meksyk 2020 relacja

Opis podróży do Maroka w 2003 roku

Wylądowaliśmy około 23.00. Po szybkiej odprawie i wymianie pieniędzy zaczęliśmy szukać wypożyczalni samochodów. Na szczęście nie było to trudne zadanie, ponieważ to one znalazły w zasadzie nas. Przekrzykiwanie się i wzajemne kłótnie między lokalesami początkowo trochę nas rozbawiły, ale tak naprawdę dały nam prawdziwe wyobrażenie o charakterze i sposobie dobijania tutaj jakiegokolwiek targu.

Mimo zapewnień, że na pewno przyda nam się większy samochód, wygoda, te rzeczy :-) zdecydowaliśmy się na małego Fiata Uno i jak się okazało był to bardzo dobry wybór. Z początkowej ceny około 3600 dirhamów za tydzień, wytargowaliśmy 2860 za cały pobyt ( około 28 USD na dobę). Zajęło nam to bagatela prawie godzinę, wybierając wśród konkurencyjnych ofert i jakie było nasze zdziwienie kiedy na koniec dowiedzieliśmy się, że wszystkie wypożyczalnie oferowały nam ten sam samochód (jedyny jaki stał akurat przed budynkiem) i mimo iż zawarliśmy umowę w jednym biurze, kazano nam potem zwrócić samochód do zupełnie innej wypożyczalni, cóż ciekawe ile przepłaciliśmy, jednak kraje arabskie rządzą się specyficznymi prawami. Przy podpisywaniu umowy wynajmu, należy uiścić kaucję, najchętniej okazując w tym celu kartę kredytową (wypukłą), jednak w naszym przypadku zadowolili się powrotnym biletem lotniczym. Bak samochodu okazał się jednak suchutki i całe szczęście, że zaledwie 500 metrów dalej znajdowała się stacja benzynowa.

Maroko powitało nas bardzo wilgotną aurą oraz sporą mgłą. Żaden z nas nie miał ochoty o 2 w nocy pakować się do centrum Casablanki i szukać noclegu, dlatego zdecydowaliśmy się od razu skierować się do Marakeszu. Po stu kilometrach natrafiamy na pierwszą kontrolę policyjną. Funkcjonariusze nas uświadamiają, że mamy przepaloną jakąś żarówkę, ale ponieważ to samochód z wypozyczalni, machaja na to ręką i puszczają dalej. Prościutkie i doskonałe drogi, których możemy jedynie marokańczykom pozazdrościć sprawiają, że o 5 nad ranem docieramy do Marakeszu. Zatrzymujemy się w hotelu Minari (170dh/noc) jak się później okazuje nie jest to dobry wybór, a właściciel okazuje się najpospolitszym arabem nastawionym na koszenie turystów z kasy jakich spotkamy jeszcze pełno na naszej drodze. Póki co zmęczeni całodzienną podróżą samolotem a następnie całonocną jazdą samochodem momentalnie zasypiamy jak małe dzieci.

Główny dreptak Rue de Bab Agnau, w nocy opustoszały wita nas tętniąc życiem, przed nami Dżemaa el-Fna i ogomne suki. Nieco oszołomieni ich wielkością, bogactwem kolorów, zapachów i wszelakich towarów resztę dnia spędzamy włócząc się głównie po sukach. "Hello my friend, which country from" pada co chwila z każdej strony. Tradycyjnie już Poland rozumiane jest jako Holland i dopiero po kolejnych wyjaśnieniach, kiedy okazuje się, że mają jednak do czynienia z biedniejszymi turystami, wspominają, że Polska to kojarzy się im głównie z telewizja Polsat i wszelkimi programami erotycznymi "niskich lotów" nadawanymi w tej stacji głównie w piątkowo-sobotnie wieczory. Dokonujemy zakupu kilku drobnych pamiątek sklepy z dywanami omijając jednak z daleka... Wieczorem ożył także sam plac Dżemaa el-Fna, na którym pojawiły się dziesiątki straganów z jedzeniem, szaszłyki, tajine, ślimaki, kuskus, istne bogactwo smaków prosto z ulicy do twojego brzucha. Między tym wszystkim, cyrkowcy, naciągacze, złodzieje, znachorzy, zaklinacze węży, żebracy i setki innych dziwnych profesji. Na koniec wspaniały sok ze świeżych pomarańczy za 2 dirhamy i udajemy się na spoczynek.

