meksyk 2020 relacja

Opis podróży po Nepalu i Indiach w 2002 roku

DZIEŃ 1

Lądowanie w Delhi opóźniło się nam o kilka godzin, tia rosyjskie względy bezpieczeństwa i obmacywanie sikhijskich turbanów. Pre-paid taxi i ładnym lecz wysłużonym ambassadorem (tym z reklamy Peugeota) mkniemy przez przedmieścia Delhi. Czuję jak podekscytowana Magda szarpie mnie za ramię "Widziałam słonia i wielbłada" - mówi zachwycona. Taksówkarz zaczyna wyijac jakies nuemry i chce nas wieźć gdzies do jakiejś agencji, żeby podpisac tam mu jakis kwitek, no coż trzeba go było spławić, a jeszcze się bezczelny dopominał o napiwek. Paharganj jak zawsze zatłoczony, tym razem jednak w związku ze zbliżającym się świętem Diwali* dodatkowo cały przyzdobiony kolorowymi horągiewkami. Szybkim krokiem pokonujemy hordy naganiaczy z wizytówkami hoteli i udajemy się do dobrze znanego mi z poprzedniej wizyty New Ringo GH. Wizyta w Golden Cafe, uścisk ręki starych znajomych i propozycja ponownej rundki po Delhijskich sklepach, he he nie tym razem chłopcy. Zamówiony ginger chicken z trudem przechodzi Magdzie przez gardło zarówno jak jakiekolwiek słowa, chyba szok kulturowy był dla niej zbyt duży. No coż poczekam kilka dni aż ochłonie na jakieś pierwsze refleksje z jej strony, dobrze, że nie karze jej od razu wsiadac do indyjskiego pociągu klasy sleeper, bo to mogłoby być dla niej za wiele jak na pierwszy dzień.

W związku ze zbliżającym się Diwali niemożliwe staje się kupienie biletów na pociąg do Gorakhpuru [to taka gadka naciągaczy], ale tym razem daliśmy się na nią nabrać, słono przepłacając za bilety. Bezpośredni autobus relacji Delhi - Kathmandu odjeżdza za godzinę, wpadamy do pierwszej lepszej rikszy i gnamy do hotelu po plecaki, sorry nie śpimy tu dzisiaj, całej kwoty pieniędzy niestety już nie odzyskujemy, a nawet nie ma czasu na kłocenie się w recepcji. Ponownie szaleńcza jazda rikszą na przedmieścia Delhi, gdzie schowany gdzieś w slumsach czeka nasz autobus. Poza nami, sami nepalczycy... a przed nami 40 godzin jazdy... Wygolony na głowie poganiacz ( w sumie to nie wiem jaka była jego rola w tym wszystkim), z sumiastymi wąsami, cyrkową batutą i starą zciachaną skórą z napisem "Free Tibet" niewiele robi sobie z postoju na stacji benzynowej, opierając sie niemal o dystrybutor i popalając biri. Z ruszającej akurat wyładowanej po brzegi ciężarówki, także sypią się niemal pod nogi nalewającego benzynę niedopałki papierosów - modle się abyśmy stąd jak najszybciej ruszyli.

*Diwali [Dipawali] - trwające pięć dni, najweselsze hinduskie święto. Nocą zapala się setki oliwnych lampek, maluje lub układa na ziemi z kwiatów wizerunki bóstw. Dla dżynitów jest to zarazem początek nowego roku.

