Opis podróży po Indiach w 2009 roku

Co z nami będzie...

Co z zimowymi wakacjami anno domini 2009? Przez myśl przebiega Indonezja ze swoją niepewną pogodą, Birma z kłopotliwym dojazdem, Sri Lanka, no i oczywiście Indie. Właśnie Indie. Czuję się tak jakby właśnie tam skupił się cały magnetyzm ziemi i przyciągał mnie tak silnie, że nawet perspektywa zdobycia do paszportu kolejnych wiz nie była adekwatną przeciwwagą. Pamięć drwi sobie ze mnie. Przecież to nie może być prawda, że przeżycia pozytywne z naszych dwóch podróży w stosunku do negatywnych mają się jak sto tysięcy do jednego.

Przecież bywało naprawdę ciężko: skwar, obłędny brud, świdrujący hałas przez całą dobę. Był kiedyś szczur w pokoju karmiący się naszą pastą do zębów, były konflikty, całonocna podróż pociągiem przy drzwiach do cuchnącej toalety, irytujące nagabywania, brak piwa (przynajmniej zimnego), a jednak mam wrażenie, że Indie to po prostu ideał. Pocztówkowe plaże, kobiety w zwiewnych sari, rozkosze podniebienia pochłaniane palcami wprost do ust, kultura, zabytki.... Chciałbym kiedyś osiedlić się tam na stałe. Od paru tygodni codziennie zaczynam dzień od sprawdzenia ofert lotów na www.lotnicze-bilety, www.lataj.pl i naszej zaufanej stronie brytyjskiej www.charterflights.co.uk. Oczywiście loty z Londynu są nie do przebicie i oscylują w okolicy 900-1200 zł! Problem, że niemal drugie tyle musielibyśmy wydać na dolot i jeszcze trochę na wydatki na miejscu, w szczególności na pociąg z i ponownie na lotnisko. Poza tym kolejna doroczna wizyta u Arka i jego rodzinki może niekoniecznie musiałaby być jakąś szczególną atrakcją. Zawsze oczywiście miło wpaść do Londynu, ale może jednak lepiej wykorzystać ten czas na przedłużeniu pobytu w kraju docelowym. Sprawdzam, zatem wszystkie loty z Polski, Czech, Austrii i Węgier. Tutaj ceny oscylują wokół 2400 zł. To zdecydowanie więcej niż kosztował nas przelot do Trivandrum w zeszłym roku (nawet po dodaniu wszystkich innych kosztów, m.in. prezentów dla dzieci Arka). 13 grudnia trafia mi się niezła gratka. Wpisuję kod Berlina i Bombaju, oraz daty 27 stycznia i 12 luty. Cena za osobę to 1688 zł - i jest to cena absolutnie ostateczna. Sprawdzam inne daty powrotu. Cena skacze o dobre 1000 zł. Lecz gdy dochodzę do 16 lutego ponownie opada do atrakcyjnego poziomu. W domu muszę tylko przekonać Bożenkę, że szkoła to nie wszystko i nikt jej głowy nie urwie jak pozwoli sobie na nieco dłuższe wakacje. To że Jaszczurowska zaplanowała dla wszystkich lektorów zaliczenia poprawkowe na 14 lutego nie jest przecież wystarczającym powodem, żeby wracać już 12-go, szczególnie gdy popatrzeć na odcinek comiesięcznej pensji (jakieś 650 zł netto).

15 grudnia mam już potwierdzenie rezerwacji, wydrukowany bilet elektroniczny, a nawet rezerwację miejsca parkingowego na lotnisku Tegel. Koszt pozostawienia samochodu nie jest szokująco wysoki, zaledwie 68 euro. Zapewne chcąc do Berlina dojechać pociągiem czy autokarem zapłacilibyśmy znacznie więcej. Dzwonię na infolinię www.lataj.pl, bo chcę się dowiedzieć o warunki ewentualnych zmian w terminie lotu lub rezygnacji z biletów. "Proszę pana, żadne operacje na tych biletach nie są dopuszczalne, albo Pan leci, albo traci bilet w całości," słyszę rzeczową odpowiedź po drugiej stronie linii. No cóż, za taką cenę nie może być inaczej. Więc klamka zapadła. Znowu usłyszymy od mojej mamy: "A lepiej pojechalibyście sobie do jakiegoś hotelu w Egipcie, żeby trochę wypocząć, a nie jechać na taką tułaczkę." Fakt wtedy, na przełomie października i listopada nie było źle ...

No więc Indie, tylko gdzie?

Godzina 2.00 to jeszcze noc czy już poranek? Tak czy owak pakujemy się do samochodu i w drogę. Warunki idealne: ani śladu mgły, ani oblodzenia. Przez Mikołów docieramy do autostrady A4, którą dotrzemy jak po sznurku do samego Berlina. Potem wystarczy trzymać kierunek na północ i nie przegapić zjazdu na lotnisko Tegel. Parking na którym zarezerwowaliśmy miejsce dla naszego kangura jest jakieś 5 km dalej. Parę minut po 7.00 wjeżdżamy za ogrodzenie. Sympatyczny cieć już odpala samochód, którym zostaniemy dowiezieni na lotnisko. Wszystko zorganizowane z typowo niemiecką dokładnością. Prócz szczegółowej informacji o naszym locie, terminalu odprawy, dostajemy od kierowcy broszurkę w języku polskim ze wszystkimi informacjami dotyczącymi parkingu. Podobno średnio z usług lotniska korzysta ponad milion Polaków! Stąd jest po prostu taniej. Kasę na turystyce lotniczej robi także Finlandia, która wyspecjalizowała się niedawno w organizowaniu lotów do Azji Południowo-wschodniej. Czemu nasz kochany kraj znowu przespał szansę zrobienia interesu. Przecież Warszawa ma oczywistą przewagę nad leżącymi o ponad 1000 km na północ Helsinkami, gdzie zima trwa przez większą część roku. 4 nieznośne godziny oczekiwania na lotnisku Tegel to cena za bezstresowy dojazd do Berlina. W sumie z domu mogliśmy wyjechać około 5-6 rano i zdążylibyśmy na lot o 11.30. Ale gdyby tak coś nam wypadło po drodze...

Helsinki. Boże jaki ja jestem stary!!! Ostatnio w Finlandii byłem ponad 25 lat temu! W 1982 roku przypłynąłem tutaj w ramach wycieczki do Skandynawii. Co to była za niezwykła okazja! Wyjazd planowany był już od stycznia, a żeby dostać paszport musiałem dostarczyć jakieś zaświadczenie ze szkoły. Zmęczenie daje już o sobie znać, a tu kolejne godziny (3 godz. ) oczekiwania na lot do Mumbaju. Pamiątkowe zdjęcie na tle ośnieżonych i zmarzniętych samolotów stojących na zewnątrz, rzut oka na nieprawdopodobną drewnianą podłogę lotniska, o której kiedyś wspominała Marzena Chełminiak z Radia Zet, spacer po sklepach i czekanie, czekanie, czekanie. Z prawej odprawiają lot do Tokio (brr - zimno), tuż obok gromadzą się hałaśliwi Chińczycy, którzy za jakieś 10 godzin wylądują w Szanghaju. My jesteśmy na samym końcu. Olbrzymi Boeing wypełnia się do ostatniego miejsca. (Znowu nie udało się nam zdobyć siedzeń przy oknie).

Mumba - Bumba - czyli w czym zawinił Bombaj

Chociaż dawno minęło już 12 lat (1996) od zmiany nazwy metropolii na Mumbai - od imienia jednego z 250 milionów bóstw, większość świata uparcie posługuje się starą nazwą, Bombaj. Założycielami tego urbanistycznego monstrum byli przed XVII wiekiem Portugalczycy, którzy nadali powstającej osadzie nazwę Bom Bahia, czyli dobra zatoka. Gdy w 1661 obszar dostał się pod brytyjskie panowanie, oszczędzono pierwszą część nazwy, wymieniając jednocześnie "bahia" na "bay". I tak waśnie powstała nazwa Bombaj. Na fali odcinania się od kolonialnych korzeni pozmieniano większość nazw. W miejsce tych złych, bo kolonialnych zaproponowano rodzime, w oficjalnym języku stanu Maharasztra - maratha, nad wymową których biedzą się tak obcokrajowcy jak i przyjezdni Hindusi. Słynna nadmorska promenada to już nie Marine Drive, tylko Netaji Subhashchandra Bose Road, a Victoria Terminal to Chhatrapati Shivaji. A propos, jak dzisiaj nazywa się Dzierżyńskiego, a Barlickiego, a Kluski?

500 rupii(35 zł) za transport taksówką do centrum? Czy to jakiś żart? W drugiej agencji życzą sobie jeszcze więcej. Rikszą za Rs 50 bezproblemowo docieramy do stacji Andheri stamtąd za Rs 15 na stację Churchgate. Z mapą w ręku i dość lekkimi plecakami idziemy mniej więcej w kierunku południowym do dzielnicy Colaba, gdzie mieści się wybrany przez nas hotel Lawrence. Jakże przyjemnie się spocić - mimo wczesnej pory jest już przyjemnie ciepło. Całe miasto śpi. Nikt nas nie zaczepia, nikt się nie gapi. Chłoniemy pierwsze chwile wakacji. Z mroku nieśmiało wynurzają się kształty budowli niemal żywcem przeniesione z serca Londynu. Typowy monumentalny styl wiktoriański ze strzelistymi okiennicami, wieżyczkami na zwieńczeniu, których widać zdobne rzygacze.

