meksyk 2020 relacja

Opis podróży po Meksyku w 2002 roku

DELHI 01.10.01

Kiedy pod soba zobaczylem morze swiatel ciagnace sie az po horyzont, wiedzialem, ze to Delhi. Na tym pustkowiu nie moglo byc nic innego tak rozleglego. Powoli schodzilismy do ladowania. Temparatura na zewnatrz 27 stopni, godzina 3 w nocy :-).

Pierwsze co poczulem po wyjsciu z samolotu, to uderzajacy w nos smrod, ale to podobno normalka tutaj, taki jest zapach indyjskiego powietrza, po szybkiej i sprawnej odprawie paszportowej, znalazlem sie przy wyjsciu z lotniska. Moim oczom ukazal sie tlum naganiaczy, machajacych w moim kierunku rekoma. Moze wezme Pre-Paid taxi pomyslalem, ale z okienek Pre-Paidowych, takze do mnie machano z usmiechem. Trudno, nadszedl pierwszy sprawdzian mojej zaradnosci. Wraz z poznana przed chwila na lotnisku trojka polakow, wzielismy taxi za 200 rupii i uderzylismy na Pahargandz.

Pahargandz to dzielnica tanich hoteli, a zarazem jeden wielki bazar, zreszta glowna ulica nazywa sie "Main Bazar". Po dojechaniu na miejsce, miny mielismy nie tegie :-), ciemno, brudno, smierdzaco, pelno krow na ulicach i bezpanskich psow. Po wyjsciu z taksowki od razu dopadlo nas pelno naganiaczy i zaczeli oprowadzac po hotelikach, poniewaz byla juz 5 nad ranem i mielismy serdecznie dosyc wszystkiego, zdecydowalismy sie zostac w New Ringo Guest House i jak sie okazalo byl to bardzo dobry wybor. Za 200 Rupi dostaje sie dwojke z lazienka, klima i TV, pozatym czysto i bezpiecznie. Z reka na sercu moge polecic kazdemu ten hotelik. Wstalismy pozno, grubo po 13.00 i od razu uderzylismy na Main Bazar, zeby cos przekasic. Ta az nadto tetniaca w dzien zyciem ulica, niczym nie przypominala tego co ujrzelismy poprzedniej nocy. Potem wzielismy riksze i za 20 rupi dojechalismy do Czerwonego fortu, niestety nie zorientowalismy sie, ze byl poniedzialek i wszystkie zabytki sa zamkniete. Pokrecilismy sie zatem po okolicy, odwiedzajac swiatynie Sikhow, gdzie zostalismy oprowadzeni po swiatyni, zapoznani z religia sikhow i nakarmieni jakims posilkiem. Pod wieczor spadl deszcz, ulice zamienily sie w bloto, kupilismy troche towaru :-) i udalismy sie do hotelu.

DELHI 02.10.01

Przechadzajac sie na Main Bazar, zauwazylem sklep o swojskiej nazwie "Sklep u Miska", zaciekawiony wszedlem zapytac sie o szczegoly, ale zostalem skierowany na zaplecze do szefa tego interesu. Tam przywital mnie bardzo mily hindus, ktory lamana polszczyzna wyznal, ze to przez to, ze robi duzo interesow z polakami i oni nazywaja go Misiek. Na sniadanie zawitalismy do Golden Cafe, wedlug mnie jedna z sympatyczniejszych jadlodajni na Pahargandzu.

Potem nadszedl czas na kolejny sprawdzian, czyli zglebienie tajnikow indyjskiej biurokracji, a mianowicie zakup biletow kolejowych do Agry, po wypelnieniu kilku blankietow i odwiedzeniu kilka razy informacji, udalo nam sie w koncu zakupic wspomniane bilety i zajelo nam ty tylko 1,5 godziny :-). Za 30 rupi dorwalismy ryksze do Czerownego fortu, akurat wypadala rocznica urodzin Gandiego i cale Delhi swietowalo, takze tutaj przed Fortem naszym oczom ukazala sie kilkuset metrowa kolejka do kasy. Na szczescie wypatrzylismy gdzies okienko dla obcokrajowcow i w miare szybko dostalismy sie do srodka (bilet 100 rupi).

Nastepnym przystankiem byl Wielki Meczet, tutaj na samym poczatku przyczepil sie do nas jakis samozwanczy przewodnik i nie dosc ze dosc skutecznie popsul nam przyjemnosc zwiedzania Meczetu, traktujac nas jak japonska wycieczke, czyli wskazujac miejsca z ktorych wychodza najtandetniejsze zdjecia, to ciagle nas poganial. Na koniec udawal bardzo oburzonego i zdziwionego ze nie chcemy mu zaplacic. Kolejna lekcja: odrzucaj wszelka oferowana ci pomoc, nawet jak mowia ze nie chca ani grosza, bo to nie prawda. Nikt bezinteresownie cie nie zaczepi :-)

O 20:50 wieczornym pociagiem pojechalismy do Agry. Indyjskie wagony "sleeper" to taka modyfikacja rosyjskiej plackarty (jak ktos podrozowal rosyjska koleja, to wie o czym mowie), z tym, ze po obu stronach sa po 3 miejsca lezace, a nie 2 jak w plackarcie. Srodkowe miejsce, w ciagu dnia jest skladane i sluzy jako oparcie. Przydzial miejsc w tej klasie obowiazuje zreszta i tak w godzinach 22:00 - 6:00 (o ile pamietam), poza tymi godzinami, nie ma co targowac sie o swoje miejsce, bo wagony sa niemilosiernie przeludnione i w boksie, gdzie wg miejsc powinno siedziec 8 osob, nie raz podrozowalo ze mna 20-25 hindusow, siedzacych wrecz sobie na glowie. Dlatego warto trzymac bagaz pod nogami lub na widoku, bo w takich warunkach latwo zostac okradzionym. Przy kazdym miejscu znajduja sie uchwyty do przypiecia bagazu, a lancuch i klodka naleza do obowiazkowego wyposazenia kazdego pasazera :-)

Do Agry dojechalismy o 1:00 w nocy i znowu bylismy skazani na rikszarzy. Wzielismy dwie autoryksze, z czego jedna zepsula sie juz po okolo 500 metrach i dalsza podroz wygladala w ten sposob, ze rykszarz, ktory jechal z tylu, noga popychal ryksze jadaca z przodu. Wszystkie hotele do ktorych chcielismy sie dostac, okazaly sie pozamykane lub nie bylo miejsc, spisek jakis czy co ? I w koncu wyladowalismy w hotelu polecanych przez rikszarzy, mieli nadzieje na niezla prowizje, ale za ich plecami dogadalismy sie z wlascicielem i jeszcze zbilismy niezle z ceny :-). No coz nie bylo tanio, bo za dwojke z TV i AC i ciepla woda placilismy 250 rupi.

