meksyk 2020 relacja

Opis podróży po Meksyku w 2002 roku

Dlaczego akurat Meksyk? Dobre pytanie do dziś się nad tym zastanawiam... Pamiętam jak dziś, że siedziałem w pracy przeglądając promocyjne oferty lotnicze, nie mogąc się zdecydować pomiędzy kilkoma innymi równie atrakcyjnymi miejscami, aż w końcu całkiem przypadkowo mój wybór padł na ojczyznę Majów i Azteków.

Obywatele Polscy nie potrzebują wizy przy wjeździe do Meksyku. Bilet w obie strony w promocji w KLM kosztował łącznie z taksami około 500 US$, więc jak na lot do Ameryki Pd to całkiem tanio. Na miejscu nie jest jednak już tak kolorowo, ceny są zbliżone do polskich, a czasami bywają wyższe. Tak więc, całkowity koszt dwutygodniowego pobytu wraz z przelotem wyniósł 950 US$ na osobe.

No to ruszamy...

Wylecieliśmy z Okęcia o 6.40 rano, aby po dwóch godzinach znaleźć się w Amsterdamie. Tutaj po krótkim , ba 6 godzinnym czekaniu znaleźliśmy się w końcu na pokładzie samolotu. Przed nami 9,5 godziny lotu, bezpośrednio do Mexico City. Przesunięcie czasu wynosi 8 godzin do tyłu tak więc jeszcze tego samego dnia o godzinie 17.00 wylądowaliśmy w Mexico City, temperatura na zewnatrz 28 stopni :-)

Po szybkiej o sprawnej odprawie i szcześliwej awarii semafora*, mogliśmy w reszcie wyjść na ulice...

* Lądując w Meksyku, wszyscy pasażerowie przechodząc przez bramkę muszą nacisnąć przycisk przy semaforze. Zielone - przechodzisz, czerwone - idziesz na trzepanie bagażu.

Poza lotniskiem...

Ostrzegani przez kilka osób, oraz przewodnik, aby w miarę możliwości nie jeździć taksówkami po Mexico City, ponieważ bardzo często zdarzają się napady na pasażerów, zaczeliśmy się rozglądać za jakimś pre-paid taxi. W pierwszym okienku krzykneli nam za kurs na Zocalo jakieś 200$ (spokojnie, $ - to znak peso), zatem skierowaliśmy się do wyjścia. Tu ukazał mi się znajomy widok z Delhi, tzn. kilkunastu taksówkarzy - naciągaczy, którzy także słono sobie życzyli za podwiezienie do centrum. W końcu udało nam się złapać pre-paida za 88$ i wyruszyliśmy na Zocalo.

Taksiarz był całkiem miły i próbował nawiązać jakąś rozmowę, ale niestety ni w ząb nie mówił po angielsku, jak się potem okazało nie był w meksyku jedyny, ba należał do większości.

Ponieważ było już dość poźno i w międzyczasie zrobiło się ciemno, poprosiliśmy go aby podrzucił nas do hotelu Juarez, jakieś 100 metrów od Zocalo. Hotelik okazał się całkiem przyzwoity i czysty, choć nie taki tani. Nocleg w dwuosobowym pokoju - 200$.

Trafiliśmy akurat na festiwal, odbywający się przez kilkanaście dni w całym Centro Historico. Codziennie wieczorem na Zocalo odbywały się jakieś koncerty, my akurat trafiliśmy pierwszego wieczoru na balet w rytmach techno.

Pierwszy dzień

Na śniadanie zafundowaliśmy sobie jakieś uliczne żarcie w bułce i postanowiliśmy wybrać się do Teotihuacan, azteckiego miasta. Dobrym sposobem na poruszanie się po Mexico City jest metro. Posiada ono X linii, można spokojnie poruszać się nim z bagażami (tzn. teoretycznie nie można, ale nikt nie sprawdza), a kosztuje bardzo tanio, bo zaledwie 2$. Autobusy udające się do Teotihuacan odjeżdzają z Terminal Norte. Jedzie się około 40 minut a bilet kosztuje w granicach 20$.