DZIEŃ 2

Hinduskie filmy rozkręcone na cały regulator. Bollywood pełną parą, znane hollywoodzkie produkcje żywcem przerabiane na lokalny rynek, zmienia się tylko aktorów i wstawia kilka teledysków i nowy hit rodem z bollywood gotowy. Współczesne indyjskie kino to kino akcji przeplatane z romasidłem, komedią i musicalem. Obowiazkowym elementem każdego filmu są wklejane niemal co chwilę teledyski śpiewane przez głównych aktorów niezawsze mające jakikolwiek związek z toczącą się akcją. Cała noc mija nam pod znakiem wszechobecnej tandety. Rano szybki posiłek, dal bhat i dalej w drogę, około południa docieramy w końcu do Sonauli granicy Indyjsko-Nepalskiej. Szybka obsługa, kilka USD mniej w portfelu i możemy stąpać po ziemi tego małego królestwa. Co kilka kilometrów, kontrole wojskowe, raz po raz mijamy umocnione workami z piaskiem stanowiska strzelnicze. Nieco zmęczony, tępym wzrokiem odprowadzam wycelowane we mnie lufy karabinów. Uświadamiam sobie, że tu naprawdę toczy się konflikt, którym jednak reszta świata nie wiele się interesuje,bo kogo w sumie ma interesować lokalny problem tego ubogiego państwa, bez roponośnych złóż i broni atomowej, żyjącego głównie z turystyki. Około 22 docieramy do miejscowości Mugling, od Katmandu dzielą nas tylko 2 godziny drogi, ale kierowca udaje się na spoczynek. Popijając piwo z poznanymi Nepalczykami, dyskutując o Maoistach, Polsce, konfliktach światowych umilamy sobie czas oczekiwania. W końcu około 5 nad ranem zostajemy wyrzuceni na jakimś skrzyżowaniu w Kathmandu. Na wymarłym o tej godzinie Thamelu, trafiamy do pierwszego otwartego hotelu.

DZIEŃ 3

Thamel robi na nas ogromne wrażenie, w nocy opustoszały w dzień zamienia się w zatłoczone i gwarne turystyczne centrum stolicy. Zagłębie tanich hoteli, knajp, agencji turystycznych i trekingowych oraz sklepów z pamiątkami. Hotel okazuje sie być zwykłą dziurą z latającymi po podłodze kilkucentymetrowymi karaluchami. Poki co nie mówie Magdzie o tym, że nie mieszkamy tu sami, bo szczerze mówiąc nie chce mi się już nigdzie przenosić. Kierując się w stronę Durbar Square, zaglądamy w coraz to nowsze zaułki. Zwiedzanie Kathmandu należy do rzeczy niezapomnianych, niezwykle gwarne i kolorowe ulice z tysiącami sklepików, kryjące w niemal każdym podwórku posągi i świątynie. W ten sposób trafiamy właśnie do Stupy Kathesimbu. Kilka razy błądząc na ruchliwych skrzyżowaniach Asan Tole i Thahiti Tole docieramy w końcu do placu Durbar. Ominąwszy sprytnie budkę strażniczą i zaoszczędziwszy sporo rupii w kieszeni, kierujemy się między świątynie. Drewniany dom, kilku sadhu, siadając na stopniach Maju Deval, słyszymy swojski polski język... Szybka wymiana zdań, i uderzamy na freak street, potem ponownie wiecznie zatłoczone Asan Tole, kilka mniejszych świątyń i główna część Kathmandu została zaliczona.

Wieczorem zimne piwko z poznanymi polakami w Irish Pubie przy muzyce na żywo w rytmach Rolling Stones i Boba Dylana. Co druga spotykana na ulicy osoba oferuje towar. Pełen asortyment "bang cookies, hash, marihuana, brown..." wypowiadając te słowa podtyka mi pod nos rzeźbionego słonika lub miniaturową szachownicę. "No thanks" odpowiadam i odprowadzam go wzrokiem...