Pokój będzie gotowy dopiero o 12.00. Nie próbuję targować się o cenę (Rs600), ostatecznie jesteśmy strasznie zmęczeni i zupełnie nie uśmiecha się nam dalsze poszukiwanie. Poza tym w pierwszy dzień zawsze trzeba zapłacić, tzw. frycowe. Bierzemy prysznic, ubieramy świeże ciuchy i dalej zwiedzać miasto. Po niemal półtorej godzinie kluczenia hałaśliwymi ulicami dochodzimy pod jedyny w swoim rodzaju budynek dworca kolejowego Victoria Terminal. Nie ma wątpliwości, że za sprawą zdobnego frontonu, kopuł, kolumn i niezliczonych płaskorzeźb, budynek należy do najpiękniejszych dworców świata. Najczystszy wiktoriański styl przypomina o dekadach dominacji brytyjskiej w tej części półwyspu. Tak więc jak tylko unieść głowę - mamy najprawdziwszy Londyn; gdy ją opuścimy, wracamy do realiów indyjskich z mrowiem ludzi, czarno żółtymi taksówkami i dziesiątkami zdesperowanych sprzedawców z naręczem różnorakiego badziewia w ręce. W szary tłum wmieszana jest także pewna liczba wysokich (a jednak wzrost ma znaczenie) i szczupłych Hindusów ubranych w nienaganne garnitury skrojone na miarę i nieskazitelnie białe koszule. To jak się wydaje pracownicy eleganckich i klimatyzowanych banków, zachodnich przedstawicielstw i bodaj czwartej co do wielkości obrotów giełdy. Ale zaraz. Przecież myśmy wcale nie pragnęli dojść pod dworzec, lecz pod plac z Bramą Indii i słynnym hotelem Taj Mahal, w którym raptem 2 miesiące temu rozegrały się dramatyczne wydarzenia z mnóstwem ofiar. Sprawdzam plan w przewodniku. Wychodzi na to, że pomyliłem się o 180° i zamiast na południe poszliśmy w przeciwną stronę.

Plac przy nabrzeżu pęka w szwach od turystów - niemal wyłącznie rodzimych. Niemal natychmiast otaczają nas domorośli przewodnicy oferując cokolwiek byśmy chcieli - może zwiedzanie miasta, rejs na wyspę, wykłady o historii miasta, a wszystko w wyjątkowo niskich cenach. "Sorry guys", kłamię "Ja znam dobrze to miasto, byłem tu już kilkakrotnie. Na wyspę też płynąłem". Moja taktyka działa bez zarzutu - przewodnicy odchodzą. Ale czy będziemy mieć trochę czasu aby się w spokoju rozejrzeć? Mała szansa. Teraz wypatrzyli nas żebracy, a właściwie żebraczki ubrane w kolorowe, choć nie najczystsze sari. Te inteligentnie żonglując jedynym międzynarodowym (???) słowem bebe, wskazują na swoje niedorośnięte dzieci, a następnie wkładają trzy palce do ust. Przekaz całkiem jednoznaczny. Zanim będziemy mogli przedrzeć się przez plac i przespacerować się wzdłuż nabrzeża, będziemy musieli jeszcze uporać się ze sprzedawcami grilowanej kukurydzy, orzeszków ziemnych, świecidełek, różnokolorowych szklanych kuleczek (do czego te ostatnie mogą służyć, nie mam pojęcia) i gigantycznych baloników. Wbrew temu co słyszałem w wiadomościach hotel jest w dalszym ciągu zamknięty na głucho. Trwają prace renowacyjne. Na górnych piętrach widać efekty pożaru, który wybuchł jak terroryści byli jeszcze w środku. Cały hotel jest całkowicie odgrodzony i ochraniany przez kilku uzbrojonych policjantów. Na fali ogradzania wszystkiego przed ludźmi otoczono barykadą także Bramę Indii. Nie ma zatem nadziei na jakieś ciekawe zdjęcie. Na końcu nabrzeża zupełnie nagle ekskluzywna dzielnica, zadbane domy i limuzyny zmienia się w najzwyklejszy slums. Granicę między oboma światami wyznacza niewidzialna linia poprowadzona w poprzek ulicy. Dla nas za wcześnie aby wgłębić się w potencjalnie niegościnny teren. Za trzy tygodnie, jak wrócimy tu przed wylotem do domu, będziemy tak obeznani z realiami Indii, że przejście przez dzielnicę biedy nie będzie problemem.

Raaz II

Raaz w tłumaczeniu z hindi to tajemnica. Liczba II oznacza, że pierwszy film odniósł taki sukces, że reżyser postanowił podwoić kasę korzystając z podobnego scenariusza. Jak Bollywood to tylko jakiś film o miłości - dużo tańców, pięknych stroi, zero nagości, zawstydzająco naiwna opowieść i obowiązkowy happy end. Przecież ideą jest danie zubożałemu społeczeństwu paru chwil wytchnienia od szarzyzny towarzyszącej większości każdego dnia, od narodzin aż po grób, a nie faszerowanie ludzi jakimiś dylematami moralnymi, czy skomplikowaną akcją. Fabuła musi być idiotycznie prosta również z powodu języka. Prawdopodobnie większość produkcji z Mumbaju jest robiona w hindi (konkurencja z Madrasu kręci w tamilskim), ale prócz tego języka na Subkontynencie jest jeszcze 18 innych konstytucyjnie uznanych za oficjalne, oraz 1600 (!!!) lokalnych języków i dialektów. Tworzenie, zatem do każdego filmu tylu wersji językowych byłoby niewykonalne. Najbliższy seans w kinie nomen omen Eros rozpoczyna się o 15.00. Lecz nie będzie to romansidło, lecz thriller. Jesteśmy rozczarowani, ale nie będziemy ani czekać na trzy godziny na kolejny seans, ani szukać innego kina. Co więcej, zamiast tłumów szturmujących wejścia, do środka wchodzi zaledwie kilkadziesiąt osób. Nie doświadczymy zatem unikalnej atmosfery gdy rozentuzjazmowana publika zaczyna wchodzić w interakcję z aktorami, wstaje z miejsc, zaczyna podrygiwać, tańczyć i śpiewa piosenki, które jeszcze przed premierą filmu stały się przebojami.

Wychodzi na to że cena biletów jest dość zaporowa. Zapłaciliśmy po 60 rupii. We foyer wzorem swoich amerykańskich odpowiedników parki młodzieńców i dziewcząt kupują po gigantycznej porcji pop cornu i po coca-coli. Rozświetlana szeregiem niewielkich światełek sala kinowa jest wielkości hangaru. Z głośników sączy się delikatna muzyka, a dla podkreślenia wyjątkowości chwili włączono na full klimatyzację. Przez chwilę będzie fajnie, bo na zewnątrz panuje spiekota, ale mamy szanse porządnie zmarznąć i nabawić się kataru. Fotele to już szczyt komfortu. Wystarczy nieco mocniej zaprzeć się plecami, a oparcie rozsuwa się do pozycji niemal półleżącej. Ale teraz musimy wstać, wszyscy muszą. Będzie odgrywany hymn. Przez 3 minuty stoimy na baczność w patriotycznym uniesieniu wpatrując się we flagę Indii wyświetlaną na ekranie: potem zaczynają się zwiastuny. Już teraz można się przekonać, że kino wyposażone jest w najnowocześniejszy sprzęt audio. Dźwięki krystalicznie czystej jakości docierają osobno z każdej strony: głos osoby z lewej strony ekranu dociera do naszego lewego ucha; aż chciałoby się obrócić głowę. Z pół godziny wpatrujemy się w zapowiedzi nowych produkcji; cudownie piękni ludzie w cudownych strojach żyjący w cudownych rezydencjach uśmiechają się do siebie, tańczą i zalecają. Nasz thriller oparty jest na prostackiej fabule: oto skrytobójczo zostaje pozbawiony życia pewien społecznik samotnie walczący z imperialistycznym (amerykańskim) przedsiębiorcą, który swoimi fabrykami zatruwa okoliczne źródła. Żeby nie było wątpliwości że biznesmen jest po stronie zła, gra go odrażający aktor - łysy, gruby i wiecznie spocony. Duch ofiary, z bliżej nieokreślonych powodów, nawiedza główną bohaterkę, dziewczynę niezwykłej urody, o względy której stara się dwóch przystojnych młodzieńców: jeden to reżyser na szczycie swojej kariery, drugi to dziwaczny artysta malarz, który ma serie przelewanych na płótno wizji dotyczących pozaziemskich przeżyć pięknej aktorki. Oczywiście ten, który na początku jest tym dobrym okazuje się szują i odwrotnie. Aktorzy mówią zdumiewającą mieszanką hindi i języka angielskiego. Mamy zatem możliwość zrozumienia ciągłości zdarzeń.

Ale i tak najistotniejsze są efekty specjalne zapożyczone z Holywood. Mamy zatem scenę pełną hiczkokowskiego suspensu, jest coś z Ducha (przesuwające się sprzęty), Egzorcysty (oczy pięknej aktorki zabiegają krwią, a z jej gardła wydobywa się przerażający głos od którego pękają szyby, a jej ciało swobodnie lewituje na wysokości pierwszego piętra). Mamy też dłonie wynurzające się z piany w wannie, które próbują utopić naszą piękność, są groźne żubry (???) spychające samochód bohaterów w przepaść, ale pokornie rozstępujące się przez wchodzącą w środek stada aktorką. Odbicie w lustrze zaczyna żyć własnym życiem i ukazuje naszą piękność pokrytą ohydnymi szramami. W czysty horror wkomponowane są bale i pokazy mody (aktorka z zawodu jest modelką), które są pretekstem dla muzyki i prezentacji strojów. I tak od sceny do sceny aż do ostatniej, w której otoczony świetlistą aureolą ukazuje się duch zamordowanego, już pomszczony dziękuje dziewczynie i temu dziwacznemu artyście (który w międzyczasie za sprawą charakteryzacji staje się atrakcyjnym zalotnikiem) i odchodzi w zaświaty. Mimo bzdurnego scenariusza niemal 3 godziny, z półgodzinnym antraktem, mija nam błyskawicznie.

