby w największym komforcie sączyć kolejną lampkę różowego szampana leniwie przyglądając się mijanym wioskom, rybakom zarzucającym sieci i idyllicznej okolicy. My wybieramy wersję pośrednią: lokujemy się na górnym pokładzie codziennego promu pokonującego odległość między Kollam a Alappuzhy (jakieś 80 km) w osiem godzin. Niby to taka biała flota jak z filmu Rejs, ale za to nie musimy niczego organizować, negocjować cen, podejmować decyzji dokąd płynąć, itd. Tu wszystko jest jasne, przewidywalne. Na końcu nachylonej ku rzece ulicy pojawia się przy nas kapitan łodzi, wskazuje drogę na pokład i potwierdza to co już wiemy z opisu w przewodniku. Popłyniemy dość głównym kanałem równolegle do wybrzeża. Około 13.00 będzie półgodzinny postój na lunch, a około 16.00 zatrzymamy się jeszcze raz na herbatę. A poza tym czyste lenistwo. Krajobraz tyleż piękny co nieco monotonny - ileż przecież można wpatrywać się w przepojone zielonością liście palm porastających trasę na całej długości. Od czasu do czasu szlak robi się szeroki - to mijane jeziorka. Można na nich zobaczyć dziesiątki drewnianych konstrukcji służących do połowu ryb. Z odległości wyglądają jak wynurzające się z czeluści szkielety o monstrualnie długich kościstych palcach, które będą chciały wciągnąć do wody przepływające łodzie.

Po co się jedzie do Kochi

Nie będziemy się zatrzymywać w Alappuzhy i chociaż zachodzi już słońce, a my jesteśmy nieco zmęczeni, decydujemy się jeszcze dzisiaj na dojazd do Kochi. Tym sposobem zyskamy trochę więcej czasu na zwiedzanie miasta. Dzisiaj czeka nas w związku z tym nieco trudów. Jest już dobrze po 21.00, gdy meldujemy się w nie za fajnym hotelu przy dworcu autobusowym. Jest w nim gorąco, brudno i hałaśliwie, ale nie mamy najmniejszej chęci na szukanie czegoś innego. Poza tym odpowiada mi cena - jedyne Rs 200.

Prawie dwumilionowa metropolia położona jest na stałym lądzie i na paru przybrzeżnych wysepkach połączonych groblami i trasami promowymi. Dzielnica ze wszystkimi dworcami, lecz bez specjalnych ekscytacji turystycznych nazywa się Ernakulam. Do zabytkowej części, zwanej Fort Cochin najlepiej dostać się promem. Rano nieśpiesznie dochodzimy z naszego hotelu do nabrzeża tylko po to żeby dowiedzieć się, że promów na wyspę nie ma i musimy jechać tam autobusem miejskim. Wtedy jeszcze nie wiemy, że spacerując sobie labiryntem uliczek doszliśmy nie do tej przystani co trzeba.

Po pysznym śniadanku w lokalnej knajpie w towarzystwie ciekawie przyglądającym się nam Hindusom (zapewne nie co dzień w tym miejscu widzi się zachodnich turystów) wychodzimy na główną ulicę. Chcąc nie chcąc muszę zaczepić parę osób wyglądających na obdarzonych większą od przeciętnej inteligencją i dopytać się o właściwy przystanek autobusu. Tabliczki z trasami są wyłącznie w alfabecie malajalam, więc dla nas są całkowicie nieprzydatne. Wszystkie pięćdziesiąt parę liter w języku prowincji wygląda jak koncentryczne kółka o różnej średnicy. Wydaje mi się, że nawet chińskie "krzaczki" wyglądały bardziej po ludzku. Jakkolwiek były zagmatwane w formie to można było dostrzec między nimi różnicę i jakoś sobie samodzielnie poradzić. Tutaj trzeba zdać się wyłącznie na zaczepki. Na szczęście ludzie są bardzo serdeczni.

Autobus mknie w oszalałym tempie w kierunku grobli niemal ocierając się o wyprzedzane riksze. Na każdym zakręcie mocno przechyla nas to w prawo to w lewo. Jednak najbardziej irytuje mnie gość siedzący przed nami: co rusz to odwraca się do nas podejmując się roli przewodnika turystycznego. Gdy przejeżdżamy obok szpitala mówi: "A to jest nasz szpital", gdy mijamy jakąś szkołę mówi: "A to jest nasza szkoła." A wziąłby się i zamknął, tym bardziej, że i tak niewiele go słychać. Jednak gdy do moich uszu docierają słowa "Shiva", "festiwal" i "dzisiaj" nastawiam ciekawie uszy. Z tego co jestem w stanie w tym całym hałasie usłyszeć dzisiaj wieczorem odbędą się jakieś uroczystości w świątyni Shivy, która jako jedyna atrakcja Ernakulam zaznaczona jest w przewodniku. Wszystko ma zacząć się o 19.00.