FATEHPUR SIKRI 03.10.01

Do Fatehpur wybralismy sie na jednodniowa wycieczke z polozonej 40 km na wschod Agry. Jest to wspaniale ufortyfikowane miasto-widmo. W latach 1570-1585 za panowania Akbara znajdowala sie tutaj stolica imperium mogolskiego. Miasto zbudowane z czerwonego piaskowca, nagle opustoszalo i dzis stanowi juz tylko atrakcje turystyczna. Poza murami miasta stoi Wielki Meczet, pomyslany jako replika meczetu w Mekce. Wstep do meczetu bezplatny, do miasta 250 rupi.

AGRA 03.10.01

Tego dnia wybralismy sie do Fortu Agra (wjazd 300 rupi + 5$ TAX), a w srodku: malpy, biale marmury i super ulewa, ktora prawie pokrzyzowala nam plany, tak czy inaczej przesiedzilismy w forcie kilka ladnych godzin czekajac az przestanie padac, pozujac co chwila do zdjec z ciekawskimi hindusami.

[AGRA FORT - Fort zbudowany jest z czerownego piaskowca, a jego budowe rozpoczal w 1565 roku cesarz Akbar. Fort zbudowany jest na gruzach hinduskiego fortu Badalgarh. Poczatkowo fort sluzyl celom wojskowym, ostatecznie zostal przeksztalcony w palac. Fort otoczony jest masywnymi podwojnymi murami, otoczonymi fosa, ktore ciagna sie na odcinku 2,5 kilometra. ]

Po poludniu za 420 rupi wzielismy taksowke i udalismy sie na reszte dnia do Fatehpur Sikri.

AGRA 04.10.01

Wstalismy o 5:00 rano i wybralismy sie na wschod slonca do Taj Mahal. Wstep od tego roku strasznie podrozal i kosztuje 750 rupi. Taj jest ogromy i robi naprawde ogromne wrazenie, szczegolnie ta bijaca od niego biel i doskonala symetria. Po obu bokach Taju stoja dwa meczety, z czego tylko jeden nadaje sie do modlow (ze wzgledu na kierunek), drugi wybudowany tylko po to aby zachowac symetryczny uklad calosci. Jak pierwszy raz zobaczylem Taj Mahal stal spowity mgla, kiedy na horyzoncie pojawily sie pierwsze promienie slonca, Taj zaczal lsnic, zapierajac zarazem dech w piersiach. Wschod slonca to doskonaly moment, aby dokladnie zwiedzic grobowiec i posiedziec w ciszy, potem zaczyna sie juz naplyw turystow. [ TAJ MAHAL - grobowiec zbudowany przez Szach Dzahana dla jego zony Mumtaz Mahal, ktora zmarla przy porodzie, zostawiajac cesarza pograzonego w rozpaczy. Tadz zbudowano w latach 1631-1653. Tadz Mahal stoi na wysokiej marmurowej platformie, wysokie, biale minarety ozdabiaja 4 rogi platformy. Centralna czesc Tadzu tworza cztery male kopuly, otaczajace jedna wielka kopule. Grob Mumtaz Mahal i Szach Dzachana znajduja sie w dolnej krypcie. Jak na ironie doskonala symetria Tadzu zostala zaklocona przez grob jej budowniczego. Po smierci Szach Dzahana w 1666r. jego trumna zostala umieszczona obok trumny zony. Plany nie zakladaly takiego rozwiazania i wnetrze mauzoleum, zostalo w ten sposob pozbawione symetrii.

Nastepnie udalismy sie do "Baby Taj Mahal", ktory nie imponuje moze swoja wielkoscia, ale jezeli chodzi i misternosc wykonania, to wg mnie bije Taj Mahal na glowe.

[ BABY TAJ - Mauzoleum Itimadud-dauli, wybudowane w latach 1622-1628. Wiele elementow architektonicznych wykorzystanych tutaj przejal pozniej Taj Mahal. Mauzoleum zbudowane jast w calosci z marmuru z florencka mozaika, co bylo ewenementem w sztuce mogolskiej. ] Po poludniu lapiemy pociag do Allahabadu.

ALLAHABAD 05.10.01

Do Allahabadu dojechalismy o 24:00. Podroz nie minela nam milo i spokojnie, bo stanowilismy niemala atrakcje turystyczna dla namolnych hinduzow, ktorzy przeec cala droge probowali nam cos zwedzic, dotknac, zaczepic itd. W naszym boksie podrozowalo z nami w szczytowym momencie 27 osob ( powinno 8 :-) ). W Allahabadzie kupilismy bilety na pociag do Satny, skad mielismu udac sie do Khajuraho. Pociag mial przyjechac o 3:50, wiec postanowilismy poki co nie klasc sie spac tylko pojsc na wieczorne zwiedzanie Allahabadu i przy okazji cos przekasic. Poniewaz sie rozpadalo, upatrzylismy sobie pijalnie kawy (jak to dumnie brzmi), bo w rzeczywisci to zwykla buda, gdzie parzyli kawe i rozlewali w niemyte szklaneczki wielorazowego uzytku. Pijac kawe za kawa, czekalismy na pociag. W miedzyczasie okazalo sie ze nastapilo opoznienie i po spedzonej nocy na dworcu, spiac na peronie przytulonym do plecaka, udalo mi sie wsiasc do pociagu dopiero o 6:30 rano.

W drodze do Satny, mial miejsce smieszny incydent. Uslyszalem nagle dzwieki fujarki i pod nogami pasazerow wyladowal worek z kobra, gdy ta tylko wychylila glowe, w pociagu podniosl sie raban ( widac hindusi tez sie boja wezy ) i koles z fujarka zostal wyeksmitowany do innego wagonu :-) Z Satny do Khajuraho wzielismy Jeepa i po 3 godzinach drogi znalezlismy sie w koncu na miejscu.