DZIEŃ 4

Z samego rana łapiemy z Arturem i dziewczynami tutu (to taka odmiana dużej rikszy, w indiach - tempo) i jedziemy do Patanu. Co ciekawe zarówno w Indiach jak i w Nepalu, ludzie bardzo często nie wiedzą podstawowych rzeczy typu jak dojść do głównego placu, znajdując sie od niego np. jedną przecznicę, ale mimo to chętnie udzielaja pomocy. Dlatego też każdą informację trzeba potwierdzać u kilku kolejnych spotykanych osób. W ten sposób lekko błądząc docieramy w końcu do placu Durbar. Przy wejśćiu od razu haltują nas strażnicy i karzą uiścić opłatę, na szczęście plac jest na tyle duży i dochodzi do niego tyle innych dróg, że sie wycofujemy i obchodzimy budke strażniczą dookoła. Ponownie sporo grosza pozostaje w kieszeni. Potem jeszcze stupa, oraz złota świątynia z żółwiami i szczurami.
Łapiemy ponownie tutu i wracamy w okolice Thamelu. Miasto szykuje się na powitanie nowego roku. Ulice przyzdobione lampionami i girlandami kwiatów. Ludzie usypują na ziemi z różnych barwników wizerunki bóstw. Nad naszymi głowami powiewaja transparenty "Happy New Era 1123". Zaczyna się powoli noworoczne szaleństwo. Po zapadnięciu zmroku całe miasto rozświetlone jest oliwnymi świeczkami. Witryny sklepów, okna domów, podwórka, pomniki, świątynie. Atmosfera troche przypomina tą z naszego dnia "wszystkich zmarłych" z tym, że to niewątpliwie najweselsze hinduskie święto. Od sklepu do sklepu biegają grupki dzieciaków wyśpiewując rożne piosenki i prosząc o pieniądze. Na ulicach odbywają się tańce, strzelają fajerwerki. Tak to będzie zwariowana noc.... uderzamy do Sam's Place. Zimny heineken dobrze nam zrobi w tą sylwestrową noc :-)

DZIEŃ 5

Kierujemy się z rana do Pastupinath, jednego z najważniejszych ośrodków hinduistycznych w Nepalu. Po drodze mijamy dobrze strzeżony pałac królewski. Wysoki kilkumetrowy mur, co kilka metrów, uzbrojony żołnierz, macha nam żebyśmy przeszli na drugą stronę. Tak blisko muru królewskiej posiadłości nie można przechodzić. W końcu po ponad godzinnym marszu dochodzimy do świątyni. Wstęp dla ludzi innego wyznania oczywiście wzbroniony, udajemy się zatem nad rzekę, skąd dochodzą gęste kłęby dymu. To miejsce kremacyjne. Kiedy przepalona do połowy ludzka noga niemal nie wypada ze stosu, migawki aparatów idą w ruch.. nie jeszcze nie tym razem, noga została podsunięta spowrotem od ognia, trzeba by znaleźć inny ośrodek zainteresowania, bo dym zaczyna gryźć w oczy.

Przechodzimy mostem na drugą stronę, pod nami w płytkiej rzece, małpy pałaszują resztki ozdób pogrzebowych, owoce i girlandy kwiatów. Na drugiej stronie w zaułku budynków siedzą sadku - hinduscy święci, mężowie, asceci. Długie gęste dredy, niby w totalnym bezładzie, ale tworzą na ich głowach finezyjne kształty. Ich ciała wymazane popiołami i kolorowymi barwnikami wyglądają naprawde przerażająco, ale zarazem fascynjąco. Podchodzmy bliżej, nie na tyle jednak aby zwrócić na siebie ich uwagę. Stąd można spokojnie uwiecznić ich portrety. Następnie długimi schodami wspinamy się na górę, gdzie stoi kilkadziesiąt małych świątyń i posągów. Niemal wszystkie opanowane przez stada ciekawskich małp, które zaczynają podążać naszym śladem, dopominając się o coś do jedzenia.