Fort Cochin, a szczególnie jego północny fragment, jest turystyczny. Można się o tym przekonać już teraz, wcześnie rano, gdy samych turystów w większej ilości jeszcze nie ma, ale sprzedawcy już otwierają całe szpalery budek z pamiątkami. A co tu się zwiedza: przede wszystkim dwa kościoły chrześcijańskie, z których jeden, kościół św. Franciszka uchodzi za najstarszy w Indiach. Został zbudowany przez Portugalczyków w XVI wieku. Poza tym jest ostatnia synagoga (nie wpuszczają nas do środka, bo moje krótkie spodenki nie zakrywają kolan!) przypominająca o exodusie grupy Żydów, którzy opuścili Palestynę 2000 lat temu i zasiedlili właśnie okolicę Kochin. Obecnie niemal wszyscy potomkowie dawnych osadników mieszkają już od dawna w Państwie Izrael. Z dawnej komuny pozostało jakieś 20 osób, a ich liczba w sposób naturalny kurczy się każdego roku. Turyści mają też możliwość osobistego zwiedzenia drewnianych konstrukcji tzw. sieci chińskich, które w nadmiarze widzieliśmy podczas całego rejsu. Nie mijają dwie godziny, a ulice zapełniają się turystami, głównie podstarzałymi, zdeformowanymi emerytami z USA, którzy po opuszczeniu klimatyzowanych autokarów, pod czujnym okiem przewodnika, hałaśliwie wydają z siebie okrzyki zdziwienia: "O, jakie to ładne!", lub "O, jakie to stare!" I następnie znikają w czeluściach sklepów z pamiątkami. W drogę powrotną wybieramy się promem. Tutaj nie ma problemu, żeby znaleźć właściwe nabrzeże.

I tylko słoni żal

Zobaczymy na ile adekwatne okażą się informacje poznanego w autobusie gościa i czy rzeczywiście będziemy mieli okazję zobaczenia na własne oczy uroczystości w świątyni Shivy. Parę minut po 19.00 jesteśmy na miejscu. Tłumy ludzi i przystrojone ulice nie pozostawiają wątpliwości, że coś będzie się działo. Zadaszone wnętrze świątyni przepełnione jest dudnieniem, śpiewami i dźwiękami trąbek. Widzimy karnie stojące do nas tyłem w jednym szeregu sześć słoni. Każdy z nich jest odświętnie przybrany i niesie na swoim grzbiecie trzech celebransów, z których jeden siedzi okrakiem na jego głowie, drugi wywija jakimiś piórami na patyku, a trzeci, ten z samego tyłu, co chwilę podnosi w górę takie jakieś duże lizaki. Przed słoniami kłębi się nieprawdopodobny tłum bębniarzy i trąbkarzy, którzy jak w transie uderzają lub dmuchają w swoje instrumenty. Robię zdjęcia jak oszalały - taka okazja nie zdarza się codziennie. Po paru minutach jesteśmy jednak tak ogłuszeni, że wychodzimy na zewnątrz. Tutaj też jest głośno, ale można wytrzymać. Na całym terenie rozlokowały się dziesiątki stoisk z dewocjonaliami, napojami, jakimiś przyprawami - normalnie odpust! Żeby jeszcze lepiej zakończyć dzień trafiamy na występy taneczne prezentowane przez jakąś trupę żeńską. Po prostu rewelacja. A pomyśleć tylko: gdyby nie ten gość z autobusu to wszystko przeszłoby nam koło trąby. Dzwonię do domu. Wychodzi na to, że wszystko jest w porządku. Zanim wdrapiemy się na trzecie piętro naszego hotelu pójdziemy jeszcze na dworzec autobusowy żeby sprawdzić połączenia do leżącej w górach miejscowości Munnar.

Zimno

Po prostu nie mogłoby być lepiej. Autobus do odległego o 130 km Munnaru odjeżdża o szóstej rano. Odległość może nie poraża długością ale ze względu na góry do celu pojedziemy prawie 5 godzin. Rozpoczynając dzień wcześnie będziemy mieli dość czasu oby rozglądnąć się po okolicy. Słońce jeszcze nie wzeszło, a ponieważ autobusy indyjskie nie mają szyb w bocznych oknach, jest nam przeraźliwie zimno. Stopniowo wyciągamy z plecaków kolejne rzeczy nakładając na siebie. Żeby się tylko nie przeziębić. Bożenka narzeka, że boli ją gardło; ja też czuję się niewyraźnie. Chwilę ulgi przynosi zatrzymanie się autobusów na czerwonych światłach. Musimy się do siebie przytulić i poczekać aż wzejdzie słońce.

Miasto Munnar leży na wysokości 1524 m i wraz z okolicą jest najwyższym na świecie komercyjnym centrum uprawy i przetwarzania herbaty. Wszystkie zbocza malowniczo porośnięte są równymi krzakami herbaty. Gdy widzi się je z pewnej odległości odnosi się wrażenie, że cała okolica została pokryta zielonym puchatym dywanem. Nieco dalej na horyzoncie widać nagie kamienne szczyty wysokich gór, z których jedna, Anamudi, wyrasta na 2695 m n.p.m. Jest to najwyższy szczyt w południowej części kraju. Miasto, choć niewielkie, robi wrażenie tłocznego i chaotycznego. Ulice (wszystkie dwie) do granic możliwości wypełnione są jednolitą masą ludzką z domieszką autobusów, riksz, rowerów i krów. Trudno się przedrzeć. Na szczęście wszędzie jest blisko. Hotel znajdujemy od razu. Chciałbym wynegocjować niższą cenę zauważając, że na suficie brak wiatraka, ale chłopak pewnie ripostuje. "Tego urządzenia to na pewno nie będziecie potrzebować. A ciepła woda jest na bieżąco i to w dużych ilościach." Zabrzmiało dość złowieszczo, ale przecież rzeczywiście jesteśmy w górach.