KHAJURAHO 05.10.01

Nasz wybor padl na hotel Surya z pieknym ogrodem (dwojka 200 rupi). Wieczorem odbylismy spacer po tej niewielkiej miescinie, stwierdzajac, ze to najspokojniejsze i najsympatycznijesze do tej pory miejsce w Indiach. Postanowilismy zostac tu na dluzej.

Umowilismy sie z gosciem, ktory przywiozl nas tu jeepem, ze zostanie na noc i na drugi dzien obwiezie nas po calej okolicy. Nas taniej to wyniesie i bedziemy mieli z glowy naganiaczy, a on jeszcze dodatkowo zlapie niezla fuche. Tak wiec z samego rana wybralismy sie do pobliskiego parku narodowego, gdzie w zasadzie poza kilkunastoma malpami i blizej niezidentyfikowanymi zwierzetami kopytnymi, wiele nie zauwazylismy. Ale i tak wyjazd nalezy uznac do udanych, przynajmniej ucieklismy od tego zgielku. Po poludniu zwiedzilismy wschodnia grupe swiatyn. Swiatynie Parsvanath i Adinath, Santi Nath i Vamana.

Wieczorem wybralismy sie na spektakl "Light and Sound", gdzie z uzyciem efektow swietlnych i dzwiekowych (muzyka i narracja), zostaje opowiedziana historia powstania i odkrycia swiatyn. (wstep 200 Rupi)

KHAJURAHO 07.10.01

Z samego rana wybralismy sie do glownej grupy swiatyn (zachodniej), polozonej na ogrodzym terenie, bedacym jednoczesnie pieknie utrzymanym parkiem.

[ Swiatynie zostaly wzniesione w okresie 950 - 1050 r. Polozenie Khajuraho na uboczu glownych szlakow, a przez to odizolowanie od reszty regionu uchronilo swiatynie przed najazdem wojsk mogolskich. Najwieksza slawe przyniosly swiatyniom bogate dekoracje i rzezbienia o motywach erotycznych. ]

Po poludniu lapiemy autobus powrotny do Satny. Podroz to w zasadzie tumany kuszu i straszne wyboje. Wieczorem wsiadamy w pociag do Varanasi. Aha nie wiem czy zdajecie sobie sparwe jak hindusi kosza trawe? Kosiarka ? Kosa ? skadze znowu, siedzie sobie grupa hindusow w kucki i wyrywaja trawe rekoma, jak ktos ma szczescie to dostanie sierp :-) Raz jeden jedyny widzialem kosiarke i to w Delhi.

VARANASI 08.10.01

Do Varanasi dotarlismy znowu nad ranem, po dlugich poszukiwaniach zdecydowalismy sie w koncu na Shanti Gust House, jednak musielismy poczekac na zwolnienie sie pokoi. Ten bardzo przyjemny 4 pietrowy hotelik, z restauracja na dachu, znajduje sie niecale 3 minuty drogi od gangesu i glownego ghatu, gdzie dokonuje sie kremacji zwlok. Tak wiec wrecz idealne miejsce, na wszelkie eskapady. :-) Dwojka z klima i lazienka kosztuje 200 rupi.

Rano poszlismy na spacer po Varanasi, zachodzac na Targ owocowy, warzywny i Jedwabiu. Jest to zaglebie jedwabiu, wlasciwie w prawie kazdym domu znajduje sie fabryka jedwabiu, od starych recznych maszyn, po automatyczne strowane kartami dziurkowanymi, dlatego nie nalezy sie dziwic na widok hindusow przewozacych po ulicach stosy kart perforowanych. Jedwab jest tutaj bardzo tani, za duzy szal 0,5 x 2 metry nalezy zaplacic okolo 300 rupi.

Po poludniu pojechalismy do Sarnath (riksza 150 rupi), swiete miejsce buddyzmu, tutaj Budda wyglosil swoje pierwsze nauki, znajduje sie tutaj takze swiete drzewo buddyzmu, pod ktorym Budda dostapil oswiecenia. W miejscu gdzie Budda wyglosil swoje pierwsze kazanie stoi wysoka stupa. Znajduje sie tutaj swiatynia dzinicka, nepalska, birmanska, japonska i chinska. Rikszarz byl tak mily ze dal mi poprwadzic autoriksze, ale jak dojechalem do skrzyzowania to zwatpilem i oddalem mu kierownice :-) Wieczorem wybralem sie obejrzec ceremonie pochowku, czy tam kremacji, jak to zwal tak to zwal, na pewno jest to niecodziene przezycie dla europejczyka. Zwloki zawiniete sa w kolorowe plotno, ktorego kolor ma szczegolne znaczenie. Jezeli zmarla stara osoba - przybiera sie ja na kolor zloty, mloda lub mezatka na bialo.

Zwloki niesione sa z domu nad Ganges na drewnianych noszach przez orszak zalobny, skladajacy sie z rodziny zmarlego (tylko mezczyzni). Nastepnie zwloki uklada sie na przygotowany dotego celu stos i podpala, w tym czasie trwaja rozne obrzadki, np okrazanie stosu dookola, przez czlonkow najblizszej rodziny. Czas palenia zwlok to okolo 3 godzin, po czym resztki wrzuca sie do swietej rzeki Gangesu. Po kremacji, syn zmarlej osoby, zamyka sie w odmu i przez 30 dni poddaje si emedytacji, ponadto goli glowe. Ludzie przyjezdzaja tu czasami z odleglych stron aby czekac na smierc. Kremacji nie podlegaja swieci, kobiety w ciazy i male dzieci, te wrzucane sa bezposrednio do gangesu. Kremacja jest dosc droga (drogie drewno), dlatego wladze miasta wybudowaly normalne krematorium, dla najbiedniejszych mieszkancow miasta, ale nie cieszy sie ono zbyt duza populanoscia.

Ganges to takze miesce, rytualnych kapieli i medytacji, szczegolnie rano mozna tu spotkac pelno medytujacych joginow i tlumy hindusow zazywajacych kapieli.