Dzień drugi - Cascades d’Ozoud

Z samego rana udajemy się do oddalonych od Marakeszu o 170 km Cascades d’Ozoud. Są to jedne z najpiękniejszych wodospadów w Maroku, woda spada tam z ponad 110 metrów wysokości do płynącej niżej rzeki. Wszystko otoczone jest gajami oliwnymi, w okolicach spotkać można także małpy. Same wodospady robią niesamowite wrażenie, stojąc na samym szczycie na jednym z wystających kamieni, człowiek ma przed sobą ponad 100 metrową przepaść, a spod twoich nóg spadają w dół ogromne ilości wody. Na dole znajdują się prowizoryczne tratwy zbudowane na starych butelkach po wodzie lub kanistrach, na których za 5 dirhamów można przeprawić się na drugi brzeg. Trafia się nam jakiś samozwańczy przewodnik, który za drobna opłatą, oprowadza nas po okolicznych gajach, pokazuje stalagmity i opowiada historie jakiś walk hiszpańsko-portugalskich, ale niestety my nie mówimy po francusku a on po angielsku, dlatego tylko przytakujemy na jego każde bum-bum niewiele rozumiejąc. Na koniec lądujemy w domu naszego przewodnika, gdzie zostajemy uraczeni tajine i herbatą miętową.

Po powrocie do Marakeszu udajemy się na zakupy pamiątek, długie i zatarte targi dają nam osiągnąć w miarę satysfakcjonujące ceny i tak: lampa ze skóry wielbłąda – 40dh, maska alabastrowa – 40/60 dh, bluzy – 100 dh. Potem zwiedzamy jeszcze meczet katubijja, mellah, kazbe, i idąc wzdłuż murów pałacu królewskiego, lądujemy w końcu za bramami miasta. Po powrocie do hotelu czeka nas niemiła niespodzianka, mimo iż już wcześniej zapłaciliśmy za dwie noce, właściciel domaga się abyśmy zapłacili jeszcze za jedna noc dodatkowo a dokładnie chodzi mu o ten pierwszy dzień kiedy przyjechaliśmy nad ranem do Marakaeszu i wzięliśmy hotel od 6 rano a doba hotelowa zaczyna się dopiero od 12. Spojrzeliśmy na niego i popukaliśmy się w czoło, ale na nic się zdały nasze targi, zostaliśmy zmuszeni do zapłacenia lub opuszczenia hotelu. Podziękowaliśmy zatem za wspaniałą gościnę i przenieśliśmy się na ostatnia noc do położonego w uliczce obok hotelu Chellah (100 dh). Przy wyjeździe parkingowy chciał od nas pieniądze mimo iż dzień wcześniej zapłaciliśmy za noc z góry, zignorowaliśmy jego wołania i chwilowe biegniecie obok samochodu, lekko zniesmaczeni chamstwem i naciągactwem opuszczamy Marakesz udając się w kierunku Warrazat, przed nami Atlas Wysoki !

Dzień trzeci - Ait Benhaddou

Jadąc droga w kierunku Warrazat pniemy się powoli w górę, aż w końcu dojeżdżamy do przełęczy Tizi n’Tiszka skąd rozpościerają się wspaniałe widoki. Na całej trasie przejazdu przez góry spotykamy handlarzy minerałami i skamielinami. Błyszczące się w słońcu wielokolorowe świecidełka zaciekawiają nas do tego stopnia, że kupujemy po jednym rozłupanym kamyku (ok 10-15 dh/ sztuka). Zaraz za górami udajemy się do Ait Benhaddou, jednej z najbardziej imponujących starych kazb, otoczoną palmowymi gajami i płynącą rzeczkę. Stad rozpościera się wspaniały widok na okolicę. Kazba także posłużyła jako plany filmowy do wielu znanych filmów. Wstęp do kazby jest bezpłatny.