Mam Internet, więc jestem

ROK 2048, Bielsko-Biała, Polska, Europa Wschodnia.
John nie ma zbyt dużo czasu - za chwile trzeba iść na zajęcia. Chce szybko zrobić rezerwacje na sleeping do Szczecina. To bodaj najodleglejsze miasto od Bielska. W wyszukiwarce sprawnie wklepuje "PKP rezerwacje". Na ekranie pojawiają się w mgnieniu oka propozycje stron WWW dokonujących rezerwacji. Leniwie wchodzi na pierwszą z nich. Stacja odjazdu, stacja docelowa, preferowana godzina jazdy, klasa - przez tę prostacką ankietę trzeba w dalszym ciągu przejść, choć mamy już prawie koniec pierwszej połowy XXI wieku! System generuje indywidualny numer klienta; powołując się na niego będzie można w każdej chwili sprawdzić status rezerwacji i uzyskać informacje o zmianach czy opróżnieniach. Trochę kłopotu jest ze znalezieniem właściwego pociągu, bo trzeba podać jego czterocyfrowy kod. Ten z kolei można poznać wpisując precyzyjną nazwę stacji, a nie miasta. Nie wystarczy zatem "Bielsko-Biała"; konieczne jest wpisanie Bielsko-Biała Główna". Dlaczego "Główna" a nie "Główny (dworzec), no i jak nazywa się miejsce przyjazdu pociągu po drugiej stronie kraju? STATUS: OK, można przygotować się do dokonania płatności. John patrząc w monitor sięga lewą ręką po kartę kredytową, aby w odpowiednim miejscu wpisać jej numer w odpowiednim miejscu na formularzu. Na koniec trzeba wydrukować potwierdzenie transakcji, które jest jednocześnie biletem...

ROK 2008 Bielsko-Biała, Polska, Europa Wschodnia
Nie mam zbyt wiele czasu - za chwile muszę iść na zajęcia, studenci już niemożliwie hałasują na korytarzu. Nie chcę zwlekać z rezerwacją pociągu do Aurangabadu, na północny wschód od Bombaju, ponieważ przezorni Hindusi planują swoje podróże nawet na trzy miesiące naprzód, a na jazdę siedząc na plecakach przy drzwiach toalety, jak nam się zdarzyło w zeszłym roku, zupełnie nie mam ochoty. W wyszukiwarce sprawnie wklepuję "Indian Rail". W mgnieniu oka na ekran wyskakują dziesiątki stron WWW, gdzie można dokonać rezerwacji. Bez zastanawiania się klikam na pierwszy adres. Najpierw system prosi mnie abym się zarejestrował, a następnie zalogował przy pomocy automatycznie wygenerowanego kodu indywidualnego. Dzięki niemu będę mógł na bieżąco sprawdzać ewentualne zmiany w rozkładzie, opóźnienia, itp. A w przyszłości kod przyda mi się do innych rezerwacji. Mam trochę problemów ze znalezieniem właściwego pociągu, bo trzeba podać jego czterocyfrowy kod. Ten z kolei można poznać wpisując precyzyjną nazwę stacji, a nie miasta. W samym Bombaju są ze trzy równie główne dworce kolejowe, więc muszę po kolei wpisywać ich egzotyczne nazwy do formularza i badać, czy może akurat stąd jadą pociągi do Aurangabadu. STATUS: OK, można przygotować się do dokonania płatności. Patrząc w monitor sięgam lewą ręką po kartę kredytową, aby w odpowiednim miejscu wpisać jej numer i potwierdzić transakcję wciskając Enter. Na koniec trzeba wydrukować potwierdzenie transakcji, które jest jednocześnie biletem... Po prostu Ameryka! W Polsce takiego systemu nie będzie chyba ani za sto lat.

Zostawiamy w naszym hotelu wszystkie ciepłe ciuchy, które chcąc nie chcąc, musieliśmy przywieźć ze sobą z mroźnego Berlina. Przez trzy tygodnie nie mają szansy aby się przydać (na upały przecież liczymy) i czarno żółtą taksówką dojeżdżamy do dworca Victorii. Profesjonalnie oświetlony gmach wynurza się nagle zza zakrętu. Z powodzeniem mógłby stać jako ozdoba w centrum Londynu. Dziwi jedynie, że absolutnie nikt nie zwraca na niego uwagi. Mimo dość późnej pory przy bramach na dworzec i na placu przed nim kłębią się tłumy. Każdy gdzieś biegnie, albo coś sprzedaje. Problem z tymi Hindusami jest taki, że jest ich po prostu za dużo. O ile w Chinach jakoś kontroluje się przyrost naturalny, tutaj wszystko jest zostawione swemu własnemu biegowi. Za jakieś 20 lat Indie będą najludniejszym krajem na świecie - ale akurat tego przedzierając się z plecakami przez masę ludzką nie sposób sobie wyobrazić.

Na gablotach przy peronie cytowanym na bilecie znajduje się szereg drewnianych tablic z niedbale przyklejonymi płachtami papieru na których znajdują się nazwiska pasażerów, po lewej w alfabecie hindi, po prawej po angielsku. Prosta sprawa: jesteś na liście, jedziesz, nie ma cię, też jedziesz ale na stojąco. "Będziemy tam?", pyta Bożenka. Moment niecierpliwości i ... są! Z wydruku wynika, że mamy miejsca 61 i 62 w wagonie J. Ładujemy się na przypisane nam koje. Wzorem pozostałych podróżnych wyciągam solidny łańcuch i plączę w niego ramiączka plecaków przypinając jego końce do solidnej kłódki.

Jaskinie

Konduktor gwałtownie targa mnie za nogę. "Augangabad, next stop." Liczyliśmy na opóźnienie, tak żeby przyjechać dopiero nad ranem, a tymczasem przyjechaliśmy o półtorej godziny wcześniej. Nie ma jeszcze 4 i jest kompletnie ciemno. Odprawiamy zaspanego taksówkarza, który chciałby wziąć nas do odległego o 3 kilometry centrum. Z mapki w przewodniku wynika, że miasto jest na północ od nas i że trzeba iść jedną z dwóch dróg odchodzących w tym kierunku, tą przy której stoi meczet. Dogodnie dla nas będziemy mijali parę tańszych hoteli. W jednym z nich pozwalają nam zostawić plecaki, ale pokój będzie gotowy dopiero około 12.00. Chcąc nie chcąc idziemy w kierunku dworca autobusowego leżącego w centrum. Pojedziemy na północ do Ajanty słynnej za sprawą około trzydziestu grot wykuwanych przez 850 lat, począwszy od roku 200 p.n.e. na kamienistym zboczu przy zakolu rzeki Waghore. Na miejscu jesteśmy tak wcześnie, że, z wyjątkiem małej restauracyjki wszystko jest zamknięte na głucho. Do grot dowożą turystów autobusy, ale te zaczynają kursować dopiero za jakąś godzinę. Zamawiamy śniadanie. Jak to w turystycznych miejscach, cena posiłku jest wyższa niż gdzie indziej, a same porcje mniejsze. Kasa biletowa. Jako obcokrajowcy musimy zapłacić za bilet dwudziestopięciokrotność biletu dla tubylca. Te 250 rupii to ciągle nie jest aż tak dużo (piwo kosztuje od 50 do 120 rupii), ale czy to fair? Gdyby taki Hindus przyjechał do Polski płaciłby za wszystko tyle samo co Polacy.

Wchodząc we dwójkę na teren parku wyobrażamy sobie jakbyśmy byli pełnym autokarem ludzi w liczbie pięćdziesięciu. Groty zostały wykute jedna obok drugiej wzdłuż meandra rzeki, która akurat o tej porze roku jest całkowicie wyschnięta. Nasz przewodnik podaje krótką informację o każdej z jaskiń; możemy dowiedzieć się jaka jest powierzchnia i wysokość, co przedstawiały szczątkowo zachowane malowidła, itd. Dla laików naszego pokroju wszystkie one wyglądają niemal identycznie. Wejście prowadzi do przestronnego holu zwanego chaitya. W zależności od jego rozmiarów po obu bokach pomieszczenia znajdują się lub nie, kolumny, których zadaniem jest podtrzymywanie sufitu. Wgłębiając się dochodzi się do niewielkiej niszy, której niemal całą przestrzeń zajmuje posąg siedzącego w pozycji lotosu Buddy. Statua, jak również kolumny, nieliczne reliefy, zdobienia nad bramą stanowią jedną jedyną całość. Wszystko zostało misternie wydłubane w skale. Zaliczamy niemal wszystkie groty - mrok i chłód wnętrz jest lepszy niż agresywne słońce na zewnątrz. Mimo zwiększającego się upału robi się coraz tłoczniej. Jeszcze przed parędziesięcioma minutami można było spokojnie zatrzymać się aby pogrążyć się w kontemplacji, teraz betonowym traktem przedziera się tłum, głównie szkolnej młodzieży ubranej w identyczne mundurki. Najgorsze, choć spodziewane jest to, że wszyscy okazują nam olbrzymie zainteresowanie. Zewsząd słyszymy "hello", a co niektórzy życzą sobie zdjęcie z nami. Jak tylko odnajdujemy ścieżkę przez suche koryto na drugą stronę, na tą, gdzie nie ma żadnych grot, a zatem i turystów. Jest natomiast ocienione miejsce z ławeczką. I tyle.

Autobusu w stronę Aurangabadu brak. Pytamy parę osób. Wszyscy wskazują na stojące bezczynnie taksówki. Czyżby się zmówili przeciwko kasiastym turystom z zachodu? Stajemy w pełnym słońcu przy drodze wierząc, że musi być jakieś połączenie między Jalgaon a Aurangabadem, przecież to duże miasta połączone tą jedną drogą. Zatrzymuje się małe Suzuki Maruti. Kierowca proponuje podwiezienie. Na jego nieszczęście upieram się przy stawce jak za autobus. Nie zapłacę ani rupii więcej. Cóż mu robić? Godzi się, a my w ciągu niecałych dwóch godzin jesteśmy na miejscu. Teraz trzeba rozglądnąć za jakąś knajpą, bo zasłużyliśmy sobie na zmrożone piwo. Nic z tego - Hindusi mają dzisiaj bliżej nieokreślone święto i sprzedaż alkoholu jest zabroniona. W determinacji wchodzimy do hotelu z restauracją. Tu też słyszymy stanowcze "Sorry". Nie poddaję się. Tłumaczę menadżerowi, że to sytuacja wyższej konieczności, że szanujemy hinduskie niespodzianki, że kupimy u niego dwie butelki i pójdziemy sobie, że będziemy dyskretni. Tak, zapłacę po RS 90 za butelkę. Sympatyczny chłop, wraz z butelkami niesie klucz do jednego z pustych pokoi hotelowych. "Możecie sobie tu to piwo wypić; daję wam pół godziny."