Teotihuacan słynie głównie z dwóch ogromnych piramid: słońca i księżyca. W przeszłości było to największe miasto Meksyku i stolica najwiekszego imperium prehiszpańskiego w Ameryce. Piramidę słońca zbudowano około 160 roku n.e. i jest to trzecia co do wielkości piramida na świecie. W kompleksie znajdują się także pozostałości zabudowań mieszkalnych ozdobionych pięknymi freskami. Wstęp do kompleksu kosztuje 35$.

Pierwszego dnia pogoda dała się już nam we znaki, ostre słońce, nieoszczędziło naszych karków, które ulagły poważnemu poparzeniu. Kremy poszły w ruch ...

Wieczorny koncert rockowy na Zocalo zdecydowanie poprawia nam humory :-)

Centro Historico

Drugi dzień poświęciliśmy na zwiedzanie centrum Mexico City. Dokładnie obeszliśmy główny plac miasta El Zocalo, gdzie codzienie odbywają się tańce concheros, indian ubranych w pióropusze i tańczących w rytm bębnów. Wokół Zocalo znajduje się wiele ważnych budynków:

Katedra Metropolitana
Zbudowana w latach 1573-1813. Na przestrzeni tych lat dobudowywano do niej kolejne elementy. Od strony placu rzucają się w oczy barokowe portale. Katedra została zbudowana na miejscu tzompantli - miejsca służącego Aztekom do składania czaszek z ofiar.

Palacio Nacional
To pałac prazydencki. Zbudowany przez Corteza na miejscu pierwotnego pałacu zbudowanego przez Azteckiego władcę Moctezumę II.

Resztę dnia spędziliśmy na włóczeniu się uliczkami centrum, odwiedzając Palacio de Bellas Artes. Wystawiane są tam prace współczsnych artystów meksykańskich. Na uwagę zasługują ciekawe fotografie, przedstawiające różne spojrzenia na życie Meksykan.

W poszukiwaniu cienia i spokoju warto posiedzieć w Parku Alameda, gdzie można przy okazji tanio zjeść. W jednej budce serwują najlepsze tacosy, jakie jedliśmy (5$ za sztuke). W okolicach stacji metra San Juan de Letran, znajduje się miejscowa giełda komputrerowa, zagłebie pirackiego oprogramowania :-). Wieczorem udajemy się na dworzec autobusowy TAPO, skąd bierzemy autobus do Palenque. Bilet w pierwszej klasie kosztuje 511$.

W Meksyku komunikacja opiera się w zasadzie wyłącznie na autobusach. Największe linie przewozowe to ADO i Cristobal Colon. Dworce są bezpieczne i przypominają nieco lotniska, gdzie odbywa się zdawanie bagażu, check-in , bramka do wykrywania metalu i inne tego typu bajery. Autobusy mają rozkładane siedzenia, więc można się spokojnie wyspać. W pierwszej klasie znajduje się także TV, więc można się załapać na całkiem fajne filmy, choć przy częstym podróżowaniu, niestety się powtarzają. Ceny są drogie, więc alternatywą mogą być autobusy drugiej klasy, kilkakrotnie tańsze, ale niestety nie tak bezpieczne. Tutaj nie odbywa się w zasadzie żadna kontrola pasażerów, a bagaż zostaje wrzucony do luku zupełnie nieoznakowany, tak więc przy np nocnych kursach, bardzo prawdopodobne jest, że się go więcej nie zobaczy. Wszystkie autobusy zarówno I jak i II klasy są klimatyzowane.
Przed nami ponad 1000 km jazdy...