VARANASI 09.10.01

Rano wybralismy sie nad ghaty, dopalajace sie ludzkie resztki, wystajace z ogniska rece i nogi, plywajace resztki stosow kramacyjnych, a miedzy tym wszystkim, kapiacy sie hindusi, moczace sie w rzece krowy ... Rejs lodzia wzdluz brzegu Gangesu, pozwala dokladnie przyjzec sie wszystkim ghatom, stad tez mozna sprobowac zrobic zdjecia stosow, bo normalnie jest to surowo zakazane i kazdy tutysta z aparatem podlega od razu bacznej i obserwacji przez tlumy hindusow. Plynac lodzia mijamy kilkanascie splywajacych nurtem rzeki swieczek, wspomnienie tych ktorzy odeszli ostatniej nocy...

Czerwony pasek na zaczynajacy sie od czola hinduski i idacy wzdluz glowy oznacza mezatke, kolor kropki na czole podobno nie ma znaczenia. W hotelu Shanti, podaja Banana Special Lassi, jest to zwykle lassi z dodatkiem marihuany, niezle kopie, dlugo trzyma i kosztuje tylko 30 rupi :-) Po poludniu postanowilismy zwiedzic okoliczne swiatynie, jednak okazaly sie one malym niewypalem, poniwaz Zlota Swiatynia jest niedostepna dla osob nie wyznajacych hinduizmu, choz bardzo ladna swoja droga, ale mozna ja obejrzec tylko z tarasu, wstep niestety nie mozliwy, druga swiatynia Durgi takze zamknieta, chos znowu ladna :-), a potem poszlismy do jakiejs swiatyni malp, ale nie bylo tam zadnej malpy !?, skonczylismy w koncu na zakupach masek, figurek, ciuchow i innych suvenirow, ktore tutaj w Varanasi sa bardzo tanie.

Wieczorem zakuilem sobie bilet do Jodhpuru (klasa 3AC - 900 Rupi), postanawiajac jednoczesnie ze rozstaje sie z 3-ka polakow, z ktora podrozowalem do tej pory, Fajnie bylo, ale nasze drogi musza sie rozejsc, ja uderzam do Radzastanu, oni na polnoc na rafting.

VARANASI 10.10.01

Od rana poszwedalem sie znowu po Varanasi, chcac nie chcac znowu robiac pelno zakupow, juz powoli przestaja mi sie miescic w plecaku.

Targowanie jest nieodlacznym elementem wszelkich zakupow. Sprzedawca zawsze wystawia wyzsza cene wywolawcza, aby moc z niej spuscic, zawsze skutkuje wyjsce ze sklepu, wtedy w 80% przypadkow, zdeterminowany sprzedawca gwaltownie spuszacza z cen i w efekcie na ogol daje sie stargowac od 30 do 50 procent ceny wywolawczej. Varanasi jest chyba najtanszym mieastem jesli chodzi o zakupy: Drewniane maski (150-250 rupi), ciuchy bawelniane (80-200), jedwab (300 w gore), wszystkie ubrania na poczekaniu skracaja, badz szyja na zamowienie (czeka sie z reguly 1 dzien)..

W Varanasi czesto zdarzaja sie przerwy w dostawach pradu, wieczorami dobrze jest nosic ze soba latarke. W bardzo waskich uliczkach starego miasta, stoi pelno krow, wiec bardzo latwo w cos wdepnac, sklepiki sa z reguly tandeciarskie i sprawiaja wrazenie ze sa w wiekszosc nastawione na przybywajacych do swietego miasta hindusow, oferujac siwte obrazki z Shiwa, Ganeshia itd.

O 17:25 mam pociag do Jodhpuru, wiec przedemna 28 godzin drogi. Jedzenie podawane w pociagu (tylko w wyzszych klasach, w sleeper nie ma) jest calkiem niezle, w zasdzie jest to Thali (ryz, kilka rodzajow sosow i cebula - 25 rupi), ale trzeba sie upomniec o lyzeczke inaczej trzeba jesc rekoma. Na kazdym dworcu mozna kupic dodatkowo cos do jedzenia picia, sprzedawcy biegaja od okna do okna, oferuja glownie herbate w glinianych miseczkach, nawolujac przy tym "czaiii, czaiii"

JODHPUR 12.10.01

Radzastan przywital mnie burza z piorunami. Krajobraz za oknem pociagu zmienil sie diametralnie, w miejsce palm, papug i innego ptactwa, pojawily sie ni to stepy, pustynie, wielblady, pawie oraz komary... Zamelinowalem sie w jakims hoteliku niedaleko stacji kolejowej, z tego wzgleduze kolejny pociag do Jaislameru mialem pozno w nocy.

JODHPUR 13.10.01

Rano padalo, wiec po sniadaniu posurfowalem troche po sieci, potem uderzylem na miasto. Na pierwszy rzut oka rikszarze sa tutaj mniej namolni i wogole nie zauwazylem rikszy rowerowych, takze ruch zdaje sie byc mniejszy. Wszedlem w waskie uliczki i udalem sie w strone fortu, kierujac sie raczej na oko. Po drodze spotkalem "milego" pana, ktory kolekcjonowal monety (kolekcjonowanie monet to jakies popularne hobby wsrod hindusow, bo to juz chyba z 10 osoba ktora zaczepiala mnie o monety). Nietety nie mialem zadnych monet, ale okazalo sie ze jego zona robie hne, wiec dalem sie namowic (ja glupi). Poczestowali mnie herbatka i pysznym ciapati, tutaj dalem sie naciagnac po raz pierwszy, nie znajac sie na cenach, zplacilem za hne 150 rupi, ale wymienilem sie gosciem na forse i za 50 rupi kupilem od niego 10 PLN !!!, wiec w sumie ta hna wyszla mnie 100 rupi. Podziekowalem za goscine, spedzilem u nich w domu w sumie z godzinke i udalem sie w kierunku fortu. Po drodze zaczeila mnie jakas hinduska i powiedziala ze za taka hne to ona bierze 50 rupi, wiec sie wkuriwlem ,ze dalem sie tak glupio oszukac.