Nie zaczynaj od szesnastki

Poważnie traktujemy to ostrzeżenie z przewodnika. Jeśli ktoś zwiedzi kamienną świątynię o tym numerze w pierwszej kolejności straci zainteresowanie wszystkimi pozostałymi. Groty, które zarezerwowaliśmy sobie na dzisiaj (jest już kolejny dzień) nazywają się zbiorczo Ellora. Podobnie jak Ajanta są w całości na liście Światowego Dziedzictwa. Dojechać z Aurangabadu jest bardzo łatwo, bo leżą one zaledwie 30 km od miasta. Tutaj przez okres pięciu wieków naszej ery, od XIV do X wielu kolejne zespoły drążyły jaskinie ku radości własnych bóstw. Niemal równolegle buddyści (12 jaskiń), hinduiści (17 jaskiń) oraz Dżaini (zaledwie 5) prowadzili swoje prace. Można z pewnością spędzić mnóstwo czasu porównując trzy różne style, zauważyć elementy, które są tu, a nie ma ich tam, spierać się czyje groty zasługują na większy respekt, lub po prostu pospacerować po okolicy, z obowiązku odwiedzić parę grot i po tym przejść do groty 16. To jest rzeczywiście coś. Kalaisa, czyli Świątynia Bogów, została wykuta w X wielu na cześć Shivy. Od pierwszego uderzenia młotem o skały zbocza do wyjścia ostatniego robotnika minęło 150 lat w trakcie których usunięto nie mniej niż 200 tysięcy ton gruzu wgryzając się na długość 81 metrów i wysokość 33 metrów w skalne zbocze. Zwiedzanie zaczynamy od wspięcia się na zbocze otaczające świątynie. Konstrukcja jest tak potężna, że nijak nie można zmieścić jej w kadrze aparatu, trzeba nakręcić filmik. Poniżej widzimy jakby plac na którym stoi prostokątna świątynia ozdobiona hinduistycznymi reliefami i z surrealistycznymi posągami słoni stojącymi na jej dachu. W ścianach otaczających plac wykuto kilkanaście pomniejszych grot. Choć oczy widzą, umysł broni się przed uznaniem, że absolutnie wszystko poniżej, wraz z rzeźbami, kolumnami, i pomniejszymi konstrukcjami zostało wykute z jednego kawałka skały.

Zakopane po hindusku

"Który do Pune?" pytam na dworcu autobusowym. Dzisiejszą noc spędzimy w autobusie jadąc na południowy zachód, jednak na komfortową podróż się nie zanosi. Ktoś wskazuje na odrapanego gruchota. Zajmujemy miejsca zaraz za kierowcą, ponieważ jest tu nieco więcej miejsca na nogi, ale i tak na plastikowych siedzeniach jest obłędnie niewygodnie - siedzi się jakby na baczność. Nie ma rady, trzeba się porządnie napić licząc na sen. Mamy jeszcze dużo przywiezionego z Polski spirytusu, który pomieszany z zimną coca-colą smakuje całkiem nieźle. Trzecia nasza podróż po Indiach i po raz trzeci docieramy na miejsce o co najmniej półtorej godziny przed czasem wynikającym z informacji w przewodniku. Jesteśmy umordowani, brudni, spoceni, a na dodatek szumi nam w głowach od wypitego alkoholu. Dworzec jest dość obleśny; wszystkie ławy i większą część podłogi zajmują śpiący pasażerowie. Śmierdzi syfem! Ponieważ jest jeszcze ciemno nie ma sensu przemieszczać do dworca kolejowego, skąd mamy nadzieję dostać się do miejscowości Neral. Wyciągamy nasze kocyki i kładziemy się na podłogę, pod głowę plecak i śpimy. Po krótkiej drzemce (spaliśmy ze dwie godziny) jest już dobrze. Odzyskujemy siły. Słońce już jest dość wysoko, ale jest jeszcze całkiem rześko. Dworzec kolejowy jest niemal po sąsiedzku. Możemy tylko żałować, że nie zdecydowaliśmy się przyjść tutaj na naszą drzemkę. Jest tu wyjątkowo czysto, łącznie z toaletą, co jest w tym kraju ewenementem.

Z przystanku Neral odchodzi górska wąskotorówka do Matheranu leżącego na wysokości mniej więcej Szyndzielni. Ta mała osada robi dużą karierę (i kasę) na spragnionej potrzebującej odrobiny wypoczynku i chłodu klasie średniej z Mumbaju. I właśnie z powodu tłumów przewodnik zdecydowanie sugeruje dokonanie rezerwacji na pociąg, czego nie zrobiliśmy. Pociąg, wyglądający jak nieco większa zabawka dla dzieci stoi sobie na peronie, ale w kasie okazuje się, że odjazd będzie dopiero o 14.00, a na dodatek zostały już tylko bilety pierwszej klasy, które są droższe od zwykłych o ... 833%! Na dodatek nasza pobieżna inspekcja ujawnia, że jedyną różnicą między klasami są przyciemniane szyby i większa ilość drzwi w wagonach klasy pierwszej. Rezygnujemy z podobno uroczej dwugodzinnej jazdy koleją na rzecz mikrobusu, który jeździ tam i z powrotem na okrągło. Jedyny kłopot to że nie dojeżdża on do samej miejscowości, gdzie wszelki ruch spalinowo-kołowy jest zakazany. Będziemy musieli jeszcze pokonać 2,5 km, aby dotrzeć do centrum. W okresie suchym, czyli od listopada do maja Matheran zmienia się w dość duży kurort. Niemal każdy budynek w osadzie to albo hotel albo sklep z pamiątkami, albo restauracja. Cała okolica porośnięta jest wysokimi, rozłożystymi drzewami dającymi przyjemny cień i chłód. Na głównej ulicy mieszają się spacerujący piesi, wierzchowce, kolaski i pchane przez dwie osoby (jednak teren jest górzysty) ręczne riksze z niezwykle dumnymi pasażerami, którzy, jak się domyślam, odgrywają teraz role jakichś bogatych brytyjskich kolonistów z dawnych czasów.

Kolejny dzień spędzamy na spacerach po okolicznych wzgórzach pokonując z dwadzieścia kilometrów wyznaczonymi i bardzo dobrze oznaczonymi ścieżkami. Widoki przepyszne.

Cała prawda o nas

Chodząc ścieżkami wokół Matheranu przychodzi mi do głowy, że tak właściwie to w minimalnym stopniu jesteśmy zainteresowani tymi całymi Indiami. To znaczy, bawimy się absolutnie wyśmienicie i jest tak, że chciałbym zatrzymać czas lub zostać tu na stałe codziennie obserwować tych fascynujących ludzi, jeść ich potrawy i upajać się gorącym styczniem. Z drugiej strony, co myśmy właściwie widzieli w Mumbaju? A te jaskinie w Ellorze i Ajancie? Pospacerowaliśmy sobie po nich znajdując w ich wnętrzach przyjemny chłód, i tyle. Nie zrobiliśmy niczego, że tak powiem podróżniczego. Żadnego muzeum, żadnej dogłębnej lektury odwiedzanych miejsc. Coś tam poczytaliśmy w domu, a teraz tylko kartkujemy nasze przewodniki zatrzymując się na ramkach z ciekawostkami. Znowu po powrocie Aśka zapyta się z pewną wyższością w głosie: "No to co wyście tam właściwie widzieli?" Oboje mamy nasze umysły poważnie skażone ideą plaż w Goa, byczenia się pod palmami ze zmrożoną butelką Kingfishera w dłoni. "Przecież mieliśmy ciężkie pół roku" będziemy się dale usprawiedliwiać przed sobą. Nic nas już nie powstrzyma, żeby stąd przez Pune dotrzeć jak najszybciej do Panaji, stolicy stanu Goa.

W kierunku raju

Przezornie już w pierwszy dzień tutaj zarezerwowaliśmy sobie bilety na wąskotorówkę, teraz nie musimy się tłoczyć przy kasach czekając na ewentualne zwroty. Pociąg będzie pokonywał odległość zaledwie 21 km zjeżdżając o jakieś 600 metrów. Podróż potrwa niemal 2 godziny. Stopniowo wracamy do realiów indyjskich: brudu, hałasu, a przede wszystkim strasznego ukropu. Już w połowie trasy otaczają nas jedynie skarłowaciałe drzewa niedające praktycznie żadnego cienia. Dalej zanikają i one. Z węzła kolejowego Neral łapiemy pociąg bezpośrednio od Pune. Jeśli nie uda nam się znaleźć nocnego transportu do Panaji będziemy musieli zatrzymać się tutaj na noc tracąc kolejny dzień na podróż. Ani przez moment nie bierzemy po uwagę zwiedzania miasta, które, jak podaje nasz przewodnik, ma nie mniej niż siedem atrakcji. Największym magnesem jest słynny aśram Bhagwan Rajneesh. To w nim znudzeni ludzie z Zachodu (do nich częściowo się zaliczamy) próbują odnaleźć, bądź spokój ducha, albo bardziej uduchowionego sensu życia w lekkiej formie. Założycielem był gość, który w USA, gdzie mieszkał parę lat, wpadł na pomysł zorganizowania komuny dla "niedostosowanych" osobników. Opatentowany przez niego sposób łatwej medytacji (śmiej się przez parę godzin dziennie, potem siedź przez dalszych parę godzin patrząc przed siebie) i nieskrępowanego seksu, jako części filozofii, przypadł do gustu tak wielu osobom, że ci jak w transie przepisywali mu swoje majątki na dalszy rozwój komuny. Zanim został deportowany ze Stanów, w krótkim czasie dorobił się nieprzeliczalnej fortuny. Za amerykańskie dolary zorganizował identyczną rzecz w Pune i parę lat później umarł, lecz interes dalej się kręci.