Palenque 5 rano

Dotarliśmy do Palenque o 5 rano. Autobus tę długą trasę pokonał w czasie 13 godzin, co jest chyba dobrym wynikiem. Na dworze było jeszcze ciemno, więc udaliśmy się do pobliskiego hotelu Posada Los Angeles. W recepcji od razu wykupiliśmy rozpoczynającą się dwie godziny poźniej wycieczkę do ruin, Misol Ha i Aqua Azul. (koszt 120$)
Z balkonu naszego pokoju rozpościerał się wspaniały widok na gęsty las tropikalny. Dość duża wilgotność powietrza szybko dawała się we znaki.

Ruiny Majów

Miasto najprawdopodobniej powstało ok 100 roku p.n.e. a lata jego świetności przypadają na VII wiek naszej ery. Miastem wyrosło za rządów króla Pakala. Poźniejsze wojny z sąsiednimi miastami powoli przyczyniały się do upadku Palenque, aż ostatecznie około X wieku, miasto opustoszało i zostało porośnięte przez gęsty las tropikalny.

Ruin nie udało się odkryć Cortezowi i ostatecznie zostało ono ponownie odkryte w połowie XVIII wieku. Najbardziej znana świątynia to Templo de las Inscripciones, w której znajduje się krypta króla Pakala. Ruiny zajmujące obszar około 15 km kwadratowych podzielone są na kilka grup budowli do których dociera się wąskimi ścieżkami prowadzącymi przez dżunglę. Z Palenque kursują regularnie busy dowożące turystów, tak więc z dotarciem tutaj nie ma problemu.

Misol-Ha i Aqua Azul

Misol-Ha to 35 metrowy wodospad spadający do jeziora, w któym można zażyć kąpieli. Znajduje się on około 20 km od Palenque. Przy wodospadzie znajdują się chaty do wynajęcia. Dużo ciekawszym i bardziej efektownym miejscem są jednak kaskady Aqua Azul. Rwąca rzeka pokonując kilka kaskad wpada do turkusowych jeziorek, otoczonych przez dżunglę. Nie jest to niestety miejsce ciche i spokojne, ponieważ zjeżdzają się tutaj grupy turystów jak i lokalnych mieszkańców, aby zażywać kąpieli. Tak czy inaczej warto zobaczyć to miejsce. Aqua Azul znajduje się około 80 km od Palenque.

Back to the City

Podróżowanie po Chiapas jest męczące ale zaraz bardzo ciekawe, kręte górskie drogi, bujna tropikalna roślinność i wysokie góry, naprawdę czynią te podróże intersującymi. Tak jak wylegujące się na słońcu olbrzymie iguany. No cóż, zmęcznie, tropikalny klimat, 9 wieczór, temperatura 30 stopni, wilgotno i parno, nie ma czym oddychać, pot leje sie ciurkiem i do tego tequilla... to była spokojna noc. Na drugi dzień z rana bierzemy autobus do San Cristobal de la Casas, w sumie nie daleko, ale droga wiedzie przez góry, tak więc kilka godzin podróży przed nami. Bilet 60$ (I klasa).

San Cristobal de la Casas

Dotarliśmy do San Cristobal około 17.00. Zaraz po wyjściu z dworca spotyka nas pierwsze zaskoczenie. - Excuse me Sir, do you need a place to stay ? O jezu, pomyślałem, czyżbym się przesłyszał, czy ktoś powiedział do mnie po angielsku. Tak czy inaczej to urocze miasteczko dawna stolica stanu Chiapas, a jeszcze niedawno miejsce rewolty zaptystów pod wodzą subcomendante Marcosa, jest zdecydowanie nastawione na turystów. Mimo to, posiada ono swój niewątpiwy urok, na który składają się kolorowe kolonialne zabudowania i mnóstwo rdzennej indiańskiej ludności. Pomimo wielu hoteli, znalezienie taniego noclegu nie jest wcale najłatwiejsze, ceny wahają się od 150 do 300$, jednak po prawie godzinnym poszukiwaniu udało mi się znaleźć bardzo ładny, spokojny i chyba najtańszy hotelik w mieście. Co najważniejsze niedaleko rynku.