W Warrazat nie zatrzymujemy się nawet. Od razu ruszamy w dalszą drogę w kierunku doliny róż. Początkowo chcieliśmy zatrzymać się na nocleg w małej miejscowości Skoura, ale pierwszy spotkany przez nas hotel okazał się wielką ruiną, a gospodarz tłumaczył smród wydobywający się z toalety, tym, że przed chwilą korzystał z niej jego kolega. Kiedy zagadał nas jakiś naganiacz z drugiego hotelu, miedzy nim a gospodarzem pierwszego rozpętała się bójka na pięści, widać, że turyści są tutaj w cenie. Otoczeni naciągaczami w eskorcie małych skuterków opuszczamy to niezwykle gościnne miasteczko i udajemy się do miejcowości El-Kelaa M’Guna. Tutaj zatrzymujemy się na nocleg w hotelu Grand Atlas (pokój 80 dirhamów). Nie ma tu co prawda łazienek, ale w hotelu w piwnicy znajduje się hamman czyli łaźnia.

Dzień czwarty - Gorges du Dades & Todra

Z samego rana, opuszczamy hotel i udajemy się na przejażdżkę przełomem Dades. Kręta droga wije się wzdłuż płynącej dołem rzeki, bujnych gajów palmowych i migdałowych i licznych kazb. W pewnym momencie pojawiają się naszym oczom fantastyczne formacje skalne. 50 km dalej napotykamy kolejny przełom tym razem Todry. Mnóstwo palmowych gajów prowadzi nas niemal do samego przełomu, gdzie pionowe skały liczą sobie niemal 300 metrów wysokości, ale zaledwie 10 metrów szerokości. Jadąc dalej główną drogą odbijamy w miejscowości Tinejdad w kierunku Erfoud drogą numer 3451 wiodącą przez kamienistą hamadę. Krajobraz przypomina na przemian pustynny, z księżycowym, raz po raz gdzieś na horyzoncie pojawiają się pojedyncze skałki, czy to wydmy w kształcie kraterów.

W końcu docieramy do Erfoud. Zaraz przy samym wjeździe kiedy zatrzymujemy się przy bankomacie zaczepia nas młody berber w tradycyjnym niebieskim stroju i turbanie o imieniu Adi. Ponieważ twierdzi, że akurat szuka transportu do Merzougi, czy mógłby się zabrać z nami. Zgodziliśmy się zabrać gościa, który jednak nie był w stosunku do nas zupełnie szczery. Poprowadził nas drogą przez pustynię, bezpośrednio do Merzougi, tak klucząc po drodze abyśmy skutecznie nie mogli trafić z powrotem. Koniec końców dojechaliśmy do chyba najdalej wysuniętego hotelu Auberge de Sud, gdzie ze względu na ogólne zmęczenie i lekkie zagubienie w pustynnym krajobrazie postanowiliśmy zostać. Teraz przyszła kolej na załatwianie wielbłądów. Jak to na berberów przystało usiedliśmy z mintee na wydmie i zaczęliśmy dobijać targów. Ceny proponowane na początku były tradycyjnie wzięte z kosmosu, ale koniec końcem ustaliliśmy cenę 300 dirhamów za wielbłąda, nocleg na pustyni w namiocie + śniadanie i kolacja z berberami.