Zaraz przy dworcu jemy, powołując cię na opinię Bożenki najlepszy posiłek wyprawy, potem ruszamy ulicą szukając agencji transportowych. Autobus do Panaji planowany jest na 23.30, mamy zatem jeszcze tyle czasu, aby się czegoś napić. Szukając autobusu mijaliśmy parę sklepów z alkoholem, więc wyjątkowo tym razem nie będzie kłopotu z zakupem piwa. "Dwie butelki piwa proszę," mówię do młodocianego sprzedawcy za ladą. "What brand?" pyta. "Something local, perhaps," rzucam w odpowiedzi. Cudownym sposobem znajdujemy idealne (jak na warunki, centrum metropolii, główna ulica) miejsce przy jakiejś bramie domu, nieco odsunięte od chodnika i oddzielone hałdą gruzu. Jest nawet zmyślny murek, na którym można wygodnie się rozsiąść. Jesteśmy niewidoczni mogąc jednocześnie obserwować życie toczące się wokół. Jednym słowem menelski ideał. Scyzorykiem strącam kapsel. Pierwszy łyk. Całkiem niezłe, chociaż nieco zbyt słodowe. Naklejka przedstawia płomiennego Feniksa z rozłożonymi skrzydłami. Czytam napis wymawiając po angielsku /pe’loune/. Do licha przecież to Palone, Okocim Palone. Niesamowite. Rzeczywiście lokalny produkt wytworzony w stanie Maharashtra, w hinduskim browarze South Asia. Jak to wyjaśnić - tego chyba nie dowiemy się nigdy.

Bramy raju

Właśnie wschodzi słońce. Przyjechaliśmy do Panaji o doskonałej porze. Od razu możemy iść do upatrzonego hotelu. Kierując się jak zwykle ceną, ale i odległością od dworca wybieramy Udipi Boarding & Lodging. Podobno nie jest on popularny wśród zagranicznych turystów, ale jest tani, dobrze zlokalizowany, a na dodatek restauracja serwuje wyborne dania goańskie. Cena? Jak najbardziej przystępna, więc gdzie tu haczyk? Recepcja jest na pierwszym piętrze. Aby dojść do korytarza z pokojami musimy przejść przez sale restauracyjną przekraczając śpiące cielska jakichś typów i dalej przez kuchnię. Pokoik jest na końcu korytarza. Nie można by go nazwać schludnym, właściwie to jest brudny; okno wychodzi na ulicę, a zamiast widoku na rzekę (ta część Panaji otoczona jest przez dwie) mamy misterny stelaż rusztowania okalającego remontowany budynek naprzeciwko. Na dodatek śmierdzi capem. Jak się szybko okaże spełnia on rolę hotelu robotniczego, a Bożenka jest całkowicie jedyną kobietą. Optymizmem nie wieje (dosłownie) także z toalet. Mimo dość niesprzyjających warunków, akceptujemy go. Jesteśmy trochę zmęczeni i wymagamy natychmiastowego prysznica, a pokój jest do wzięcia od zaraz, chociaż jest dopiero 6 rano. Gdzie indziej musielibyśmy zaczekać minimum do 10.00.

Panaji jest najmniejszą stolicą najmniejszego stanu, jakim jest Goa i mimo że przewodnik jasno określa to miejsce jako tranzytowe do pobliskich plaż, dla nas ma ono swój sympatyczny charakter. Posiedzimy tutaj pełne dwa dni. Wszystko tutaj świadczy o portugalskim zwierzchnictwie, które zakończyło się dopiero w 1961 roku, kiedy to premier Navaharrlalu Neru wobec początkowego sprzeciwu kolonizatorów, najspokojniej otoczył wojskiem cały stan i grzecznie jeszcze raz poprosił obywateli portugalskich, aby ci zechcieli sobie iść. Portugalczycy odeszli, ale zostawili po sobie malownicze rezydencje stojące w cieniu ogromnych drzew, nierzadko dość zaniedbane, ciągle urocze, kolorowe domki i pobielane kościoły. Kolonialną spuściznę bez wątpienia widać też w niespotykanej w innych częściach kraju zamiłowania do ładu i porządku. Niewyobrażalne, aby gdzie indziej można było dostrzec pobielane krawężniki na wszystkich ulicach, czy jeżdżące tam i z powrotem polewaczki, aby żyło się lepiej. Wschodzące słońce rozświetla różnokolorowe ściany domków z drewnianymi balustradami balkonów, które mogłyby stać na Starym Mieście w Lizbonie. Podobnie jak zbudowane w zaułkach niewielkie kościółki z białymi frontonami zwieńczonymi typowymi dzwonnicami. Chyba zapowiada się na jakiś festyn, bo mimo wczesnej pory ustawiane są przy głównej ulicy stragany, ponad którymi instalują kolorowe girlandy. Ktoś mówi mi, że jutro wieczorem w hinduistycznej świątyni Mahalaxmi będzie święto Boga-Małpy, o którym wiem tyle, że jest to bóg bogactwa i dobrobytu. Pierwsze słyszę, a nasz przewodnik zupełnie na ten temat milczy. A samej świątyni poświęcono jedno zdanie: z góry jest fajny widok na miasto - mało to odkrywcza informacja zwżywszy na fakt, że znajduje się ona na wzgórzu.

W odległości mniej niż 10 km od Panaji leży dawna stolica stanu, Stare Goa, które status stolicy utraciło w XIX wieku, gdy zamuliły się wody rzeki Mandovi i nie można było już tu dopływać większymi jednostkami. Teraz Stare Goa to wyłącznie kompleksy kościołów, klasztorów, katedr i bazylik, a wszystkie one otoczone są niekończącymi się parkami. Gdyby nie kolorowe sari kobiet moglibyśmy zapomnieć, że jesteśmy w Indiach. Najświętszym miejscem w Starym Goa jest Bazylika Dobrego Jezusa, w którym spoczęły resztki (dosłownie) ciała św. Franciszka Ksawerego, misjonarza z XVI wieku, który podróżując po całym obszarze Azji południowo wschodniej robiąc to co inny misjonarze - namawiał autochtonów do porzucenia wiary swych ojców obiecując życie wieczne amen. Jednak ten Franciszek prawdziwą sławę zyskał dopiero po śmierci, kiedy okazało się, że jego ciało nie poddało się rozkładowi. Miesiące mijały a Franciszek dalej wyglądał tak jak w godzinie swojego odejścia. Przeprowadzona obdukcja ujawniła nie tylko, że ciało nigdy nie zostało zabalsamowane, ale że mimo upływu lat wszystkie organy wewnętrzne, a także krew zachowały świeżość. Wiadomość o oczywistym cudzie rozeszła się błyskawicznie. Efektem było równie szybkie rozkradzenie fragmentów ciała i rozwiezienie po kościołach całego świata. Ktoś wziął sobie palec, ktoś inny część wątroby. Obrzydlistwo! Dzisiaj na miejscu pozostała jedynie głowa, wystawiana na widok publiczny w szklanej trumnie.

Jak będziemy się trzymać planu, jutro o tej porze będziemy już na plaży. Dzisiaj wypełnimy sobie dzień zwiedzaniem hinduistycznych świątyń koło miasta Ponda i spacerami wzdłuż brzegu rzeki. Na zobaczenie głównych obchodów święta Boga-Małpy już nie liczymy, bo dwie kolejne osoby, które zaczepiam, twierdzą, że uroczystości zaczną się wersja a) - jutro wieczorem, wersja b) - za tydzień. Ale dla nas nic straconego - miasto i tak jest już pięknie przybrane, a ulice są ściśle wypełnione przez tłum egzotycznych pątników, więc do późna w nocy mamy co robić.

Raj

Plaże w stanie Goa dzielą się generalnie na dwie kategorie: te na północ od Panaji są bardziej "cywilizowane" i nastawione na wczasowiczów zorganizowanych. Panuje na nich radosna atmosfera charakterystyczna dla kurortów niezależnie od długości i szerokości geograficznej. Pod parasolami cielsko przy cielsku, dziesiątki dzieci grzebiących plastikowymi łopatkami w piasku, parę osób w wieku lat dwudziestu gra w siatkę, co rusz uderzając piłką kogoś opalającego się w pobliżu. Nie, to oczywiście nie dla nas. Plaże południowe nie zostały jeszcze do końca odkryte przez spragnionych słońca ludzi z Zachodu. Podobno są dzikie i puste; ciągną się na ponad 50 kilometrów. W przewodniku w ramce mamy krótką charakterystykę każdej plaży. Bożenka ma głos - w zeszłym roku wynalazła wspaniałą Varkalę. Jej wybór to Banaulim, mniej więcej w połowie długości wybrzeża południowego.

Łapiemy mikrobus z dworca w Margao, drugiego największego miasta stanu. Kierowca, któremu "dotukaliśmy" gdzie chcemy dojechać każe nam wysiąść przy Maria Hall, tak nazywa się betonowy kompleks w wiosce Benaulim. Z mapki wiemy, że morze jest w odległości 800 metrów przed nami. Choć obciążeni plecakami, spoceni i bez śniadania lecimy jak na skrzydłach wypatrując morza.