Główne życie w mieście toczy się właściwie na rynku, który wygląda podobnie jak rynek w Palenque czy Oaxaca. Jest to w zasadzie park z uliczkami, w którego centralnym punkcie znajduje się knajpka, gdzie wieczorek odbywają się koncerty na żywo. Park ten to także miejsce handlu rękodziałami, choć niedaleko kościoła Santo Domingo znajduje się targ z wyrobami rzemieśliniczymi, gdzie rdzenni indianie oferują swoje wyroby po naprawdę atrakcyjnych cenach. Na targu można dostać produkty mieszkańców stanu Chiapas tj. głównie wyroby tkackie - bluzki, bluzy, hamaki, torby, narzuty - wszystko w barwnych jaskrawych kolorach w najprzeróżniejsze wzory, a także trochę biżuterii z bursztynu.

W mieście i okolicach odczuwa się niedawne powstanie zaptystów. Indianie sprzedają koszulki z podobiznami Marcosa, lub szmaciane laleczki, w ten sposób solidaryzując się oraz uświadamiając turystów o słuszności ich walk. W całym stanie stacjonuje mnóstwo oddziałów wojska, a kontrole na drogach nie należą do żadkości. Przez te kilka lat sytuacja się jednak znacznie uspokoiła i do Chiapas ponownie napływają turyści.

Agencje turystyczne w San Cristobal oferują konne oraz samochodowe wycieczki do indiańskich wiosek, oraz wypady do Canionu del Sumidero, Bonampak, oraz Gwatemali. My zdecydowaliśmy się na indiańskie wioski. San Juan Chamula i Zinacantan

Wycieczka samochodem z przewodnikiem mówiącym po angielsku kosztuje 110$. Na początek odwiedzamy San Juan Chamula. W centralnym miejscu wioski, znajduje się kościół. Posadzka w nim wyłożona jest igliwiem, a zapalone setki świec dodają uroku. Po obu stronach stoją figurki świętych, przed którymi indianie, odprawiają modlitwy. Nieodzownym elementem modlitwy jest zapalenie świecy i posiadanie coca-coli, która wg wierzeń jest napojem energetycznym. Każda z figurek trzyma w rękach lustro, które pełni rolę niby portalu ułatwiającego komunikację wiernego ze świętym.

Podczas spaceru po wiosce, dowiedzieć się można wiele o wierzeniach i tradycjach mieszkańców. Wg starych wierzeń potomków majów z Chamula, świat ma kształt rombu i jest przechylony na jedną stronę, ponieważ tak akurat ukształtowany jest teren doliny w której leży wioska. Wg. Majów rok dzieli się na osiemnaście 20-to dniowych okresów. Wizyta w tym miejscu bez dobrego przewodnika na pewno byłaby nieporównywalnie uboższa.

W tych wioskach fotografowanie w okolicach kościoła, oraz podczas świąt jest zabronione. Nie wolno także robić zdjęć tubylcom, bez uprzedniego spytania się o zgodę. Wg przekonań co niektórych, fotografując daną osobę, kradnie się im duszę, bądź sprowadza nieszczęście i choroby.

Do wiosek warto wybrać się w miarę możliwości w Niedzielę, kiedy to odbywają się tam targi. Każda wioska w zasadzie mówi innym dialektem, których w Chiapas jest około 20-stu, oraz nosi inne tradycyjne ubiory. W Chamula, mężczyźni noszą np. luźne tuniki z białej wełny. W Zinacantan, tuniki przybierają już inne kolory - biało-czerowne pasy. Oraz nosi się płaskie kapelusze z tasiemkami.