Dzień piąty - Merzouga & Erg Chebbi

Ranne wdrapywanie się na pobliską wydmę i ogromne upały z samego już rana trochę nas wymęczyły, postanowiliśmy udać się do centrum Merzougi i poznać wioskę z bliska. Jak już wyjeżdżaliśmy dosiadł się do nas pewien marokańczyk o imieniu Mucha (przynajmniej tak się ty wypowiadało) i poprosił o podwiezienie do Merzougi, która oddalona była od naszego hotelu jakieś 5-6 km. Jak się okazało do samej Merzougi prowadzi asfaltowa droga z Risani, o której istnieniu Adi wczoraj nawet nie wspominał, wręcz przeciwnie zaprzeczał o istnieniu jakichkolwiek dróg. Mucha nie dość, że wyprowadził nas z błędu, to jeszcze pokazał drogi na skróty przez hamadę aby szybko wydostać się z naszego hotelu bez nadrabiania zbędnych kilometrów.

Z drugiej strony jednak, to że dotarliśmy do wydm od strony hamady, klucząc bezdrożami, między małymi wydmami, wywarło to na nas na pewno większe wrażenie i zafundowało wspaniałe widoki. Po powrocie do hotelu, postanowiliśmy skończyć zapasy ze strefy bezcłowej które nadal ze sobą targaliśmy. Mucha bardzo chętnie się do nas dosiadł i kolejne 3 godziny minęły nam na muzyce, dyskusjach, alkoholu i haszu.

W końcu około 17.00 nadszedł czas na nasze wielbłądy. Kiedy z wydm wracały karawany z jak to nazywali marokańczycy "5 minutes tourists" , tzn. głównie niemieccy turyści których przejażdżka sprowadzała się do wjechania na pierwszą wydmę, stamtąd obejrzenia wspaniałego widoku i pstryknięciu kilku landschafcików ze swoim nowym caravaningiem na pierwszym planie, my ruszaliśmy dopiero na wydmy. Zdaje sobie sprawę, że to też wszystko zajeżdżało wielką komerchą, ale przynajmniej prześpię się na pustyni w namiocie, a co. Kiedy nasz hotel zniknął za którąś już z kolei wydmą, przez moment poczuliśmy się jak prawdziwi kupcy przemierzający kiedyś te ogromne piaszczyste obszary. Czar prysł kiedy nasz przewodnik wyciągnął spod dżalaby komórkę i zaczął gdzieś wydzwaniać. Tiaaa chrzaniona karawana, jesteśmy zwykłymi, może nie "5-minutes" ale "one day" tourists, takimi jak każdy inny, takimi których trzeba maksymalnie wyprać z pieniędzy i zrobić to w taki sposób by odjeżdżali zachwyceni.

Ale wracając do naszej przejażdżki to grubo po zmroku dotarliśmy od czegoś cos się szumnie nazywało oaza, a składało się na to kilka namiotów, 3 palmy i mnóstwo wielbłądzich gówien. To wszystko u podnóża ogromnej wydmy. Tutaj dostaliśmy jednak najlepsze Tazine jakie - do tej pory i jak się okazało później – jedliśmy. Lekko wytrzeźwiały i z pełnym brzuchem zasnąłem jak małe dziecko.

Dzień szósty - Rissani - Erfoud - Fes

Obudziłem się o 4 nad ranem, telepiąc się z zimna. Słyszałem, że noce na pustyni bywają zimne, ale bez przesady. Szybko narzuciłem na siebie kolejny koc i już na jawie dotrwałem do poranka. Wygrzebaliśmy się z namiotu, słońce jeszcze nie wstało zupełnie, ale musiliśmy zdecydować gdzie włazimy aby ten wschód obejrzeć na ponad 100 metrową wydmę u podstawy której właśnie wstaliśmy, czy na bardziej łagodne ale oddalone ładny kawałek pagórki. Hmm nie wiem dlaczego ale wybraliśmy te drugie. Łażenie po pustyni ma to do siebie, że idziesz w kierunku jak ci się wydaje najbliższego pagórka, ale końca tej drogi nie widać, bo im bliżej jesteśmy końca, tym ten pagórek się odsuwa. Tak też po przejściu kilometra i nie dotarciu do upragnionego szczytu, słońce zastało nas pewnie gdzieś w połowie drogi. Momentalnie zrobiło się kilka stopni więcej, więc zawróciliśmy do naszej oazy. Tam czekało już na nas śniadanie i wielbłądy, 2 godziny później byliśmy z powrotem w naszym hotelu.