Pierwszy incydent (drobny)

I co tu robić z rozpoczętym dniem. Jest kolejny pogodny słoneczny dzień, a rześkie powietrze zachęca do spacerów. Na początek wspinamy się na niewielkie wzniesienie gdzie znajduje się hinduska świątynia. Możemy stąd przyjrzeć się miejscowości i najbliższej okolicy. Jest pięknie. Chyba najsensowniej będzie jednak znaleźć autobus do leżącej wiele wyżej Top Station i stamtąd dokonać wizualnej inspekcji okolicy. Opis w przewodniku jest jednoznacznie pozytywny. Wszyscy, których pytamy potwierdzają, że autobus będzie dopiero o 15.30, czyli za ponad dwie i pół godziny. Podchodzi do nas rikszarz. Mówi, że może nas wziąć do Górnej Stacji i to za Rs 100, cena, dodaje obejmuje godzinę postoju na miejscu. To bardzo niewiele: droga pnie się pod górę, a autobus jedzie nie krócej niż 45 minut, ale najwidoczniej mu się to opłaca. No to w drogę.

Jeszcze tylko na moment wpadamy do naszego hotelu po kremy i czapeczki, i w drogę. Od początku coś mi nie gra. Nie zgadzają mi się kierunki, chociaż pewności brak. Po zaledwie 10 minutach zatrzymujemy się przy jakichś zabudowaniach. Muszę wysiąść i opłacić wstęp. "Aha, to zapewne bilet wstępu do parku narodowego na terenie którego leży stacja górska," myślę do siebie. Jednak nie - właśnie za Rs 100 opłaciłem wstęp do .... fabryki herbaty. "No to, do zobaczenia," mówi nasz kierowca rozsiadając się wewnątrz rikszy. Można zwiedzać tzw. muzeum z paroma starymi meblami w jednej izbie, paroma czarno-białymi zdjęciami wiszącymi na ścianie drugiej i staroświeckimi aparatami telefonicznymi, centralką i urządzeniami liczącymi w trzecim pomieszczeniu. Hala produkcyjna wyposażona jest w jedną maszynę z mnóstwem rolek i taśm transportujących liście do kolejnego etapu produkcji. Na jej początku pracownik wrzuca na chwytak naręcza świeżych liści, które następnie znikają w pierwszym z pięciu pojemników. Do końca maszyny przystawione są worki do których opada poszatkowany i ususzony gotowy produkt. Mało to wszystko romantyczne - wychodzimy po 10 minutach.

"No to teraz możemy już jechać do Stacji," mówię do rikszarza. "No dobrze, ale to będzie kosztowało kolejne Rs 300," odpowiada beztrosko. Jak to dodatkowo 300 rupii. Przecież ustaliliśmy 100 i za tyle miał nas dowieść do samego punktu widokowego, a nie do jakiejś idiotycznej fabryki, za którą jeszcze musiałem zapłacić. Na to rikszarz żebym mu dał umówione pieniądze, chociaż 25 rupii za paliwo, a on sobie pojedzie. Jakie pieniądze! Chyba mu odbiło: przywiózł nas nie wiadomo gdzie i chce jeszcze żeby mu zapłacić. W takich sytuacjach umiem rozmawiać. Na początek grożę wezwaniem policji, potem mówię, że sami sobie piechotą wrócimy do miasta, a on niech spada. Po kolejnych paru minutach utarczki, gość odjeżdża wygrażając pięścią.

Na co idiota liczył przywożąc nas tutaj, bo chyba nie na zapłatę? Dziwni są ci Hindusi. Gość znikł za zakrętem, ale mnie nie opuścił pewien niepokój. Przecież on wie gdzie my mieszkamy i może chcieć coś wykombinować. Na obecny moment najistotniejsze jest aby skręcić w którąś boczną ścieżkę. Liczę się bowiem nawet z tym, że ten dureń mógłby chcieć pojawić się ponownie na naszej drodze ze zgrają swoich kolesiów. Wówczas na pewno otrzymałby zapłatę i to sowitą za pozostawienie nas w spokoju. Swoimi niepokojami nie dzielę się z Bożenką, po co ją martwić? Ścieżka prowadzi w górę, na okoliczne zbocza plantacji. Spacerujemy do upadłego ciesząc oczy niezwykłymi widokami.