Z San Cristobal do Tuxtli można dostać się pickupem wraz z kilkoma meksykańczykami. Taka podróż dostarcza zapewne niezapomnianych przeżyć i kosztuje około 30$. My jednak zdecydowaliśmy się na klimatyzowany autobus, gdzie bilet kosztuje 34$ (akurat byla promocja, wiec w tej cenie dostaliśmy bilet dla dwóch osób). Podróż trwa około dwóch godzin.

Canon del Sumidero

Dworzec w Tuxtli, wygląda zupełnie niepozornie, z ulicy stwierdziłbym że to jakiś bar czy coś w tym stylu. Nie chcąc długo szukać zakwaterowaliśmy się niedaleko dworca i centrum w hotelu Casablanca.

Szybka wizyta w informacji turystycznej aby dowiedzieć się o sposobach dojazdu do kanionu del Sumidero. Najłatwiej i najszybciej dostać się tam lokalnymi autobusami. Kursują one co 20 minut i dojechać nimi można do przystani Cahuare. Przejazd w jedną strone kosztuje 6$. Odległość wynosi około 35 km.

Wycieczki po kanionie odbywają się w szybkich łodziach motorowych, przy czym musi zebrać się conajmniej 8 chętnych. Na ich brak jednak nie można narzekać tak, więc po 20 minutach oczekiwania wyruszyliśmy. Opłata wynosi 75$ od osoby.

Kanion znajduje się na rzece Grijalva i ma długość 25 km. Wysokie pionowe ściany sięgają nawet 1000 metrów wysokości. W wąwozie żyje mnóstwo gatunków ptactwa: czaple białe, kormorany, czaple i zdarzają się także sępy. W wodach można zobaczyć krokodyle a na zboczach kanionu czasami zdarzają się małpy. W oczy rzuca się także kilka interesującyh formacji skalnych.

Na końcu kanionu znajduje się tama, a przy niej knajpa, gdzie z reguły łodzie zatrzymują się na postój. Podróż w obie strony trwa około 2-3 godzin, w zależności od szybkości łodzi. Nam trafiła się niestety jedna z szybszych (a raczej szybki przewoźnik), tak, że nie dane nam było dokładnie przyjrzeć się ptactwu.

Tuxtla Gtz.

W Tuxtli akurat trwała Fiesta de San Marcos i na głównym placu miasta odbywały się festyny, koncerty i pokazy sztucznych ogni. Wieczór spędziiśmy zatem słuchając jakiegoś koncertu jazzowego.

Znajduje się tu podobno jeden z ciekawszych ogrodów zoologicznych, niestety był nieczynny tak samo jak ogród botaniczny. Cały kolejny dzień spędziliśmy szwędając się uliczkami miasta w oczekiwaniu na wieczorny autobus, którym mieliśmy udać się nad ocean.

Niedaleko dworca znajduję się fajna knajpka, gdzie za 60$ można dostać talerz tacos. Jego ilość odpowiada jednak conajmniej 20-tu tacosom kupionym na ulicy. Więc za taką cenę, można się naprawdę nieźle najeść.

Jedynym właściwie miejscem w Tuxtla, do którego warto się wybrać jest Museo Regional de Chiapas, prezentujące odkrycia archeologiczne, hiszpańskie podboje, oraz kulturę mieszkańców stanu Chiapas.

Wieczorem wyruszyliśmy do Pochutla. Koszt biletu 200$ od osoby. Na miejsce dotarliśmy wczesnym rankiem, skąd wzieliśmy taksówkę (100$ na 3 osoby) do Mazunte, wioski nad oceanem.

Mazunte

Kiedy dotarliśmy na miejsce, wszyscy jeszcze spali. Zrzuciliśmy plecaki i skosztowaliśmy leżące na ziemi mango. Wybraliśmy się nad ocean. Plaża była pusta, poza nielicznymi śpiącymi turystami przykrytymi śpiworami. Na horyzoncie powoli pkazywało się słońce.