Mucha był ewidentnie nie w sosie, szwędał się niemrawo z puszką coli w ręku, chyba musiał dostać jakiś ochrzan, od szefostwa za picie alkoholu i bratanie się z turystami. Później kiedy zbieraliśmy się już do wyjazdu, podszedł, wręczył nam małą grudkę i bardzo podziękował za wczorajszy wieczór.

Błądząc kilka razy a raczej jadąc przed siebie w kierunku asfaltu, który gdzieś tam musi być, dojechaliśmy w końcu do trasy, potem zaliczyliśmy jeszcze trasę widokową dookoła Risanni, opuszczone domy, kazby, połamane miejscami palmy jakby przeszło jakieś tornado, wyschnięte koryta rzek. Nie powiem, bardzo surowy krajobraz. Potem już tylko kierunek północ, najpierw piękna otoczona oazami i przełomami droga do Ar-Rachidia, następnie Gorges du Ziz, aż docieramy w okolice Azrou. Krajobraz zmianił się drastycznie. W miejsce pustyń, oaz, palmowych gajów pojawiły się góry, zielone pastwiska, owce i lasy cedrowe. Przed samą miejscowością Azrou, zbaczamy z drogi na krótką rundkę po okolicznych lasach. Jakie było nasze zaskoczenie, gdy wśród olbrzymich cedrów, na zielonej trawce, pomiędzy resztkami śniegu ganiały się stada makaków. Małpy wogóle się nie przejmowały naszą obecnością, siedząc przy drodze i obserwując samochód. Dopiero spłoszone przez pasterskie psy, pośpiesznie uciekły na drzewa.

My udalismy się w dalszą drogę w końcu po zmroku docierając do Fesu. Kręcilismy się po mieście prawie godzinę nie mogąc znaleźć żadnego punktu zaczepienia, ba nawet trafić do miejsca którego szukalismy. W końcu zaczepilismy jakiegoś dziadka, który stwierdził, że bardzo chętnie pokaże nam drogę, bo akurat sie tam wybiera. Przejachaliśmy kolejne 500 metrów kilka razy wykonując jakieś dziwne manewry i wjeżdzając w wąskie uliczki, aż w końcu dojechaliśmy w upragnione miejsce bramę Bab Bu Dżelud. Dziadek zarządał wtedy od nas 50 dirhamów za wskazanie miejsca, na co parsknelismy śmiechem i popukaliśmy się w czoło. Ostatecznie zadowolił się otrzymaną od nas paczką papierosów. My natomiast udaliśmy się do położonego zaraz za bramą hotelu Cascade (110 dh). Położony w dogodnym miejscu, w miarę czysty hotelik z ładnymi widokami z dachu, jedynie prysznic może pozostawiać wiele do życzenia. Owocową kolację (1kg bananów 10dh, 1kg pomarańczy 5dh) jemy na dachu hotelu obserwując toczące się pod nami nocne życie.

Dzień siódmy - Fes

Rano po obfitym sniadaniu w knajpce na przeciwko naszego hotelu, udajemy się na zwiedzanie Fesu, od razu dopada nas stado samozwańczych przewodników, które nie odstepuje nas ani na krok i po prostu psuje nam przyjemność zwiedzania miasta. W końcu musimy ustąpić i wybieramy jednego z nich, przynajmniej wtedy odczepia się od nas cała reszta – to w zasadzie jedyna zaleta. Bo większość miejsc w które zostalismy zaprowadzeni i tak byśmy wcześniej czy poźniej w nie trafili. Jedynie garbiarnie i farbiarnie skór , ale jakieś mniejsze na uboczu miasta, były miejscem, gdzie niewątpliwie byśmy sami nie trafili. Na koniec nasz “przyjaciel" który w ciągu trzy godzinnego spaceru chciał nam sprzedać kilkanaście razy jakieś narkotyki, odprowadził nas pod sam hotel i zainkasował swoją dolę 40 dirhamów. Nie chcieliśmy mieć już więcej z nim do czynienia, ale wybrał sobie za swoją miejscówkę akurat miejsce przed naszym hotelem i tak musieliśmy się od niego odpędzać przez cały pobyt w Fesie.