Na końcu drogi jest duży asfaltowy plac, coś jakby rondo, wokół którego rozłożyły się stragany. Dalej jest już tylko bezkres Morza Arabskiego. Plaża! I to jaka! Na szerokość ma nie mniej niż 100 metrów i ciągnie się w obu kierunkach po horyzont. No i jest prawie pusta. Tych kilka bambusowych bungalowów i knajp krytych liśćmi palmowymi fenomenalnie wkomponowuje się w całość. Do pełni szczęścia pozostaje znalezienie noclegu, ale choćby przyszło nam spać na plaży, nie ruszamy się stąd. W pierwszych dwóch miejscach podają nam jakieś abstrakcyjne ceny; w jednym jest to RS 1000 (ok. 70 zł) za jeden z bungalowów stojących w pełnym słońcu na środku placyku. Dalej jest nieco taniej - RS 800. Nie dziękujemy. Idziemy dalej. Słońce, głęboki piasek, coraz cięższe plecaki ... Po plecach i czole spływa pot, gdy wchodzimy do Furtado’s Beach House. Od frontu to restauracja, ale w ogrodzie za nią wynajmują pokoje. Pytam o cenę. "RS500," pada w odpowiedzi. "OK," mówię. "RS 500 to za jedną noc ale my gwarantujemy, że spędzimy tu nie mniej niż 7 nocy. Dogadamy się za RS 400?" Menadżer z obowiązku marszczy skądinąd sympatyczne oblicze, zaciska wargi, przekręca głowę, waha się, lecz zamiast stanowczego "NO WAY!" z uśmiechem mówi: "OK, niech będzie". Cały teren za restauracją tonie w cieniu bananowców i jakichś iglaków przypominających nasze sosny i wydzielających obłędny zapach, pełen słońca i lata. Pokój jest duży, z boku ma łazienkę, a przed nim jest niewielka weranda. Chociaż to wszystko to dykta jesteśmy wniebowzięci. 10 minut później, już w strojach kąpielowych i z kocykami pod pachą idziemy przez restaurację na plażę. "How much is Kinfisher beer?" pytam młodego chłopaka, który dorabia sobie jako kelner. "60," odpowiada rzeczowo. "A te parasole i leżaki przed knajpą - ile kosztują?" pytam dalej. "Dla gości free". "Bożenka, trafiliśmy do raju," mówię do idącej przodem żony. "Ale zwiedzanie Indii mamy już z głowy".

Nie godzi się

Po dwóch dniach wypełnianych przedwschodniosłonecznym spacerem (dot. tylko mnie), poranną kawą na werandzie, leżeniem pod parasolami (dot. Bożenki), leżeniem pod parasolami i spacerowaniem po plaży (dot. mnie), piwem o 12.00, spacerem do Maria Hall na lunch, spacerem na kolejną plażę w wiosce Colva, kolejnym piwem, fragmentem Kapuścińskiego, romantycznym zachodem słońca, dorastamy do pomysłu, aby na jeden dzień przerwać tę sielankę i zwiedzić ruiny, przez turystów znane jako Hampi. Ostatecznie jesteśmy podróżnikami, a nie wczasowiczami. Jeśli chcieliśmy tylko słońca wody i piasku, trzeba było ponownie pojechać do Egiptu. Najwygodniej byłoby skorzystać z autobusu turystycznego, który kursuje co drugi dzień. Nie pasuje nam tylko cena RS700 za osobę. Bilet na normalny autobus odchodzący z dworca w Margoa kosztuje jedyne RS250. Taka różnica w cenie specjalnego wyboru nam nie pozostawia, tym bardziej, że w tym roku pieniądze po prostu przepływają nam przez palce. Wyjeżdżamy z naszego raju, ale tylko na dwa dni i jedną noc. Po powrocie będziemy wycieńczeni, ale zanim wrócimy do naszej skutej lodem ojczyzny będziemy mieli szansę wypocząć przez kolejne 3-4 dni.

Hampi

Tak nazywa się dzisiejsza wioska w środkowej części stanu Karnataka, która niemal w całości znajduje się na terenie XIV-wiecznych ruin pozostałych po stolicy jednego z największych imperiów subkontynentu indyjskiego. Jej prawidłowa nazwa to Vijayanagar. Kompleks jest tak rozległy, że trzeba by zatrzymać się na dwa dni i do tego jeszcze wypożyczyć rowery. Inaczej nie dotrze się do jego najodleglejszych krańców. Autobus, którym jedziemy z Hospet, wiezie nas przez suche równiny Karnataki; od czasu do czasu przecinamy sztuczne kanały zapewniające minimum wilgoci polom ryżowym. Inaczej tu jest niż w swojskiej Goa - co parę kilometrów przejeżdżamy obok zaniedbanych świątyń hinduistycznych, jakieś umorusane smarkacze kucają na poboczu, faceci okryci są długimi, białymi prześcieradłami jadą przeładowanymi ponad wszelkie wyobrażenie motorowerami, wszędzie śmieci - znowu jesteśmy w Indiach, tych prawdziwych. Na horyzoncie pojawiają się wzgórza, ale jakieś takie nietypowe. Zamiast delikatnych krzywizn, może jakichś drzew, czy chociaż krzewów, widzimy wyłącznie hałdy gigantycznych głazów. Z któregoś z wierzchołków widać całe wzburzone morze skał. Gdyby nie skala można by pokusić się o porównanie do Gór Stołowych. W tych kosmicznych klimatach powstała przed siedmioma wiekami kamienna stolica państwa. Kamienna, bo oczywiście do konstrukcji wszystkiego wykorzystywano okoliczne skały. Metoda była tyleż technologicznie łatwa, co uciążliwa w praktyce: najpierw znajdowano odpowiednią skałę, potem wykonywano w niej szereg kwadratowych otworów, w które ściśle wbijano suche drewniane kołki. Teraz trzeba było je odpowiednio długo polewać wodą, tak aby napęczniały. Skała pękała dokładnie w linii otworów. Przez dziesiątki lat przygotowywano sześcienne bloki skalne, które na koniec trzeba było, zgodnie z pomysłem architekta poustawiać jedne na drugich. W zależności od pomysłu powstawały w ten sposób elementy konstrukcyjne ścian i stropów, okrągłe kolumny, stopnie, płyty chodnikowe i co tam jeszcze trzeba. Potem do pracy przestępowali rzeźbiarze-artyści, którzy dłutem i młotem wykuwali na równych skalnych płaszczyznach płaskorzeźby i rzeźby. Któryś z rozpędu wykuł na placu przy świątyni Vittala skalny wóz z osiami i misternie zdobionymi kołami. Autorzy przewodnika chyba sobie żartowali pisząc o wypożyczeniu roweru. Jeszcze nie minęło południe, a jest tak obłędnie gorąco, że wycieńczeni i przegrzani padamy w cieniu jakiejś budowli. Jazda na rowerze po prostu zabiłaby nas. Jest ponad 40°C w cieniu. "Ty byś tylko chodził i chodził," zrzędzi Bożenka, gdy proponuję kolejny spacer przez nieopisane w przewodniku Centrum Królewskie do intrygującego nazwą Kamalapuram. "To tylko 3 km," mówię.

Powrót do Raju

W największym popołudniowym skwarze (i po spacerze do Kamalapuram i z powrotem) jedziemy do Hospet, skąd tym samym rozklekotanym autobusem firmy Kadamba wrócimy na plaże Benaulim. Będziemy tu mieć parę godzin czasu, ale za nic nie chcielibyśmy się spóźnić na transport do Raju.

Zdumiewająco, mimo tak obłędnie ciężkiego dnia, nie czujemy się ani specjalnie zmęczeni, ani brudni, ani przerażeni trudami podróży powrotnej drogą, jedyną jaka łączny wnętrze kraju z wybrzeżem, a której stan może być tylko porównany ze szwajcarskim serem. Nasze dobre samopoczucie ma bardzo logiczne podstawy. Po prostu znamy swoją przyszłość, a rysuje się ona po prostu świetliście: Od 19.30 do ok. 4.00 nad ranem będziemy pokonywać odległość między Hospet a Margoa. O śnie możemy zapomnieć. Droga jest w tak obłędnie złym stanie, że autobus bezustannie wpadać będzie do głębokich dziur, a my rytmicznie będziemy wybijani w powietrze ponownie lądując na twardych, pokrytych dermą siedzeniach. Na dworcu w Margoa przyjedzie nam czekać ze dwie godziny na pierwszy mikrobus do Maria Hall. Będzie gorąco i duszno, a zainteresowani nami przechodnie będą się bezwstydnie wpatrywać w nas gwałcąc bezlitośnie naszą tzw. personal space. Ale potem mikrobus przyjedzie, dam konduktorowi RS 40 za kurs. Wysiądziemy przy Maria Hall. Na śniadanie zatrzymamy się zaraz za rogiem w restauracji Satkar - daj Boże, że będzie już otwarte.