Wróciliśmy zatem, załatwić nocleg. Wynajeliśmy sobie ładne cabanas na palach (50$ od osoby) i wyruszyliśmy do miejscowego ośrodka ochrony żółwi morskich. Znajduje się tu akwarium i ośrodek badań kilku gatunków żółwi. Oprowadzenie odbywa się z przewodnikiem i nic nie kosztuje (przynajmniej w weekend). Dla tych którzy chcą bezpośrednio spotkać się z żółwiem oko w oko, istnieje możliwość wycieczek na łodziach rybackich, podczas których można pływać z tymi stworzeniami jak i delfinami. Te okolice to jedne z największych na świecie miejsc wylegu żółwi morskich.

Słońce jest tutaj tak silne, że w zasadzie leżenie na plaży mija się z celem, ponieważ może prowadzić do poważnych poparzeń. Fale w oceanie także zdarzają się duże, więc trzeba zachować szczegółną uwagę przy kąpielach. Dla ludzi którzy nie przepadają za leniuchowaniem pod palmami, nie ma tu w zasadzie wiele do roboty. Jedzenie jest raczej drogie, średnio za śniadanie/obiad w kanjpie trzeba zapłacić 50-80$ od osoby. Po spędzeniu tutaj dwóch dni, wyleżeniu się w hamaku za wszelkie czasy i przepuszczeniu troche gotówki, głównie na piwo i jedznie, ruszamy dalej do stolicy stanu, miasta Oaxaca. Z samego rana, zabieramy się pickupem razem z kilkoma lokalesami do Pochutli (6$ od osoby), a stamtąd nie chcąc czekać kilku godzin na autobus, jedziemy tym razem drugą klasą.

Droga do Oaxaca...

Siedzimy więc w tym autobusie, niby klima działa, ale co z tego jak wszyscy meksykańce pootwierali okna. Duszno, goraco, w brzuchu burczy, bo naszym śniadaniem z rana było jakieś małe ciasteczko i wyjątkowo ochydne chipsy, nie ma to jak zdrowe żarcie. Baba przed nami wiezie papugę, taka mała zielona z obskubanym ogonem, żeby nie uciekła, ale po pewnym czasie uciążliwe warunki podróży daję się także ptaszysku we znaki, które zaczyna co chwila popiskiwać. Meksykanie jednak nie dbają za bardzo o zwierzęta i niejedna organizacja działania na rzecz zwierząt miałaby tu wiele do powiedzenia. Papuga dostała rolką papieru toaletowego i razem z nim wylądowała na dnie koszyka, po czym została dokładnie przykryta jakimś sweterem, żeby nie było słychać jej popiskiwań. Siedzący za nami meksykanin o wyrazie twarzy nożownika z desperado, przykryty derką po sam nos, obserował bacznie cały autobus. Nad jego głową w schowku bagażowym, cały czas przewalało się jakieś żelastwo.

Autobus tłukł się przez góry, porośnięte bujnym lasem tropikalnym, ale nawet i maszyna nie miała za bardzo ochoty tego dnia współpracować. Na szczęście odmówił posłuszeństwa niedaleko jakiejś chałupy, skąd można było zaczerpnąć wody do chłodnicy. W końcu późnym popołudniem wtoczyliśmy się na dworzec autobusowy II klasy w Oaxace. Ufff..

Plecaki na plecy i ruszamy..., nie mogąc zlokalizować Magic Hostel'a lądujemy w końcu w Hotel Aurora. Cóż nie było tanio, ale za to chyba najbardziej ekskluzywny hotel w jakim mieszkaliśmy. Dobrze, że niedaleko Zocalo. Podstawa to dobrze ulokowana baza wypadowa. Główne życie w Oaxace toczy się wokół Zocalo i przyległego Alamenda Plaza.