Sam fort jest calkiem niezly i dobrze zachowany. Zyjacy to radzputowie nosza zupelnie inne stroje niz do tej pory widzialem. Nosza dlugie koszule, turbany i zadarte do gory buty (taki Sindbad :-) ). Fort Meherangarh najduje sie na wzgorzu i jest jednym z bardziej imponujacych fortow w Radzastanie, byl to fort krolewski i nalezal do maharadzy Jodhpuru.

Wracajac z fortu, poszedlem n abazar, gdzie zawitalem do sklepu z przyprawami. Tylu przypraw w zyciu sie nie naprobowalem, wlasciciel proponuje wiele gatunkow herbat, niektore naprawde dobre i widac ze z pasja opowiada o przyprawach, pokazujac roznice smakowe coraz to wymysleniejszych specyfikow. "Specjalnoscia zakladu" jest "winter tonic" wzmagajacy podobno potencje seksulana. Jak to mowil wlasciciel "Your lady will never forget nights spent with you". Na odchodne dostalem adres hotelu w Jaisalmerze i list polecajacy, oraz dowiedzialem sie ze taka henne to mozna za 10 rupi zrobic, wiec sie znowu wkurwilem i postanowilem wracac do hotelu.

Po drodze wstapilem jeszcze na poczte coby wyslac kartki pocztowe, ale tam "kolejny mily" pan wyciagnal ode mnie browara, no coz mietki jestem :-), kolejny kilka fajek i na koniec chcieli sie umowic na wieczor i zebym im dal adres zamieszkania to mi list wysla :-)))

W hotelu internet nie dziala, linie przeciazone.. zapalilem zatem jointa i postanowilem sie juz nie ruszac z pokoju, zeby nie dac sie naciagnac na cokolwiek wiecej. Musze sobie w koncu wbic to do glowy, ze tutaj nikt nie robi nic bezinteresownie, nawet jezeli mowia inaczej. Zawsze cos od ciebie chca, nie nalezy nic od nikogo brac i jak chce sie iec swiety spokoj to z nikim nie rozmawiac, ale to przeciez nie mozliwe. Nawet za zwykla rozmowe badz wskazanie jakiegos miejsca, wyciagaja czesto rece po datek. CO najlepsze to oni zaczepiaja ciebie i narzucaja sie na hama se swoja uczynnoscia, a potem chca za to forse, "hello", "which country from" "ooo Poland beautiful country" to w 80% wszystko co potrafia powiedziec, apotem ida za toba na sile, wskazujac ci droge, "right sir", "no no left sir". Mowisz im grzecznie ze dziekujesz za pomoc, ale ida za toba i na koniec jak juz dojdzesz tam gdzie chcesz, to wpdaja do sklepu przed toba, niby ze to oni cie tu przyprowadzili i dostaja od sprzedawcy prowizje.

Wszedzie w Indiach panuje wielka biurokracja, przy zakupie biletu kolejowego, trzeba wypelnic wniosek i wpiac tam: numer pociagu, skad - dokad, dzien, klase, Imie i Nazwisko, Plec, Wiek i numer paszportu :-) W hotelach jest jeszcze lepiej, bo oprocz wieku, plci, imienia nazwiska i nr paszportu, tzreba podac skad sie jedzie, dokad sie jedzie, ile jest sie w indiach, podac nr wizy i miejsce jej wydania, i adres zamieszkania w Polsce !, tak wiec jakakowiek ustawa o ochronie danych osobowych, nie miala by tu racji bytu. Co lepsze po zarobieu rezerwacji kolejowej , w dniu wyjazdu, na peronach i na pociagach wywaiesznae sa imienne listy z wszystkimi dnaymi osobowymi z przydzielonymi miejscami. Pelen absurd.

Pod wieczor znowu nad Jodhpur nadciagnely chmury, bez deszczu sie nie obejdzie, nie jest to miasto goscinne dla mnie, nie dosc ze naciagacze to jeszcze pogoda. Postanowilem juz nie kupowac zadnych pamiatek, mam juz ich tyle, ze w plecaku mi sie ledwo mieszcza, a jak wyjezdzalem, to mialem go zapelnionego w polowie. O 23:00 mam pociag do Jaisalmeru... juz na peronie dopalo mnie pelno naganiaczy z oddalonego i kilkaset kilometrow Jaislameru, wciskajac ulotki hoteli, zaczyna sie niezle pomyslalem.

JAISALMER 14.10.01

Po wyjsciu z dworca zobaczylem niesamowita scene, na grupke okolo 15 turystow, ktorzy przyjechali tym pociagiem, czekala grupa okolo 30-40 osobowa grupa przedstawicieli hoteli z transparentami. No coz to sie nazywa walka o klienta i konkurencja:-) Zdecydowalem sie hotelik polecany przez sprzedawce przypraw, to o moge o nim powiedziec, to naprawde byl b.tani. 50 rupi. Zalatwilem sobie na popoludnie objazd po okolicznych wioskach i swiatyniach i na koniec krotkie 3-4 godzinne safari na wielbladach polaczone z zachodem slonca na pustyni Thar. Rano powloczylem sie po miescie, rzeczywiscie wszystko tutaj jest zbudowane zolto-zlotego piaskowca, a najwieksze wrazenie sprawiaja niewiarygodnie wrecz wykonane haveli. Sa to domy wykonane z piaskowca, zdobione bardzo drobnymi i doskonale wykonanymi zdobieniami. Znajduje sie tu gdzies knajpa "Bhang Shop" ktora posiada rzadowa licencje na sprzedaz napojow wyrobow z marihuana, ale nie moglem jej nigdzie znalezc :-(

Safari zaczeo sie od wyprawy jeepem (tylko ja i kierowca) do opuszczonych grobowcow maharadzy, gdzies na zueplnym odludziu, potem odwiedzilismy jeszcze dwie swietynie dzynickie. Krajobraz zminil sie juz w typowo pustynny, coraz wiecej wielbladow i wydmy wchodzace wrecz na droge., w koncu dojechlaismy na miejsce. Dostalem wielblada Alibaba i wraz z przewodnikiem ruszylem w kierunku wydm.