Do centrum docieramy na czas, żeby złapać jeden z ostatnich autobusów na górę. Upewniam się, że będziemy mieć szansę powrotu. Mimo że wejście do punktu widokowego otoczone jest sztachetami, które zawsze oznaczają jedno: bilet wstępu wydawany w wąskim gardle, i mimo pewnej mgiełki, było warto, choćby ze względu na ciszę od której aż dzwoni w uszach.

Epopeja drogi

Pół dnia szwendamy się po okolicy, a o 13.30 wsiadamy do autobusu, którym mamy nadzieję dotrzeć do Maduraj, olbrzymiego miasta leżącego już w stanie Tamil Nadu, które usprawiedliwia wizytę zespołem świątyń należących do okresu drawińskiego. Czeka nas co najmniej 6 godzin w drodze. Autobus rusza o 13.28, czyli o dwie minuty przed planowanym odjazdem. Mniej więcej w połowie drogi będziemy musieli się przesiąść. Dopiero dzisiaj można w pełni zobaczyć ogrom pasma górskiego. Zanim autobus wjedzie na gorące równiny długo jeszcze wspinamy się po serpentynach. Nie mam pojęcia, jak nazywa się miejscowość w której zmieniamy autobus. Sprawnie ustalam, który pojedzie do Maduraju. Wchodzimy do środka, zajmujemy miejsca, bierzemy głębszy oddech i w tym momencie przez przednie i tylnie drzwi, jak na umówiony sygnał, zaczynają nerwowo wtłaczać dziesiątki ludzi. Jedni krzyczą do drugich aby się jeszcze bardziej stłoczyli. Ktoś zawisa bezpośrednio nad moją głową tak, że nie mogę nawet prosto usiąść. Gdybyśmy spóźnili się o jakieś 10 sekund mielibyśmy spory problem, szczególnie z plecakami. Umawiamy się, że nieco zmodyfikujemy plany i zamiast zatrzymywać się w mieście pojedziemy przez noc dalej w kierunku Chennai, znanego dawniej jako Madras. Same świątynie Maduraju zwiedzimy w drodze powrotnej.

Zanim dotrzemy do przedmieść półtoramilionowej metropolii spowije nas mrok wczesnego wieczoru. To najbardziej stresujący moment każdej wyprawy, gdy dojeżdżamy do nieznanego dużego miasta po zachodzie słońca. Trudno wtedy się zorientować w kierunkach, a czasu na znalezienie hotelu czy dalszego transportu jest mało. Wszyscy pozostali pasażerowie zbierają się do rychłego wyjścia. Nerwowo rozglądam się przez okno. Żadnego dworca nie widać; jest jedynie zastawiona autobusami ulica. Nie mam pojęcia, w której części miasta wylądowaliśmy. Do dworca kolejowego zawiezie nas riksza. Podobno nie będzie już dzisiaj żadnych pociągów do Chennai, ale możemy załapać się na autobus. Nie ufam zapewnieniu rikszarza i nie będę go słuchał. Pierwszą rzeczą, którą widzę na wyświetlaczu przy wejściu to informacja o ekspresie do Chennai odchodzącym za niewiele ponad godzinę. Ustawiamy się w kolejce: ja w tej dłuższej, a Bożenka w specjalnej, przeznaczonej wyłącznie dla pań. Tam też dowiaduje się, że jeśli chcemy zdobyć prócz samego biletu, również miejscówki na miejsca do leżenia, musimy iść najpierw do sąsiedniego budynku, tam wypełnić stosowny druk, i tam nabyć bilet. Jak przez mgłę przypominam sobie jak to było podczas naszej pierwszej wizyty. Rzeczywiście w Indiach obowiązuje jakiś taki bezsensowny system, że aby dokonać rezerwacji trzeba coś wypełnić, podać swoje nazwiska, numer konkretnego pociągu, a nawet zaznaczyć specjalną kratkę jeśli jest się lekarzem lub posiada się przeszkolenie medyczne - to na wypadek katastrofy kolejowej. W drugim budynku też kolejka. Karnie ustawiam się za wszystkimi z niepokojem obserwując przesuwające się wskazówki. Rozmowa ze mną jest krótka: brak wolnych miejsc. Co teraz? Szybko otwieramy odpowiedni rozdział przewodnika. Co oni na taką sytuację? Czytamy, że w razie braku potwierdzonych miejsc (które nierzadko trzeba rezerwować z parodniowym wyprzedzeniem) rozsądnie jest kupić bilet bez rezerwacji, a następnie wyprosić na konduktorze jakieś miejsca. Obcokrajowcom podróżującym w dzień powszedni, w którym nie odbywają się jakieś narodowe święta typu dzień niepodległości czy obchody nowego roku, zwykle udaje się. Oba warunki są w naszym przypadku spełnione i niepokoi tylko słowo zwykle. Elegancki konduktor jest tyleż uprzejmy co mało konkretny. Każe czekać, ale nie daje jakiejś specjalnej nadziei. Żeby sobie nie myślał, że chcę czegoś bezpłatnie, oferuję mu łapówkę - na próżno.