Sympatyczny gość siedzący przy kasie będzie pochłaniał artykuły z anglojęzycznej prasy. Znowu będzie do nas sympatycznie zagadywał, a my uprzejmie będziemy udawać, że rozumiemy cokolwiek z tego co mówi. Jego angielski akcent jest po prostu całkowicie dla nas niezrozumiały. Potem pójdziemy dalej w kierunku plaż. W połowie drogi skręcimy w prawo i miniemy kilka prawdziwych rezydencji, pomalowanych w żywe kolory i otoczonych betonowym murem zwieńczonym zacementowanymi fragmentami rozbitych butelek. Znowu spojrzę na pusty basen z krystaliczną wodą i powiem: "Tu mógłbym mieszkać do końca życia,", a Bożenka odpowie "A ja nie, a w ogóle, co byś tu robił?" Potem dojdziemy do plaży, tuż obok naszego hoteliku. Zaczekamy chwilę na menadżera, który ma w depozycie nasze plecaki. Potem już tylko gorący piasek i woda. Może ponownie wypożyczymy sobie na pół dnia rowery, żeby popędzić przed siebie po twardawym piasku. O godzinie "p", czyli 12.00 w południe kupimy sobie po "p", czyli po piwie. Prawdopodobnie zrobię nam serię kolejnych zdjęć z butelką hedonistycznie leżących na leżakach pod parasolem. Późnym popołudniem pójdziemy na południe, gdzie po przebyciu jakiegoś kilometra zatrzymamy się przy słodkim domku częściowo przysłoniętym wydmą. Jest on nieduży, w sam raz dla dwojga, kryty fenomenalną brązową dachówką i stoi w palmowym zagajniku. Bożenka znowu będzie zmuszona wysłuchać mojego: "Chciałbym tutaj zamieszkać do końca życia" i mechanicznie odpowie: "A ja nie, a w ogóle, co być tu robił?" Potem wrócimy się, przejdziemy przez Banaulim i dojdziemy do Colvy, większej i dużo bardziej zurbanizowanej miejscowości, która jednak ciągle skutecznie zdołała oprzeć się najazdowi turystów. Z pewnością podejdą do nas chłopcy zachęcający do lotu na spadochronie ciągnionym przez motorówkę. Za 3-4 minuty będą sobie życzyć RS 1000, którą to kwotę szybko przeliczę sobie na butelki piwa, i mimo chęci powiem: "No, thanks, perhaps, next time." Ponieważ będzie to jeden z ostatnich dni na Goa, nie uda mi się wymigać od prośby Bożenki, żeby zjeść kolację w restauracji naszego hoteliku; i na nic zdadzą się moje logiczne wywody, że jest tu trzykrotnie drożej, niż gdzie indziej, a jedzenie na pewno będzie gorsze. Na koniec dnia zadzwonię do domu, żeby mieć pewność, że wszystko jest w porządku, a także aby dowiedzieć się o pogodę. Jeśli mama sobie nie będzie stroić żartów dowiem się, że w Polsce zima jak się patrzy, że temperatury od paru dni nie podnoszą się ponad -15°C i że wszędzie zaspy. Przez ułamek sekundy zapragnę położyć się w samych tylko kąpielówkach na środku mojego ogrodu, między łysymi jabłonkami, aby się ochłodzić i zaraz wrócić tu gdzie jestem teraz. Niestety, pojutrze gdy rozpoczniemy pod koniec dnia odwrót, najpierw do Mumbaju, potem do Berlina i Bielska, powrót nie będzie możliwy i przyjdzie nam czekać parę dobrych miesięcy na skromne ciepło wiosny, a na zapachy lata i wakacje jeszcze dłużej.

Dzień to jest nasz ostatni

Dzisiaj wszystko toczy się zwykłym trybem, tyle że szybciej. Najpóźniej o 14.00 będziemy się zbierać. Chociaż pociąg do Mumbaju mamy dopiero o 18.30 to wcześniej musimy coś zrobić z miejscówkami. Mimo, że już parę dni temu kupiliśmy bilety, nie udało się nam zdobyć sypialnych miejscówek. Jesteśmy na tzw. liście oczekujących na pozycjach 71 i 72. Oznacza to, że aż tyle osób musiałoby zrezygnować z podróży abyśmy mogli liczyć na koje. Z drugiej strony w tym kraju cuda rzeczywiście zdarzają się, szczególnie jeśli chodzi o dobro obcokrajowca. W zeszłym roku interweniowałem u samego kierownika dworca, który kazał mi napisać podanie do samego siebie z moją uprzejmą prośbą o przyznanie miejsc ze specjalnego przydziału. Podziałało. Przy innej okazji pomógł konduktor. Na wszystko jednak potrzeba czasu. Jest oczywiście szansa, że nie będziemy musieli robić niczego, a nasze nazwiska będą wywieszone na liście. Z plecakami ruszamy skąd przywędrowaliśmy tu 9 dni temu, czyli z Maria Hall. Tu po chwili czekania łapiemy mikrobus do Margoa i dalej na sam dworzec docieramy motorikszą. Z niepokojem sprawdzamy listę podróżnych. Wywieszoną na peronie. Nie jest najgorzej obojgu nam przyznano jedno miejsce, no to jakoś przeżyjemy, ale komfortu nie zaznamy. Żeby nie mieć sobie nic do zarzucenia idę do kierownika stacji tłumacząc sytuację - długa podróż, aż do Europy, słaba kobieta, no i niech się zlituje. "Don’t you worry, the conductor will help. Talk to him," otrzymuję w odpowiedzi. No skoro tak, to wszystko załatwione i możemy iść coś zjeść. Knajpa na dworcu może z wyglądu nie jest najefektowniejsza, ale oznacza to tylko tyle, że pracujący tu ludzie koncentrują się raczej na jedzeniu niż na stylizacji wnętrz. I rzeczywiście tak jak poprzednim razem, gdy kupowaliśmy bilety, tak i teraz jedzenie jest po prostu pyszne - najlepsze cokolwiek jedliśmy podczas tej wyprawy.

Na peron wtacza się brudnoniebieska lokomotywa ciągnąc za sobą sznur wagonów. Jest taka dostojna. Podróże pociągiem, które we wszystkich innych krajach są po prostu przejazdem z jednego punktu do drugiego, tutaj w Indiach ciągle pachną romantyczną przygodą. Od środka wagony zawsze są mroczne. Niewiele światła jest w stanie wedrzeć się do środka przez małe, niskie okienka. Są tu jakby sześcioosobowe przedziały, ale bez drzwi; jest korytarzyk i jeszcze dwa miejsca od drugiej strony. Od razu widać, że pociągi tutaj są o dobre pół metra szersze od Europejskich. U góry, na suficie wiszą olbrzymie wentylatory, jeden na dwa miejsca siedzące. Jest tu czysto i brudno zarazem. Ktoś wszystko przetarł szmatą, ale pozostał na stałe przyklejony do wszystkich załomów i zaułków brud stały. Konduktor ze zrozumieniem kiwa głową. Będzie szukał miejsca dla mnie, ale dopiero po odjeździe ze stacji Old Goa. Wtedy ostatecznie będzie wiadomo, którzy podróżni nie pojawili się na pokładzie. Zachodzi słońce; dzisiaj nie oglądamy go już beztrosko siedząc na piasku i jednocześnie wsłuchując się w szum morza. Dzisiaj tłem jest krata okna wagonu i przesuwające się przed oczami mijane drzewa, a jedyny dźwięk, który dochodzi do uszu to rytmiczny stukot żelaznych kół. Wszystko ma swój koniec, ale tak bardzo żal końca wakacji...

Oblicza Mumbaju

Jest 4 rano gdy pociąg wtacza się na dworzec Chhatrapati Shivaji, przez turystów znany pod dawną nazwą Victoria Terminal. Do początku dnia zostało jeszcze sporo czasu; do hotelu też nie ma co iść o takiej porze. Bagaże wędrują do przechowalni. Na ścianie informacja, aby nie przechowywać w nich produktów spożywczych po szczury mogą zniszczyć torby próbując dotrzeć do pożywienia. Jak na metropolię dwukrotnie większą od Londynu (jakieś 17 mln luda) na razie jest dość spokojnie. Gdyby nam przyszło do głowy moglibyśmy przespacerować się środkiem ulicy, tej samej, której za dnia nie sposób przekroczyć z powodu potopu mieszanki samochodów, ciężarówek i wysokich na niemal trzy metry wózków napędzanych siłą ludzkich mięśni. Chcielibyśmy dotrzeć do dzielnicy Kalbadevi, w której mieszczą się trzy ciekawe bazary. Zgubić się nie sposób, ponieważ aby dotrzeć na miejsce wystarczy przejść wzdłuż zachodniej ściany ogromnego dworca i potem kontynuować marsz jeszcze do następnej przecznicy. Potem, czy się pójdzie dalej prosto, czy skręci w dowolną stronę trafi się na market. W drugą stronę, szybkim krokiem, a właściwie truchtem przemieszczają się mężczyźni obciążeni dużymi koszami wypełnionymi po brzegi rybami kupionymi na jednym z targowisk. Aby produkt zachował względną świeżość między ryby powtykano kawałki lodu, który teraz topniejąc spływa po twarzy i ramionach kupców. Na ich twarzach widać straszny wysiłek, a to dopiero początek dnia. Przyśpieszam, bo doszliśmy do placu gdzie handluje się wszelakimi owocami morza. Wstrzymuję oddech wydłużając krok. Jakaś rodzina najwyraźniej należąca do odtrąconej przez resztę społeczeństwa kasty Niedotykalnych, budzi się. Ich domem jest kawałek chodnika przy krawężniku i obok czegoś, co wygląda na jakiś rozdzielnik prądu. Całkiem małe dzieci spały pod kloszem, takim w jakich przewozi się drób, tyle że odpowiednio większym. W celach poznawczych skręcamy w którąś z przecznic. Zaczyna świtać, więc coraz wyraźniej widać zarysy kamienic. Wszystkie łączą dwie cechy: po pierwsze zbudowali je Brytyjczycy, po drugie wszystkie są całkowicie zaniedbane i tak już pozostanie aż do chwili gdy same z siebie zawalą się. Wielka szkoda, tym bardziej, że ciągle widać ich kunszt: misternie zdobione mury i zardzewiałe kute balustrady. A wszystko pokryte jest prochem i kurzem zbierającym się od siedemdziesięciu lat. Na parterze i w suterynie najczęściej mieszczą się jakieś magazyny, a niektóre zaadoptowano na kafejki z jednym lub dwoma plastikowymi stolikami, warsztat ślusarski, tak mały, że przycinane pręty i rury przegradzają chodnik i wystają na metr na samą jezdnię. W którejś niszy ktoś zorganizował sobie salon fryzjerski, tj. wstawił krzesło, a na ścianie zawiesił prostokątny kawałek lustra. Już nie możemy się ukryć w ciemności. Teraz wszyscy przerywają swoje czynności i patrzą na nas. Rzeczywiście spacerująca parka z zagranicy w takim miejscu musi budzić sensację. Robi się jakoś tak niesympatycznie. "Robimy zwrot w tył," mówię do Bożenki. Brudni, odrażający ludzie w brudnym odrażającym środowisku. Czyja to wina?