Na samym wielbladzie spedzilem okolo 2 godzin, ale i tak bylo to wystarczajaco duzo jak dla mnie, tylek mnie bolal przez najblzsze kilka dni. Na wydmacz jednak juz nie bylo tak rozowa jak soie wyobrazalem, wcale nie bylo tam pusto i cihco. Kilkadziesiat turystow, wlaczajac w to hindusow ze sprzetem grajacym i lecaca "la vida loca - rickiego martina" to nie to co spodziewalem sie zobaczyc na pustyni. No coz, odjechalem troche na bok i tem w spokoju czekalem na zachod slonca, co ciekawsze nie chowa sie ono tutaj za horyzontem, bo przestaje byc widoczne jeszcze na sporo przed granica horyzontu. Potem powrota podroz do jeepa i spowrotem do jaisalmeru. Trafil mi sie dobry kierowca, bo chyba wyczul ze boli mnie tylek i zwalnial przed kazdymi wybojami. Na pustyni mialem wrazenie, ze to nie wielblady i wydmy sa tutaj najwieksza atrakcja tylko ja, bo dwie rodzinki robily sobie ze mna pamiatkowe zdjecia. Pozatym widzialem pelno ogromnych zukow, toczacych wielbladzie odchody. Nawet na psutyni jest pelno naciagaczy, sprzedajacych cole po zydowskich stawkach, a jak sie grzecznie dziekuje, to mowia zeby przynajmniej kupic przewodnikowi, bo on na pewno bardzo spragniony. Aha nie zapomiec zeby dac na koniec chociaz symboliczny bakszysz poganiaczowi. Po powrocie do hotelu bardzo milo zaskoczyl mnie kucharz, ktory po prostu byl ! Dzieki temu moglem zjesc kolacje, na ktora prawde mowiac nie liczylem.

Zauwazylem ze od kiedy podrozuje samemu, to moj portfel bardzo szyybko sie kurczy :-(, dzis jeden hindus mnie zaczepil i powiedzial " let's make business, I will help your wallet to be lighter", na co mu odpowiedzialem ze moj portfel i tak juz jest lekki bez jego ciemnych interesow i poszedlem w swoja droge.

JAISALMER 15.10.01

Spacerowalem sobie dzis po miescie, zwiedzilem haveli (Patwon ki Haveli, Salim Singh ki Haveli, Nathmal ki Haveli). Wstep okolo 20 rupi, poszedlem ponownie do fortu, gdzie spotkalem poznanych wczoraj hindusow "hey remember me ?" i zachaczylem tani internet (30 rupi/godzina). Gdybym mial wiecej czasu zostalbym tutaj dluzej, bo takiego spokojnego miasta juz dawno nie widzialem. Zupelnie nie sprawdza sie to co opisywali w przewodniku, zreszta przewodnik Pascala "Indie" to najgorszy zakup jaki mozna dokonac przed przyjazdem tutaj, wiele bledow i nieaktulanych cen, polecam tylko i wylacznie Lonely Planet.

Ludzie z hotelu dokonali mi rezerwacji bieletu autobusowego do Udaipuru, na popoludnie i o 15:00 ruszylem w dalsza droge ... Przy wejsciu do autobusu, bylem roche zdeorientowany, bo okazalo sie ze podrozuja nim oosby jadace da Jodhpuru a nie do Udaipuru, a to w dwie rozne strony. Zostalem zatem poinformowany, ze o kurs do Jodhpuru, a tam bede mial przesiadke do Udaipuru, (to tak jakby jechac z Warszawy do Gdanska przez Poznan :-)). Autobus byl tak zatloczony jak pociag podmiejski w godzinach szczytu i jechal okolo 7 godzin po strasznych wybojach.

Najbardziej sie balem o plecak, ze go wiecej nie zobacze, bo kazali mi go schowac do bagaznika, a na kazdym postoju grzebalo tak kilkudziesieciu hindusow, ale okazalo sie ze moje obawy byly bezpodstawne i plecak sie nie zgubil, byl tylko TROSZKE ubrudzony.

Wysadzili mnie w Jodhpurze i kazali wziasc autoryksze, ktora mial amnie zawiesc do jakiegos biura podrozy, skad bedzie jechal autobus do Udaipuru. Po dojechaniu na miejsce okazalo sie ze cos jest nie tak z moim biletem i musialem wracac do starego autobusu, tam skierowano mnie zatem do innego biura. Tam rzeczywiscie przyjeto mnie z otwartymi ramionami i po raz 4-ty tego dnia wymieniono mi bilet na jakis inny. Zastanawiam sie jak oni sie w tym wszystki lapia, ale juz sie zdazylem przyzwyczaic do tej biurokracji. Potem nie obylo sie bez rozmow na temat Osamy i atakow Amerykanow na Afganistan, ajkie jest moje zdanie itd, musialem z tego jakos dyplomatycznie wybrnac i chyba mi sie udalo.

O 22:00 podjechal oczekiwany autobus, tym razem postanowilem sie nie rozstawac z plecakiem i umiescilem go sobie pod nogami. To na pewno bezpieczniejsze miejsce, choc zdecydowanie mniej wygodne. Podroz to istny horror, tylka nie czuje, nie moge zmienic pozycji, bo cale wolne miesjce zajmuje plecak, jeden hindus sie ciagle na mnie przez sen pokaladal, a drugi kladl nogi na moim oparciu. O zdrzemnieciu nie moglo byc mowy, autobus skakal na koleinach, tak ze nabilem sobie dwa guzy, a kierowca ciagle uzywal klaksonu. O 5 nad ranem dotarlismy do Udaipuru.

UDAIPUR 15.10.01

Wyrzucili mnie gdzies na jakim skrzyzowaniu, zero przystanku, zero ludzi, ciemno, co ja tu k**** robie !? Na szczescie w Indiach nie trzeba dlugo czekac na pomoc, za chwile pojawil sie rykszarz i zawiozl mnie do wskazanego hotelu. Spalem do 11:00

Po poludniu udalem sie do City Palace, najwiekszego kompleksu palacowego w Radzastanie, mijajac po drodze swiatynie Jagdish. Udaipur nazywany jest Wenecja Wschodu, polozony jest nad jeziorem Picola i otoczonym gorami. Warty zobaczenia jest Lake Palace, obecnie jeden z bardziej luksusowych hoteli swiata. W miescie znajduje sie tez wiele haveli. Nastepnie udalem sie na Moti Magri - wzgorze otoczone ogrodami, na ktorym stoi pomnik radzpuckiego bohatera. Z tamtad poplynalem lodzia do parku Nehru na wyspie Fateh Sagar. Bardzo mile i spokojne miejsce na odpoczynek w cieniu palm. Silpgram - wioska artystyczna byla kolejnym celem mojej wizyty. W tym zasadzie skansenie prezentowana jest sztuka ludowa z czterech stanow - Radzastanu, Goa, Gudzaratu i Maharasztry. W drodze powrotnej wstapilem jeszcze do Sahelijon ki Bari, czyli Ogrodu Dam Dworu. Ogolnie Udaipur nie zrobil na mnie duzego wrazenia i chyba najmniej podobal mi sie ze wszystkich widzianych do tej pory miast, a moze juz mam przesyt?