Do odjazdu pozostaje 5 minut. Ładujemy się do wagonu. Teoretycznie nie mamy prawa tam przebywać, nawet stojąc w przejściu. Moglibyśmy jechać w jednym z czterech wagonów przeznaczonych dla pasażerów bez miejscówek, ale to zupełnie wykluczone; wszystkie są wypełnione do granic możliwości. Hindusi, chętni aby odbyć podróż za połowę ceny (tyle bowiem kosztuje sam bilet - jakieś Rs 220) dosłownie wchodzą sobie na głowy. Nawet jeśli udałoby nam się wcisnąć do środka i deptując innych znaleźć nieco przestrzeni na postawienie stóp, to plecaki musielibyśmy przez cały czas mieć na plecach. Przechodzi konduktor: "Przepraszam, żadnych wolnych miejsc, i musicie wynieść się z wagonu pierwszej klasy," mówi. Lokujemy się przy drzwiach, tuż obok śmierdzącej toalety. Plecaki lądują na obleśnie brudnej podłodze - posłużą nam dzisiaj za siedzenia. Czeka nas fascynujące 10 godzin podróży. Można się tylko pocieszać, że jednak poruszamy się naprzód. Krew mnie zalewa: my tu pod umywalką koło kibli, w towarzystwie karaluchów i myszki (nota bene całkiem sympatycznej), a Hindusi leniwie przeciągają swe kończyny na leżankach przygotowując się do snu.

Jest 1.40. Bożenka zasnęła na plecakach, ja natomiast jestem zbyt pobudzony, żeby choćby dłużej posiedzieć na podłodze. Dla zabicia czasu chodzę w te i we wte - do złączenia między wagonami i pod drzwi toalety. Jeszcze pozostaje nadzieja, że przeciwnie do informacji w książce, do celu, którym jest miejscowość Mamalapuram, dotrzemy o godzinie 3.00 nad ranem - tak powiedział nam któryś z obsługujących pociąg stewardów. Inaczej horror będzie trwał aż do 5.30. Dochodzi godzina 5.30 jak pociąg dostojnie wtacza się na peron dworca w Chengalpattu - to nasza stacja. Stąd do Mamalapuram bezproblemowo dotrzemy lokalnym autobusem - odległość nie większa niż 35 km. Nauczeni jednak doświadczeniem, najpierw usiądziemy na dworcowej ławce i ostatecznie omówimy dalszy przebieg naszej wyprawy. Mając ostatecznie opracowany plan, będziemy mogli dokonać rezerwacji na podróż powrotną. Kierownik stacji sypie z głowy numerami i nazwami interesujących nas pociągów, godzinami przyjazdów i odjazdów. Staram się wszystko dokładnie spisać. Pięć razy sprawdzamy, czy nocny ekspres z powrotem do Maduraj nam rzeczywiście odpowiada i czy dwa dni w tym regionie wystarczy. Gdy wszystko jest już ustalone idziemy w kierunku budynku rezerwacji i tu .... możemy jedynie pocałować klamkę. Biuro działa od godziny 9.00, tymczasem na naszych zegarkach nie minęła jeszcze 6.00. O marnowaniu czasu na dworcu nawet nie ma mowy, więc znowu kiedyś będziemy musieli zdać się na łut szczęścia i uprzejmość konduktora. Paręset metrów dalej łapiemy autobus do Mamalapuram. Zza koron palm wygląda olbrzymia bladoróżowa tarcza słońca. Budzi się kolejny (dla nas już 9.) słoneczny gorący dzień.

Brak tytułu

Uczciwie i długo zastanawiałem się nad tytułem rozdziału i nic nie przyszło mi do głowy. Nasz pobyt w najdalej na północ wysuniętym miejscu, czyli Mamalapuram, do którego dotarliśmy, nie obfitował w żadne takie och i ach. Była plaża, szeroka i czysta, był hotel, ponad standardowo czysty i z werandą, był wschód słońca i świetne jedzenie, jak wszędzie indziej ...

Niemal co drugi budynek to warsztat kamieniarski, w którym bezpośrednio na gołej podłodze powstają niemal dzieła sztuki z kamienia. Od ażurowych słoników mieszczących się w dłoni, po parotonowe rzeźby bogini Kali, wszystko jest na sprzedaż. Oczywiście wśród klientów najważniejszą grupę stanowią Amerykanie, dla których trzymetrowej wysokości indyjskie bóstwo w ogrodzie stanowi szczyt dobrego smaku. Transport oczywiście statkiem. Rzeźbiarstwo jednak ma charakter wtórny. To co uzasadnia odwiedziny turystów to zwiedzanie idealnie zachowanej tzw. Świątyni Nabrzeżnej z VII wieku, oraz kompleksu ogromnych skał na których w tym samym okresie wyrzeźbiono gigantyczne reliefy przedstawiające sceny z życia codziennego. Nad faktem, że płaskorzeźby zostały zlecone przez władcę Narasimha Varmana pierwszego i ukończone przez jego syna o tym samym nazwisku, lecz o numerze dwa, i że miasto znane także pod nazwą Mahabalipuram, i że było ongiś stolicą królestwa Pallada, nie będę się rozwodzić. Nie ma się co łudzić: ani świat wierzeń Hindusów, z ich 330 mln bóstw (jedna postać niebiańska przypada tutaj na circa 3 osoby!), ani ich skomplikowana historia z setkami pojawiających się i znikających księstw, nie będą dla nas dostępne. Możemy tak naprawdę poprzyglądać się rybakom przyciągających do plaży sieci wcześniej zarzucone z łodzi na pełnym morzu i kobietom, które w towarzystwie swoich córek, codziennie nachylone nad progami domostw sprawnie rysują ryżową mączką tzw. kolamy, czyli regularne wzory. Ideą tych esów floresów jest ofiarowanie pożywienia dla najmniejszych, tj. mrówek, karaluszków i innych żuczków, co ma zapewnić szczęście i pomyślność domowi. Miasteczko jest nadzwyczaj przyjazne piechurom, takim jak my - wszędzie można dotrzeć na piechotę, a główną ulicą równolegle biegnie chodnik, którym można spokojnie pospacerować. Wystarczy jednak nieco oddalić się od tych regionów gdzie zapuszczają się zagraniczni goście, aby doświadczyć tego co we wszystkich indyjskich miastach jest niestety normą. Kupy kopcących się śmieci, jakaś krowa wygrzebująca resztki ze stosu gnijących odpadków, a między tym wszystkich biegają nagie półdzikie dzieciaki.