Po obiedzie udajemy się na spacer po nowym Fesie a w zasadzie szukaliśmy punktu wymiany czeków podróżnych. Nowy Fes wygląda jak zwykłe nowoczesne miasto z szerokimi ulicami i zwykłymi blokami i ekskluzywnymi hotelami. Nic ciekawego, po uzupełnieniu zapasu dirhamów w kieszeni od razu wrócilismy z wąskie zatłoczone uliczki starego Fesu.

Od razu dopada nas grupka kolejnych przewodników, ale tym razem o średniej wieku ok 10 lat. Kilkakrotnie odmawiając w końcu przestajemy na nich zupełnie zwracać uwagę, ciekawi nas tylko sposób jak zacięcie się kłóca między sobą, który z nich ma być naszym przewodnikiem, ciągłych przepychanek i kłótni nie powstrzymują nawet nasze wtrącenia, że i tak nie dostaną od nas złamanego grosza i niech sobie najlepiej stąd idą. I co prawda znikali, al etylko na sekunde, kiedy z przeciwka pojawiał się patrol policji, potem nagle pojawiali się znowu jak stado natrętnych komarów. Koniec końców jeden malec przypadł mi do gustu, zawsze idący koło mojej nogi i cichutko pod nosem, niesmiało coś wskazujący. Ok jak chcesz to chodź z nami – powiedziałem,- ale wiedz, że nie jestes naszym przewodnikiem, i spław stąd swoich kumpli. Tym sposobem pozbyliśmy się wrzeszczącej grupki dzieciaków która ciagneła się za nami od dobrych 20-tu minut. Dzieciak w zasadzie w niczym nam nie przeszkadzał, nie prowadził nas nigdzie na siłę, szedł za nami i jak coś ciekawego było akurat na naszej trasie przejścia, to nieśmiało proponował zobaczenie tego czegoś. I w jednym przypadku naprawde, mile nas zaskoczył, ponieważ doprowadził nas do największych garbiarni i farbiarni Fesu, gdzie znajdowało się pełno olbrzymich kadzi z farbą, a na ścianach sąsiednich budynków, suszyło się mnóstwo skór. Niewątpliwie jedno z ciekawszych miejsc do zobaczenia, mimo specyficznego smrodku unoszącego się w powietrzu. W nagrodę dzieciak dostał 15 dirhamów, aż podskoczył z radości, a my udaliśmy się na pyszne tajine za 40 dirhamów. Pyychaa. A następnie spędzilismy resztę wieczoru siedząc w knajpce i popijając jedną mintee za drugą, obserwując ponownie nocne życie miasta, narkomanów, dealerów, Cywilne patrole policji, pałujące całe to podejrzane towarzystwo...

Dzień ósmy - Meknes & Volubilis

Stare Meknes to miasteczko dużo mniejsze i mniej ciekawsze niż Fes, brakuje tu tej niepowtarzalnej atmosfery, co wcale nie znaczy, że trzeba się tu nudzić. Zaraz po zakwaterowaniu w hotelu Maroc (120 dh), wsiadamy w samochód i udajemy się do położonego niedaleko Volubilis - największego i najlepiej zachowanego miasta rzymskiego. Z większych budowli, zachował się najlepiej łuk triumfalny Karakali oraz resztki Bazyliki. W ruinach znajdują się różnego rodzaju i wielkości piękne mozaiki. Trudno tu o jakikolwiek cień, więc zwiedzanie tego obiektu w pełnym słońcu szybko nas męczy i wracamy do Meknes.