UDAIPUR 16.10.01

Mialem wolny dzien, wiec dalem sie skusic na wycieczke objazdowa dookola Udaipuru. Wyjechalismy o 9 rano (2 niemki, 2 izraelczykow, 3 anglikow, 3 hindusow i ja). Pierwsza swiatynia do ktorej zawitalismy, to swiatynia Ranakpur, jedna z najwiekszych i najpotezniejszych swiatyn dzynijskich w Indiach. Wokol swiatyni ganialo pelno bardzo rozpuszczonych malp, ktore wrecz wyrywaly turystom resztki pozywienia. I w zasadzie na tej swiatyni moglaby sie zakonczyc nasza wyprawa, potem juz bylo tylko gorzej. 2 niemki, ktore sie spoznily prawie 20 minut, zostaly pozostawione bez pardonu do Ranakpur, a kolejne swiatynie nie byly juz tak fascynjace, a trwajaca 8 godzin podroz po bezdrozach Radzastanu dawala sie wszystkim we znaki. Po 3 postoju zrobilismy glosowanie i jednoglosnie stwierdzilismy ze chcemy wracac, ale wtedy i tak juz bylismy w drodze powrotnej. Na kolejnych przystankach juz postanowilem nie opuszczac autobusu, mialem wszystkiego dosyc, dotrzec tylko jak najszybciej spowrotem do Udaipuru, gdzie juz czekal na mnie kolejny autobus do Jaipuru. Modlilem sie zeby nie wystapil tylko jakis nieoczekiwany poslizg w czasie i zeby mi nie uciekl tamten autobus. Na szczescie wrocilismy na czas.

Zrzucilem swoj plecak w biurze podrozy, skad mialem miec nastepny autobus i uderzylem na miasto cos zjesc i posurfowac troche po necie. Autobus ktory podstawili, okazal sie jedynym przyzwoitym jakim udalo mi sie tutaj podrozowac i nawet udalo mi sie zdrzemnac.

Stan techniczny zarowno autobusow jak i wiekszosci pojazdow poruszajacych sie po Indyjskich drogach pozostawia wiele do zyczenia, a najwazniejszym elementem pojazdu zdaje sie byc klaskon. Kierowcy uzywaja go z zamilowaniem, nawet gdy droga jest pusta, co sie akurat zadko zdarza. Drogi sa w tragicznym stanie, same koleiny i wyboje, tumany kurzu, autobusy wloka sie godzinami i jezdza okreznymi trasami, zabierajac po drodze kogo popadnie.

JAIPUR 17.10.01

W Jaipurze wyladowalem znowu w srodku nocy, ale tym razem z rykszarzami zagralem juz po swojemu, powiedzialem maksymalna cene jaka moge zaplacic za nocleg i niech mnie wioza gdzie chca, tylko zeby nie bylo daleko. Spalem do poludnia...

Jaipur zwany powszechnie "rozowym miastem" to stolica Radzastanu, otoczona wysokimi ufortyfikowanymi wzgorzami. Na poczatek przeszedlem sie ulicami starego miasta, stwierdzajac ze nie bede mial tutaj latwego zycia. Naciagacze sa tutaj wyjatkowo natretni, i w zasadzie po przejsciu 2 km zdarzyli mi popsuc dobry humor. Miarka sie przebrala jak jakas rykszarz niemowa, na koniec krzyknal sobie dwa razy wiecej niz sie umawialismy, wiec malo nie doszlo do rekoczynow, splawilem w koncu goscia i udalem sie do Monkey Temple, ale byly tam tylko 4 nieznosne malpy.

Przy swiatyni dopadla mnie grupa mlodych hindusow, ktorzy bardzo chcieli ze mna porozmawiac, zeby im poopowiadac o Polsce itd, a na koniec chcieli sie ze mna bic, ale stwierdzilem ze nie jestem dobrym sparing partnerem :-) Wiec ich ciekawosc przeniosla sie na przechodzacego obok amerykanina i z okrzykami Osama Osama podazyli za nim. Razem z wspomnianym Amerykaninem szwedalismy sie po Jaipurze przez kilka ladnych godzin, wymieniajac doswiadczenia. W koncu wyladowalem na dworcu i zarezerwowalem sobie powrotny bilet do Delhi. Kolejne pol dnia spedzilem na poszukiwaniu siedziby KLM i znowu natkanlem sie na poznnych rano naciagaczy, ktorzy mialem wrazenie ze jezdzili za mna caly dzien na motorze, zaczepiajac mnie naokraglo i zapraszajac do jakiejs knajpy. Naprawde wyjatkowo nieprzyjazne typy, sytuacja zaczela mnie juz denerwowac i robilo sie niemilo, a wrecz nieprzyjmnie, dlatego jak najszybciej oddalilem sie od nich z nadzieja ze juz ich nie spotkam. Chca tu krecic jakis interes z bizuteria, wiec najlepiej sie trzymac od nich z daleka.