Przy bardziej głównej ulicy oddycha się lżej. Stąpając ostrożnie między wystawionymi na sprzedaż ziemniakami i tekstylnym badziewiem wchodzimy do małej restauracyjki bardziej aby ochłonąć niż z powodu głodu. Jesteśmy całkowicie zniechęceni okolicą. Nie będziemy już wstępować na inne bazary - i tak jest dzisiaj niedziela, więc większa część biznesów będzie zamknięta. Decydujemy się natychmiast wrócić na dworzec, odebrać bagaże i taksówką dotrzeć do hotelu. Jeśli nasz pokój nie będzie gotowy, to może pozwolą nam skorzystać z prysznica. Oboje mamy histeryczną chęć natychmiastowego wykąpania się i spłukania z siebie przykrych wrażeń jakie zostawiło miasto, gdy tylko wytknęliśmy nos poza obszary uczęszczane przez przyjezdnych. Na wycieczkę (ze względów również bezpieczeństwa) po największych na świecie slamsach zaczynających się jeszcze bardziej na północ i ciągnących się dalej w nieskończoność nie mamy najmniejszej ochoty. Z resztą jest w takiej wyprawie coś nie stosownego, my tu w tym klimatyzowanym, lub nie klimatyzowanym (w zależności od agencji turystycznej i ceny) wygodnym autokarze i z aparatami fotograficznymi w ręce. Tam na zewnątrz setki tysięcy zdesperowanych ludzi, nawet jeśli nie cierpiących głodu no bez jakiejkolwiek szansy na lepszy los. Bohater Slamdoga jest tylko fikcyjnym urzeczywistnieniem skrywanych aspiracji wszystkich, którzy się tu urodzili. Całkowita beznadzieja: urodzić się tylko po to żeby umrzeć wypełniając swój czas znojem i beznadzieją - ja chcę na Goa!

W świeżych T-shirtach, pachnący zaparzamy sobie w holu hotelu mocną kawę. Ponieważ pokój nie jest jeszcze gotowy idziemy na miasto, ale to drugie znajdujące się w dzielnicy Colaba, a także wzdłuż nadmorskiego deptaka zakończonego całkiem sympatyczną plażą miejską Chowpatty. Szybko zrzucamy z siebie resztki przygnębienia sprzed paru godzin. Teraz znowu największym problemem staje się pytanie: A gdzie na piwo? Najpierw będziemy kontemplować Bramę Indii i hotel Taj Mahal. Znowu to samo co poprzednio: Nie dziękujemy za propozycję rejsu na wyspę Elephanta. Nie nie jesteśmy z Niemiec, tylko z Polski, nie, nie z Holandii tylko z Polski. Serdecznie dziękuję za ten kolorowy balon. Jest bardzo ładny i bardzo kolorowy ale my go nie potrzebujemy. Gdyby przynajmniej nie był elastyczny mógłby posłużyć jako duży worek na śmieci. Aby dojść do marketu Colaba trzeba przejść przez te parę ulic, które jak byliśmy tu po raz pierwszy wzięliśmy za slumsy. Teraz, a już szczególnie po dzisiejszym poranku, to nic innego jak tylko biedniejsza część miasta. Oczywiście jest powód aby zrobić parę zdjęć, najlepiej z ukrycia, bo ludzie tutaj nie mają się specjalnie czym pochwalić, ale żyć się da.

To już ostatni spacer. Bierzemy autobus wzdłuż zachodniego nabrzeżnego deptaka i wysiadamy przy plaży Chowpatty. Uparłem się aby dotrzeć na sam koniec lądu otaczającego zatokę Back. Jestem zaintrygowany nazwą Marabar Point. Kiedyś czytałem powieść E.M Fostera, Droga do Indii i jako jedna z nielicznych książek, które obowiązkowo przeczytałem (lub miałem przeczytać) podobała mi się. Akcja toczyła się w na wzgórzach Marabar, ale nie tych w Mumbaju, tylko innych w stanie Bihar. Mimo to sentyment do nazwy pozostał. Gdyby nie był to nasz ostatni dzień moglibyśmy zacząć strasznie narzekać na skwar. Na dodatek, przed Marabar Point stoi płot z bramą, a przy bramie stoi uzbrojony żołnierz - teren wojskowy, wstęp wzbroniony. Pierwsze (i zasłużone) piwo spożywamy przy wodnym zbiorniku Banganga. Popijamy sobie bardzo dyskretnie, bowiem jesteśmy na terenie hinduistycznej świątyni, a wokół nas w kręgach siedzą ludzie w pozycji lotosu i modlą się paląc kadzidełka. Tuż obok grupka nagich chłopców radośnie krzycząc skacze niknąc w odmętach brudnej cieczy wypełniającej cały zbiornik. Lepiej prezentował się opis miejsca w przewodniku niż jego konfrontacja z rzeczywistością. Ani nie udało się zobaczyć pielgrzymów dokonujących w wodzie rytualnych ablucji, ani natknąć się na organizowany cyklicznie festiwal muzyki sakralnej. Chyba darujemy sobie kluczenie labiryntem wąskich alejek licząc na znalezienie parku o intrygującej nazwie Wiszące Ogrody. Wracamy na plażę, tam dzieje się o wiele więcej. Im bliżej zachodu słońca, tym więcej pojawia się ludzi. Przychodzą całymi rodzinami, aby pospacerować na bosaka po piasku, może zjeść prażoną kukurydzę. Co odważniejsi moczą się w wodzie, chociaż nie ma ona szansy aby spełniać podstawowe wymagania higieniczne. Zapełnił się też siedmiokilometrowy deptak, którym suną w obie strony tabuny odświętnie ubranych ludzi. Część hołdując indyjskiej tradycji założyła zwiewne i kolorowe sari (oczywiście myślę o kobietach, faceci pod każdą szerokością geograficzną ubierają się identycznie - T-shirt i dżinsy), inni, szczególnie młodzi wyglądają zupełnie jak ci z Europy czy Ameryki.

Nasza zima zła

Źle spałem. Wszystko przez irracjonalne obawy, że moglibyśmy zaspać. Zupełnie ciemną klatką schodzimy na ulicę. Taksówka na Churchgate, potem pociąg do Andheri, stacji kolejowej najbliżej lotniska. Tam jemy śniadanie. Potem wynajmujemy rikszę, która w obłędnym tempie (tak tam się jeździ) lawirując między potężnymi ciężarówkami i ścigając się z innymi motorikszami docieramy przed hol lotniska.

W oczach czuję z niedospania nieprzyjemny piasek. Właśnie dotknęliśmy płyty lotniska w Helsinkach. Wszystko wokół szczelnie otulone jest delikatnym płaszczykiem śniegu. "Raj dla dzieciaków," przebiega mi przez gorzka myśl . "Kurwa jego mać, jak ja nienawidzę zimy". Teraz ponad trzy godziny beznadziejnego czekania na lot do Berlina. Na chwilę zasypiam na kolanach Bożenki, ale to za mało, a za parę godzin czeka mnie jazda z Berlina do Bielska - jedyne 600 km. A jeśli mama sobie nie żartowała z tymi zaspami, to będą jaja.

Po szybach samolotu zlewają się stróżki deszczu. Śniegu prawie nie ma. Pół godziny zajmuje mi znalezienie gościa, który zawiezie nas na parking, pod nasz samochód. Jego wina - mógł się nauczyć choćby paru słów po angielsku, wówczas być może łatwiej wytłumaczyłby mi gdzie będzie czekać, a tak muszę do niego dzwonić i za pośrednictwem kogoś z informacji turystycznej ustalać, gdzie jest.

Jeśli miałem obawy czy po trzech tygodniach na mrozie nasz samochodzik odpali to teraz już nie mam. Silnik równo mruczy. Musimy trochę nagrzać w środku, łyk zmrożonej kawy, która nam pozostała w termosie i bierzemy się do jazdy. Oj, nie będzie to przyjemne - jest zupełnie ciemno, leje tak, że wycieraczki nie nadążają, a ja już teraz walczę z sennością. Jest godzina 20.00, czyli dla nas będących na czasie indyjskim właśnie minęła północ. Do tego ledwo przespane trzy ostatnie noce: pierwsza w pociągu do Bombaju, druga niespokojna i niepełna w hotelu i ta ostatnia, w powietrzu.

Niby wzorcowe niemieckie autostrady, ale prawie ich nie widać pod zwałami śniegu. Nie ma pasów, nie widać pobocza. Jedynym wiarygodnym oznaczeniem są pale wbite na środku, między pasami ruchu. Jeżeli już jedzie jakiś pług śnieżny, to jednie on w przeciwną stronę. Najwidoczniej najpierw odśnieża się pasy w kierunku Berlina, ja jadę w stronę przeciwną przecierając szlak. Na moje szczęście ruch jest praktycznie zerowy. W tempie 50 km na godzinę do domu będziemy jechać z 11 godzin. Jak to przetrzymać? Sypie intensywnie, a co gorsza śnieg przykleja się do wycieraczek tworząc grubą warstwę lodu. Muszę się zatrzymać, bo porysuję szybę, poza tym niewiele widzę. Wbrew popularnej opinii o polskich drogach, po przekroczeniu granicy warunki do jazdy są lepsze. Mogę nieco przyśpieszyć, problem jednak w tym, że pojawiło się już sporo TIR-ów, które odważam się wyprzedzać wyłącznie w okolicy skrzyżowań, bo są one oświetlone lampami. Pod Katowicami jest już bardzo dobrze - szeroka czteropasmówka jest czarna, chociaż przypuszczam że może być ślisko. W radiu nadają audycję Bogusława Wołoszańskiego, który mówi o zdobywaniu przy pomocy desantu szybowcami jakiejś twierdzy położonej na zboczu góry. Ale już kto i co, tego nie jestem ogarnąć. Z powodu paraliżującego zmęczenia nie jestem w stanie skupić się na treści. Bielsko wita nas śniegiem i półtorametrowymi zaspami około 4.00 rano. Przed garażem hałdy śniegu są jeszcze o metr wyższe, a dach niemal ugina się pod ciężarem tego białego gówna. Coś mi się wydaje, że konieczność ich usunięcia zaraz rano, po paru godzinach snu będzie idealnym powodem dla odwołania wszystkich zajęć, które mam na dzisiaj planowane.

Kopiowanie i używanie elementów użytych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.