Monte Alban i Atzompa

Monte Alban zwane inaczej Biała Góra, to starożytna stolica Zapoteków. Aby ją wznieść, przez niemal sto lat indianie ścinali, szczyt góry, aby tam zbudować swoje miasto. Szczyt rozwoju przypada na lata 800-900 n.e. świątnie tutaj były budowane warstwowo. Po każdym większym wydarzeniu, istniejąca budowla była przysypywana ziemią a na niej budowana kolejna nowa warstwa. Na uwagę zasługuje tutaj jeden budynek w kształcie strzały ustawiony pod kątem 45 stopni do reszty budynków. Było to najprawdopodobniej obserwatorium.

W drodze powrotnej z Monte Alban, jedziemy jeszcze do Atzompy, gancarskiej wioski. Znajduje się tutaj niby sklep, w którym wystawiają swoje prace miejscowi rzemieślnicy. Używają oni charakterystycznej zielonej glazury, a na ich wyrobach królują kolory niebieskie, zielone i żołte.

Zaczynając się powoli liczyć z uciekającą w zastraszającym tempie gotówką, wybieramy się autobusem II klasy (3$) do El Tule. Znajduje się tutaj drzewo o największym obwodzie pnia w obu Amerykach (58 metrów). Drzewo jest rodzajem cyprysu a jego wiek szacuje sie na 2000-3000 lat !

Niech nam żyje 1 maja ! pod tym szyldem upłynęło nam pół kolejnego dnia. Długi pochód przetoczył się ulicami Oaxaca. Mao, Lenin, Cze i mnóstwo niezrozumiałych dla mnie haseł zapewne niezbyt przychylnie nastawionych do istniejącego rządu.

Na dworcu ponownie czeka nas niemiła niespodzianka, w postaci ceny biletów do Mexico City. No cóż z wielkim bólem pozbywam się resztek pieniędzy i po chwili siedząc w Autobusie, wmuszam w siebie po raz trzeci "Ludzi Honoru" z De Niro i Cuba Jr. Bilet kosztował 250$ Ostatnie dwa dni... Tym razem już dokładnie wybieramy miejsce na nocleg licząc się z każdym groszem, w końcu nasz wybór padł na Hotel Buenos Aires.

Na Zocalo, powoli zaczęto sprzątać pozostałości po manifestacjach 1-szo majowych. Gdzieniegdzie pod czerwonymi sztandarami Che, komuniści śpiewali pieśni, gdy tymczasem w drugim końcu placu, koncert dawała orkiestra wojskowa. Chwila polowania na unoszace się w powietrzu ogony z waty cukrowej i po zaspokojeniu pragnienia na słodycze udaliśmy się do hotelu.

Z rana udajemy się do Bosque de Chapultepec - największego parku w mieście. Znajduje się tutaj ZOO i Muzeum Antropologii. Jest to jedno z największych i najciekawszych muzeów tego typu na świecie. Naprawdę próbując się skupić na rzeczach ktore nas najbardziej interesowały, a resztę przelecieć bardzo pobieżnie, spędziliśmy w Muzeum ponad 4 godziny. Wstęp do muzeum kosztuje około 75$.

Resztę dnia postanowiliśmy spędzić w zoo, ale niesamowite upaly dały się także we znaki zwierzętom, w efekcie większości z nich nie widzieliśmy, a te które nie miały się gdzie schować jak np. Bizony, wyglądały nie za ciekawie. Meksykańskie zoo, to zarazem pierwszy ogród zoologiczny w obu Amerykach, założony na długo przed przybyciem Hiszpanów.

Tak kończy się nasza wizyta w Meksyku, kraju bardzo zróznicowanym pod różnymi względami: kulturowymi, językowymi, geograficznymi. W kraju, którego nie sposób dokładnie poznać w dwa tygodnie, kraju który urzekł nas swoją odmiennością, wspaniałymi zabytkami i przede wszystkim życzliwością ludzi.

Kopiowanie i używanie elementów użytych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.