JAIPUR 18.10.01

Musialem sie wyniesc z hotelu o 6:00 wiec pojechalem na dworzec, gdzie oddalem bagaz do przechowalni i udalem sie na miasto czekajac do 9:00 az otworza banki, co by wymienic troche waluty. To co wykonalem potem, nie wiem, ale bylo chyba najszczesliwsza rzecza jaka udalo mi sie w Jaipurze zrobic, na chybil trafil wszedlem do jednej rykszy i trafilem na bardzo sympaycznego rykszarza, z ktorym jak sie pozniej okazalo spedzilem caly dzien. Udalem sie z nim do fortu Amber, grobow Maharadzy, Palacu Wiatrow ladujac w koncu w fajnej hinduskiej knajpce, gdzie zostalem poproszony do osobnej sali, bo bylem tam chyba jedynym bialym klientem :-). Dzieki niemu, pojezdzilem sobie na sloniu, widzialem pelno zaklinaczy wezy i ogolnie spedzilem bardzo mily dzien z dala od naciagaczy, ktorych wolalm juz dzisiaj nie spotkac. Pod wieczor wsiadlem do pociagu i udalem sie w ostatnia, powrotna podroz do Delhi...

DELHI 19.10.01

Pociag spoznil sie 2 godziny, w sumie to niewiele jak na indyjskie koleje, ale mialem nadzieje przybycia w koncu do hotelu o przyzwoitej porze, a tak znowu wyladowalem w Delhi o 23:00 i to nie na tej stacji na ktorej mi sie wydawalo ze wyladuje. Tak czy inaczej wysiadlem w Old Delhi i chcialem zlapac ryksze do New Delhi. Mysleli ze zlapia frajera i zaczeli krzyczec od 70 rupi, ale w koncu stargowalem do 30, przy okazji niemal szarpiac sie z rykszarzem. Jakos bardzo bojowo nastawil mnie Jaipur do zycia, juz myslalem ze jestem w stanie zniesc wszystko i zaczalem sie przyzwyczajac do tego ze kaazdy chce mnie wykiwac na kazdym kroku, ale natrectwo jaipurskich naciagaczy przegielo wszelkie granice. Teraz chcialem tylko spokojnie bez problemow dotrzec do hotelu, aten rykszarz nie dosc ze chce ze mnie zedrzec ostatnie pieniadze, to jeszcze sie cala droge wypytuje o nazwe hotelu.

W koncu jednak przed polnoca udalo mi sie dotrzec do New RIngo Guest House, ten sam w ktorym nocowalem pierwszej nocy. Rano w hotelu spotkalem 3 znajomych z Polski i ponownie razem wloczylismy sie po New Delhi, robiac ostatnie zakupy. Oczywiscie India Gate, palac prezydencki, parlament, Connaught Place i kilka mniejszych bazarow np. Tibetan Market. New Delhi bardzo milo mnie zaskoczylo. Szczerze mowiac nie spodziewalem sie zobaczyc w Indiach, takiego miejsca - szerokie ulice, luksusowe rezydencje, brak rykszy rowerowych i swietych krow. Dzielnica ta przypomina nieco zamknieta enklawe dla bogatych hinduzow. Chodza ubrani po europejsku i co najdziwniejsze rozmawiaja miedzy soba po angielsku.

DELHI 20.10.01

Chcialem jeszcze zobaczyc kilka miejsc w Delhi, ale nie mialem juz kompletnie pieniedzy, umowilem sie zatem z jednym hindusem, ze obwiezie mnie po miescie tam, gdzie chce, a za to wstapimy do kilku luksusowych sklepow, gdzie wejde i troche powybrzydzam. Za kazdego takiego klienta, nawet jesli nikt nie kupi, naganiacz dostaje ok 100-150 rupi. Najpierw wyladowalismy w sklepie z bizuteria, gdzie zle trafilem bo bylem pierwszym klientem tego dnia i nie chcieli mnie szybko wypuscic. Oczywiscie zmyslalem rozne brednie, ogladajac coraz to nowsze pierscionki, ale na koniec nachalnosc sprzedawcow siegnela zenitu i ostro sklocony wyszedlem ze sklepu. W kolejny sklepie przez 10 minut ogladalem szaliki, cmokajac, ze ten to za twardy lub szorstki i nie bedzie pasowal mi do garnitutu, ale ile w koncu mozna zmyslac, wiec po 10 minutach znow sie ulotnilem. Najgorzej gdy wysadzili mnie przed sklepem z dywanami kaszmirskimi , gdzie najtanszy dywanik kosztowal 2000$, to tam podziekowalm juz na progu i powiedzialem "no more carpets". Ogolnie rzecz biorac bardzo dobrze sie bawilem, naogladalem sie bizuterii za wszelkie czasy, hindusi w miedzyczasie fundneli mi napoje, zobaczylem kutab minar, swiatynie bahajska, mauzoleum humajuna i jeszcze jakies inne rzeczy. Jak pod wieczor kiedy przyszedlem do nich do knajpy, to zafundowali mi jeszcze kolacje. Teraz z 200 rupiami w kieszeni pozostalo mi tylko brac taksowke na lotnisko i czekac na samolot. W drodze powrotnej do hotelu spotkalem jeszcze polska wycieczke. W hotelu szybki prysznic, odebralem bagaz, zaplacilem za taxi i udalem sie na Main Bazar, upawac sie po raz ostatni widokiem tego szczegolnego miejsca, moim zdaniem jedno z najbarwniejszych inajciekawszych miejsc w Delhi. Tysiace sklepikow handlujacych doslownie wszystkim, zaglebie tanich hoteli, ogomny ruch od wschodu do zachodu slonca, swiete krowy, tumany kuszu, zgielk, psy, hindusi, zebracy, swieci, turysci, handlarze narkotykow, zlodzieje, rykszarze i tony smieci.

Kiedy zobaczylem to miejsce pierwszy raz bylem nieco przerazony, teraz jednak szkoda mi wyjezdzac, ta szczegolna atmosfera tego miejsca, zafascynowala mnie calkowicie, moglbym tu siedziec w ulubionej Golden Cafe i przez caly dzien obserwowac to co dzieje sie na ulicy. Teraz spedzajac tu swoje ostatnie godziny w Indiach, zaluje ze ta podroz sie konczy, zdazylem Indie pokochac, znienawidzic i ponownie poddac sie ich urokowi. No coz pora wracac, taxi czeka.. "Banana Lassi" - Do szklanki zsiadlego mleka dodajemy dwie lyzki cukru i jednego banana, wszystko mieszamy i pijemy delektujac sie smakiem, po dodaniu marihuany otrzymujemy "Special Banana Lassi" :-).

Kopiowanie i używanie elementów użytych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.