Bonjour Monsieur!

Wystarczy tylko spojrzeć na mapę Indii aby dostrzec pewne kuriozum. Otóż, cztery różne nadmorskie miejscowości oddalone od ciebie nierzadko o setki kilometrów i leżące na terenie trzech stanów noszą tę samą nazwę - Pondicherri. Jest więc w Tamil Nadu miasto Pondicherri, oraz Karaikal (w nawiasie Pondicherri), jest w Andhra Pradesh miejscowość Yanam (w nawiasie Pondicherri), jest wreszcie Mahe (w nawiasie Pondicherri) w Kerali. Wszystkie te cztery tereny, plus 14 innych mniejszych o łącznej powierzchni 492 km2 są enklawami wchodzącymi aż do roku 1962 w skład kolonii francuskiej. Po ich przekazaniu młodemu państwu indyjskiemu Unia Terytorialna Pondicherri zachowała swoją odrębność administracyjną. Po Francuzach pozostał nie tylko podział administracyjny, ale i lokalne prawa, a nawet język. Nie mniej istotne jest, że jest tu strefa bezcłowa, w której łatwo dostępne piwo kosztuje jedynie 46 rupii, czyli mniej niż 50% tego co trzeba wydać w innych częściach kraju. Czyż moglibyśmy sobie darować wizyty w tym raju podatkowym leżącym zaledwie 95 km od nas? No, oczywiście, że nie.

Przedmieścia nie wyróżniają się niczym szczególnym - oszalały ruch, hałas i trąbienie na siebie, ale w chwilę po tym jak ruszamy rikszą w kierunku centrum do Amala Lodge, hotelu naszego wyboru, wszystko natychmiast się dramatycznie (ale na korzyść) zmienia. Niemal wszystkie ulice przecinają się symetrycznie pod kątem prostym, na większości skrzyżowań funkcjonują światła sygnalizacji, do których, o dziwo, większość kierowców się stosuje. Budynki są czyste i sprawiają wrażenie niedawno odnowionych. Wszystko toczy się jakby wolniej - po francusku. Hotel wybrany ad hoc okazuje się idealny z dwóch powodów. Po pierwsze jest dokładnie w środku miasta, więc nigdzie nie mamy zbyt daleko i, po drugie, jeszcze bliżej mamy do atmosferycznego baru naprzeciwko.

Pierwszy rekonesans rozpoczynamy idąc w kierunku bulwaru nadmorskiego. Lokalna architektura tamilska sąsiaduje z typowymi domami kolonialnymi. Jednak nie tylko architektura sprawia, że francuskość tego obszaru widoczna jest na każdym kroku. Ciemnoskórzy żandarmi we francuskich mundurach z charakterystycznymi czerwonymi kepi pozdrawiają turystów mówiąc Bonjour Ca Va? Ulice podpisane są nie w urzędowych językach Indii, czyli po angielsku i w hindi, tylko po francusku i tamilsku. Znajdują się tu francuskie instytucje kulturalne jak Alliance Françaice, Instytut Francuski, szkoły i licea francuskie. W mieście nadal stoi wiele francuskich pomników, jak Joanny d`Arc, czy francuskich żołnierzy poległych w I Wojnie Światowej. Obok typowych świątyń w stylu drawidyjskim ze wspaniałymi gopurami (bramami świątynnymi), znajdują się tu kościoły chrześcijańskie, jak barokowa Katedra, czy Kościół Świętego Serca Jezusowego. Pondicherry jest terytorium dużych kontrastów, spowodowanych byłą sytuacją polityczną. Dawniej miasto dzieliło się na Ville Blanche przeznaczone dla białych i Ville Noire przeznaczone dla ludności miejscowej. Granica pomiędzy obydwoma miastami znajdowała się na kanale biegnącym równolegle do oceanu i poprowadzonym w celu doprowadzenia do niego słodkiej wody. Dziś obydwie części są do siebie podobne, czyste i zadbane, zamieszkane przez takich samych ludzi, w większości Tamilów i Malajów. Odurzeni nadmiarem wrażeń i odkrywaniem elementów z pochodzenia francuskich idziemy odpocząć do nienagannie utrzymanego Ogrodu Botanicznego w zachodniej części. Nie będzie nam się chciało stąd wyjeżdżać gdy przyjdzie czas.