Tutaj od razu zapuszczamy sie w suki, jednak nie są one tak okazałe jak te w Marakeszu, czy chociazby w Fesie. Produkty podjeżdzają tandetą i sa nastawione raczej na lokalnych nabywców. Czujemy sie tutaj jak na zwykłym polskim bazarze, klapki, podrabiane buty firm Adibas, nika, panasonix itp. Przy głównym placu znajduje się okazała brama miejska, przez która wchodzi się na teren miasta królewskiego. Tutaj zwiedzamy Mauzoleum Mulaj Ismaila i stare zniszczone stajnie, zapuszczając się pomiędzy budynki mieszkalne trafiamy do jakiś podziemnych spichlerzy, bardzo mroczne i ciekawe miejsce. Wieczorna wizyta w McDonalds rozbawia nas zupełnie, ponieważ grupka kobiet w wieku ok 25-30 lat urządzała sobie tam jakąś imprezkę z tańcami i DJ'em. Pooglądaliśmy chwilę te taneczne popisy, niestety brakowało tańca brzucha i udalismy się w końcu na spoczynek.

Dzień dziewiąty - Szewszawan

Z rana wyruszamy dalej na północ w kierunku gór Rif. Drogi w tych okolicach pełne są żółwi, czasami musieliśmy ostro manewrować, żeby ich nie rozjechać. Jednemy a nich postanowiliśmy zafundować najdłuższy trip jego życia i przewieźliśmy go na tylnim siedzeniu jakieś 20 km, ale niebyt mu się to musiało podobać, ponieważ napaskudził nam w samochodzie i koniec końców, wylądował na jakiejś przydrożnej łące w okolicach Wazan. Stąd droga zaczęła być już porządnie kręta, jednak przez samym Szewszawanem zdecydowaliśmy się odbić w drogę do osławionej Ketamy. Podobno droga ta, jak i całe góry Rif, to zagłębie uprawy haszyszu. Chcielismy zobaczyć to na własne oczy, po jakiś 10 kilometrach już mieliśmy na ogonie czarnego mercedasa, którego kierowca wymachiwał do nas jakimś pakunkiem, po chwili jego miejsca zajął stary zdezelowamy volkswagen, a na każdym zakręcie na nas gwizadnao i machano. Na odcinku kolejnych 10 kilometrów, mieliśmy kilkadziesiąt ofert zakupu różnego rodzaju umilaczy życia i to nam wystarczyło, byliśmy usatysfakcjonowani, zawróciliśmy i udaliśmy się do celu naszej podróży – Szefszawanu.

To malutkie spokojne miasteczko nas oczarowało swoim błekitem. Niebieskie małe domki z okrągłymi dzwiami jak chaty hobbitów, zapierały nam dech w piersiach. Resztę dnia spędziliśmy włócząc się wąskimi uliczkami, zaglądając ludziom w jeszcze bardziej niebieskie podwórka i opędzając się od kolejnych handlarzy haszyszem. Z miasteczka rozciąga się wspaniały widok na pobliskie góry i to one właśnie będą stanowiły cel naszej jutrzejszej wyprawy. Wraz z zachodem słońca, zrobiło się także chłodno, pierwszy raz pobytu w Maroku musiałem wyciągnąć polar. Wieczorna rozrywka to oczywiście siedzenie na rynku w jednej w wielu kafajek i popijanie mintee. Zatrzymaliśmy się w samej medinie w hotelu Andaluz za 90 dirhamów .