Udajemy się w kierunku Budha Stupa - największej stupy buddyjskiej w Nepalu i jednej z najwiekszych na świecie. Droga prowadzi przez obrzeża Kathmandu, zruinowane, wręcz slumsowate dzielnice. W końcu udaje nam się dotrzeć do celu. Stupa robi naprawdę niesamowite wrażenie, jest ogromna. Wokół niej zgodnie z ruchem wskazówek zegara podążają wyznawcy, kręcąc młynki i wypowiadając słowa mantry. Obchodzimy stupę z drugiej strony i wchodzimy na jej kopułę. Ostre słońce odbite od białej powierzchni razi nas w oczy, szybko okrążamy ją dookoła i schodzimy. Tu przynajmniej można się jej spokojnie przyjrzeć. Łapiemy tutu i wracamy do centrum, wysiadamy gdzieś na jakimś skrzyżowaniu, mniej więcej na oko kierujemy się w stronę Thamelu, bingo trafiamy bezbłędnie. Wsuwamy momo, zimna cola i idziemy do Swayambhunath Stupa. To chyba najbardziej znana stupa, wręcz symbol Nepalu. Droga do Swayam zajmuje około 40 minut, idziemy przez mało turystyczne rejony, obserwując zarazem jak nepalczycy świętują drugi dzień diwali. Cały czas trwają malunki bóstw na różnych placach, ciągle palą się świeczki, choć już nie w takiej ilości co poprzedniego dnia. Mijamy sklepy mięsne a w zasadzie rzeźnicze, jeden za drugim, wręcz na ulicy, gotowane kury pozbawiane są pierza, a następnie tasakiem pozbawiane głów. Na ladach zalegają głowy kóz, a w okolicach sklepów stoją kałuże krwi. Zapatrzony na tą rzeź niemal nie wpadam pod rower, na którym przez kierownik przerzuconych było kilkanaście jeszcze żywych kur, ale związanych za nogi. Po zabijane kurczaki ustawia się od razu kolejka chętnych.

Przechodzimy przez skrzyżowanie, tutaj przy rytmach muzyki jakiś koleś wykrzykuje coś do mikrofonu, wokół tłum ludzi pochylonych nad ziemią przekrzykuje się niemiłosiernie, zaglądamy przez ramię, na ziemi jakaś szachownica i pełno pomiętych banknotów.. to pewnie jakaś gra hazardowa. Nie znając reguł, wolę się nie dołączać, stupę widać już na horyzoncie.

Wspiąć się do niej trzeba po bardzo wysokich schodach, oprócz tego wspinaczkę umilają wyjątkowo bezczelne i nachalne małpy. Na szczycie jest ich jeszcze więcej, okupują dachy, spuszczają sie na rynnach. Nagle słyszę jakiś rumor, tak to kilka małp zeskoczyło prosto w jakieś stoisko z pamiątkami. Nepalczyk kląc coś pod nosem, stara się je przegonić, ale na niewiele się to zdaje. W miejsce jednych pojawiają się od razy następne. Sama stupa znajduję się na wysokim wzgórzu z wspaniałym widokiem na Kathmandu. Robi także wspaniałe wrażenie, ale nie jest już tak duża jak stupa która oglądalismy przed południem.

DZIEŃ 6

Pobudka z samego rana i idziemy na poszukiwanie naszego autobusu do Pokhary. Tłumy ludzi,i pełno autobusów, jednak nikt nie może znaleźć tego odpowiedniego. Pasażerowie sa upychani zamiennie, wystarczy że autobus jedzie w odpowiednim kierunku. Kiedy nasze bagaże ląduja na dachu jednego z nich a my zaczynamy się umiejscawiać w środku, okazuje się, że własnie podjechał nasz właściwy autobus. Szybka zmiana miejsc i przerzucenie bagaży z dachu na dach i opuszczamy Kathmandu. Droga prowadzi krętą drogą wzdłuż wijącej się w dole rzeki Trisuli. W połowie drogi napotykamy autobus tej samej firmy jadący jednak w przeciwnym kierunku. Ostre hamowanie, zmiana kierowców i jedziemy w dalszą drogę. Tak na marginesie to niezły sposób mają ci kierowcy.