Zwracam się z uprzejmą prośbą ...

Jutro zbieramy się stąd. Doba hotelowa kończy się nam o 14.30 i jest to najlepsza pora na wyruszenie. Tym sposobem nie stracimy całego dnia, a i do celu dojedziemy o przyzwoitej porze. Zanim zwiedzimy dwie wątpliwe zresztą atrakcje, tj. aszram, czyli rodzaj klasztoru Sri Aurobindo, i prowadzony przez niego fabrykę tłoczonego papieru, priorytetowo pójdziemy na dworzec. Musimy kupić bilety z miejscówkami żeby uniknąć horroru sprzed paru dni. Wczoraj przez ponad godzinę jeszcze raz modyfikowaliśmy plany, ustalali terminy przejazdów i decydowaliśmy kiedy jechać nocą. Stanęło na tym, że darujemy sobie świątynię w Maduraju, a zamiast niej zwiedzimy inny kompleks w mało znanej miejscowości Tanjore. Potem dojedziemy do Trichy leżącego na głównej trasie kolejowej między Chennai i południowym cyplem, i tam wsiądziemy do pociągu jadącego bezpośrednio do Trivandrum. Dotarcie do ulubionej plaży w Varkali zabierze nam najwyżej godzinę. Dwa i pół dnia na zakończenie pobytu w zupełności wystarczą żeby przed powrotem odzyskać równowagę i odpocząć. Mimo że robimy rezerwację z dwudniowym wyprzedzeniem nie udaje nam się załapać na miejsca. Uprzejmy bileter wpisuje nas na listę oczekujących i każe się nie martwić. Na liście zajmujemy odpowiednio 43 i 44 miejsce, a to oznacza, że otrzymamy miejscówki tylko wówczas, gdy z przejazdu zrezygnują przynajmniej 44 osoby. To może budzić niepokój. Bileter doradza mi, że nie zaszkodzi zgłosić się do zarządcy stacji - może zdoła nam jakoś pomóc.

Biuro szefa dworca znajduje się w ciągu budynków na pierwszym peronie. Tłumaczę nasze położenie, że jesteśmy obcokrajowcami, że już raz przeżyliśmy horror jazdy w korytarzu, że tym razem wcześniej rezerwowaliśmy i że znowu klapa. "Jako obcokrajowcom przysługują wam pewne prawa, ale musicie napisać podanie do zarządcy stacji w Trichi i poprosić o przydzielenie miejsc w pierwszej kolejności lub z puli miejsc specjalnych," mówi rzeczowo manager. "Ja zaraz do niego zadzwonię, przeczytam wasze podanie i na pewno wszystko będzie dobrze." Dostajemy pół czystej kartki. Na niej szczegółowo opisuję nasze położenie podając daty, godziny, skąd dokąd i numery biletów. O 15.00, kiedy system odświeża dane, powinniśmy mieć już potwierdzenie. O 16.00 przy okazji kupowania piwa w pobliskim monopolowym sprawdzam nasze położenie ale jeszcze miejsc nie mamy, a o 20.00, gdy stawiamy się z plecakami przed odjazdem zamykają mi przed nosem okienko - zmiana kończy się o 20.00, i żadnych odstępstw. Na szczęście jest jeszcze komputer, gdzie też można sprawdzić. Wpisuję numer rezerwacji. Na monitorze w miejsce WL (waiting list) pojawiają konkretne symbole oznaczające numer wagonu i numery koi. No to problem z głowy.

Ostatnie kulturowe doświadczenie

Autokar dotarł na miejsce około 21.00. Tylko co to za miejsce: niewątpliwie dworzec, tylko który. W Tanjore są trzy. Zaczepiam policjanta stojącego na środku skrzyżowania. "Jak do dworca kolejowego?" (z mapki wynika, że są przy nim hotele i jest on dogodnie położony w stosunku do głównego zabytku miasta). "Tam," wskazuje ręką kierunek. "OK, dzięki, no to idziemy."" Chyba żartujecie sobie, to ponad 5 km, weźcie autobus," to mówiąc zapala czerwoną pałkę, zatrzymuje nadjeżdżające pojazdy i przeprowadza nas na drugą stronę ulicy. Po chwili w podobny sposób łapie dla nas odpowiedni autobus. Wewnątrz ścisk niemożliwy, a my jeszcze z tymi plecakami. Przy dworcu niesamowity tumult. Wszyscy dokądś się śpieszą, przepychają, wszystkie samochody, riksze, motorowerki trąbią jedne na drugich. Mamy wrażenie jakby wszystko na nas napierało. Sprawdzamy hotel po hotelu - albo nie ma miejsc, albo standard jest tak niski, że nawet dla nas jest nie do przyjęcia. Dopiero po dłuższej chwili trafiamy w boczną, nieco zakamuflowaną uliczkę przy której mieści się hotel rekomendowany w naszym przewodniku jako zaciszny. Jakby tu porządnie posprzątać, odnowić sprzęty w pokoju, rzeczywiście byłoby fajnie. A tak można tylko tyle powiedzieć, że jest cicho - to też ważne. Chociaż jest jeszcze jedna bardzo ważna sprawa: doba hotelowa biegnie od momentu zakwaterowania się przez 24 godziny. Tak więc do momentu odjazdu jutro w nocy będziemy mieć dach nad głową.