Dzień dziesiąty - Szewszawan

Wcześniej niż zwykle zwlekliśmy się z łóżek, chcieliśmy wyjść w góry nim jeszcze słońce zacznie niemiłosiernie prażyć. Zaraz za rzeką wchodzimy w duży wąwóz pnący się powoli do góry. Ponieważ cały był on zasypany drobnymi kamieniami, co chwila spod naszych nóg schodziła lawina kamieni. Każdy jeden krok musiałbyć przemyślany, w przeciwnym wypadku człowiek zssuwał się w dół. Droga tym wąwozem zajęła nam niemal 3 godziny, słońce już dobrze prażyło, a końca wąwozu nie widać, postanowiliśmy odbić w bok na ścianę wąwozu i krótsza drogą odbić od razu na szczyt, zamiast go okrążać kamienistym wyrobiskiem. Wspinając się na jedną ze skarp, Odpada prawie metrowy kawał skały, której właśnie miał posłużyć za podparcie pod nogę, kolejna lawina tym razem już potężna schodzi z łomotem w dół. Już wiemy skąd tam tyle tych kamieni. Ostatecznie szczytu nie zdobywamy, dochodzimy tylko do widokowego urwiska i okrężną drogą postanawiamy wracać. Zapasy wody się zaczęły powoli kończyć, a słońce dawało się we znaki.

W drodze powrotnej usłyszeliśmy z oddali huk wody, w ten sposób dotarliśmy do górskiej rzeczki, co chwila poprzerywanej małymi wodospadami. Ehh sielanka, nie przeszkadzała jej lodowata woda. Rafał od razu zanurzył się w strumieniu. Im bliżej wioski, zmęcznie jednak dawało już znac o sobie, potykając się na małym kamyczku, wywijam kozła i ląduje w jakimś płotku obrośnietym kaktusami. - efekt całe podarte spodnie.

Wieczorem ponownie zapuściliśmy się w wąskie uliczki Szefszawanu, dokonując ostatnich zakupów pamiątek. Wtedy także, pierwszy raz dałem się złapać naciągaczom od dywanów. Negocjacje były ostre, ale w końcu udało mi się wyjść ze sklepu bez dywanu i dżalaby. Bylem z siebie dumny, że udało mi się wymknąć z tej pułapki. Szefszawan nas oczarował, swoją ciszą, spokojem, urokiem, położeniem i błękitem. Naszym zdaniem to jedno z najfajniejszych miast na naszej trasie.

Dzień jedenasty - Casablanca

W drodze powrotnej kierujemy się na Kenitre i plażę Mehdiya. Hmm chyba jednak byliśmy w złej porze roku, zimno, wietrzno, żywego ducha. Coż, jednak z kapieli nici, potem przejeżdzamy tylko przez Rabat, nie zatrzymując się ani na moment, w końcu koło 16-tej docieramy do Casablanki.

Ogromy meczet Hassana II, nie powiem, robi duże wrażenie, ale pozatym sama Casablanca nas roczarowuje. Hałas, smog, korki, ogromna metropolia z malutką mało ciekawą mediną. Włóczymy się bez celu ulicami, odliczając ostatnie godziny pobytu w Maroku. Kraju który niewątpliwie nas zauroczył. Zaskoczyło nas zróżnicowanie krajobrazowe. Będąc na pustyni, w otoczeniu palmowych gajów, w ciągu zaledwie kilku godzin jazdy samochodem znajdujemy się w wysokich górach, lasach cedrowych i połaciach śniegu. Jest to jednak także kraj który żyje z turystyki i można tego doświadczyć niemal na każdym kroku, pełno naciagaczy i kanciarzy potrafi czasami skutecznie uprzykrzyć życie, ale pomimo tego wszystkiego ludzie są sympatyczni i mile nastawieni.

Szkoda, że mogliśmy tu spędzic zaledwie 10 dni, bez wypożyczonego samochodu, zapewne nie zobaczylibyśmy tak wiele, a w rozbiciu na 2-3 osoby koszt taki nie jest znów taki duży. Zgodnie z umową odstawiamy zatem samochód na lotnisko. Pobierzny rzut oka, pracownika tego interesu, czy są cztery koła i czy nie widać żadnych poważnych usterek i Rafał mógł się ponownie cieszyć swoim zostawionym pod zastaw powrotnym biletem lotniczym. Nad ranem pierwszym samolotem, żegnamy się z czarnym lądem.

Kopiowanie i używanie elementów użytych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.