Tanjore o rozmiarach Bielska było w antycznej przeszłości stolicą królestwa Chola, które w swoim szczytowym okresie przypadającym na X wiek (± 100 lat w każdą stronę) miało we władaniu niemal cały obszar południowych Indii, nie wyłączając Sri Lanki. Mając odpowiednią władzę i fundusze, cesarz Raja Raja rozpoczął budowę zupełnie imponującej świątyni Brihadishwara dedykowanej w pierwszej kolejności Krisznie. Teraz świątynia, jako jedna z zaledwie paru innych, znajduje się na liście zabytków Światowego Dziedzictwa, i to nie bez powodu. Mimo upływu lat i wieków jest w idealnym stanie i swoim ogromem, i kunsztem po prostu poraża. Ciężko zrozumieć dlaczego nasz przewodnik traktuje ją dość marginalnie, i gdyby nie jedno zdjęcie, które zauważyłem w naszym drugim przewodniku, nigdy byśmy tu nie trafili. Cały, widoczny z oddali, kompleks otoczony jest pasem nienagannie utrzymanej zieleni, potem jest fosa, a za nią solidne mury. Za bramą wyłania się pierwsza z kilku świątyń formą nawiązująca do egipskich piramid - również i ona zwęża się ku górze, tworząc coś na kształt "tępej" piramidy. Zanim dojedziemy do jej podnóża mijamy cokół z kamiennym baldachimem pod którym od ponad 1000 lat wypoczywa w cieniu 25-tonowy 6-metrowy Nandi, byk na którym, w razie potrzeby podróżuje Shiva. Widać, że byk cieszy się wielkim poważaniem - przez cały czas na cokół wlewają się w nabożnym skupieniu tłumy wiernych. Na górze znaczą swoje czoła białym proszkiem, składają ręce, kłaniają się i uchodzą w kierunku dalszych świątyń. Niesamowita jest druga ze świątyń na dziedzińcu. Wyrasta ona na wysokość 66 metrów i jest zwieńczona wykutą z jednego kawałka skały kopułą, która szacunkowo waży nie mniej niż 80 ton. Powstaje natychmiast pytanie jakim ludzkim sposobem, bez użycia nowoczesnej technologii, w tym helikopterów transportowych, zdołano osadzić ją na samym wierzchołku. Otóż, poradzono sobie w ten sposób, że usypano liczącą 4 km długości rampę, po której, milimetr po milimetrze z mozołem przesuwano gotową już kopułę. Podobne techniki wykorzystywano w starożytnym Egipcie.

Bożenki na górze

Bożence udało się coś niebywałego: przekonać mnie do powrotu na tę samą plażę, od której rozpoczynaliśmy eksplorację Indii. Z pełnym przekonaniem zaakceptowałem jej pomysł, który jeszcze niedawno uznawałem za niedorzeczny. Przecież jadąc tak daleko i na tak krótko trzeba zwiedzać, zwiedzać, zwiedzać. Poznawać nowe miejsca, spacerować po nowych ulicach. A jak ma być plaża to powinna być w innym miejscu. Teraz aż się palę żeby już znaleźć się w naszej ulubionej Varkali, najlepiej w tym samym pensjonacie i w tym samym pokoju. Do spełnienia marzeń mamy tylko jeden krok. O 20.30 mamy pociąg do Trichy, to zaledwie godzina jazdy. Potem będziemy musieli jakoś zagospodarować prawie 4 godziny, ponieważ pociąg do Trivandrum jest dopiero po 1.00 w nocy. A z Trivandrum, znaną już trasą dotrzemy do Varkali. Odczuwam ulgę: teraz musiałby chyba spaść na nas meteoryt, żeby nasze wakacje uznać za nieudane. Oddajemy bagaże do przechowalni i idziemy się poszwędać. Po raz ostatni dzwonię do domu.

Zatoczone koło

Powoli spływa ze mnie nieznośne uczucie niecierpliwości, którego "nabawiłem się" gdy każdy z pociągów do Varkali był sporo opóźniony. Na miejsce docieramy dopiero po południu, a liczyliśmy, że będziemy już rano. Pokoik jakby specjalnie czekał na nas. Po chwili jesteśmy już na plaży mając w perspektywie trzy idylliczne dni przed powrotem do szarej rzeczywistości, studentów, kolokwiów i, przede wszystkim, zimna.

Kopiowanie i używanie elementów użytych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.