Około południa docieramy w końcu do Pokhary. Autobus wyrzuca nas nad brzegiem Plewa Thal i od razu dopada nas pełno naganiaczy oferując "wspaniałe warunki hoteli" zbywamy ich i idziemy bliżej centrum. W Końcu udaje nam sie znaleźć w samym centrum bardzo ładny i czysty hotelik za niesamowicie wręcz niska cenę. Cały czas nie mogłem dojść gdzie leży kruczek, ale chyba go po prostu nie było. Wieczorny spacer brzegiem jeziora i główną ulicą pozwala nam się zorientować w cenach i umiejscowieniu najważniejszych punktów miasta. Pokhara, część położona nad jeziorem, przypomina kurort, same knajpki, hotele i sklepy z pamiątkami. Jest też tutaj Hard Rock Cafe Himalaya, a w knajpach wieczorami serwuje się klientom seanse filmowe w stylu "Lord of the rings" czy "Ocean's eleven". Trwające ciągle Diwali dodaje uroku temu miejscu. Zapalone wieczorami świeczki rozświetlają witryny, przed sklepami odbywają się tańce, ze sklepów muzycznych dochodzą dźwięki bardzo popularnej tybetanskiej muzyki ze śpiewaną mantrą.

DZIEŃ 7

Z samego rana idziemy brzegiem jeziora do tamy, a następnie do wodospadu. Z powodu braku czasu, pozwalającego nam na jakikolwiek sensowny treking, decydujemy się podejść do sprawy bardziej rekreacyjnie, zaliczając tylko okoliczne górki, wieczorami spędzając czas w knajpach. Pierwszą z takich górek było wzniesienie po drugiej stronie jeziora, na którym znajdowała sie "World Peace Pagoda". Od wodospadu kierujemy się zatem bezpośrednio pod górkę. Nieco monotonna wspinaczka, szybko nas nudzi, więc nagłe spotkanie z bykiem przywraca energię w nogach :-). Po jakiś dwóch-trzech godzinach wspinaczki docieramy w końcu na szczyt. Wylegując się na trawce, podziwiamy wspaniałe widoki Maczhapuczare i Annapurny, oraz odbijające się ich szczyty w wodach Plewa Thal. Napotkany na szczycie dziadek, oferuje nam tradycyjnie pewnien umilacz po bardzo atrakcyjnej cenie. Tym razem dajemy się jednak skusić. Ponieważ słońce zaczynało już chować się powoli za górami, schodzimy w dół do przystani. Siedem osób w małej łódce to trochę za dużo, ale zdając się na zapewnienia wiosłującego chłopca, decydujemy się na rejs. Przy gwałtowniejszym przechyle woda niemal nabiera się do środka, udaje się nam jednak stanąć suchą stopą na drugim brzegu.

DZIEŃ 8

Tym razem poranne wstawanie nie wyszło nam za bardzo. Dziewczyny wybrały się na szczyt z samego rana, Artur podążył jakieś 2 godziny za nimi. Teraz kolej na nas. Dochodzi południe, szczyty spowite są gęstymi chmurami, więc z ładnych widoków nici. Wyruszamy na Sarangot, chyba najpopularniejszy jednodniowy trek z Pokhary. Wspinaczka wiedzie najpierw poprzez nepalskie wioski, między chatami i polami a następnie poprzez las. Wejście na szczyt zajmuje nam około 3-4 godzin. Ponieważ chmury zaczęły się przesuwać postanowiliśmy zostać tu trochę dłużej i poczekać. Opłacało się, po jakiejś godzinie, naszym oczom ukazały się wspaniałe masywy Maczhapuczare i Annapurny. Zachodzące powoli słońce dawało niesamowity spektakl światła, kiedy to góry zaczęły lśnić na pomarańczowy kolor. Ponieważ wędrówka w dół zajęłaby nam kolejne dwie godziny i kontynuowalibyśmy ją zapewne już po zmroku, łapiemy autobus. W środku oczywiście nie ma miejsca, wdrapujemy sie zatem na dach. Kręconymi drogami, ścinając głową liście bananowców mkniemy w dół, kiedy dojeżdzamy do miasta, pojawia się inne zagrożenie, dokładnie 10-20 cm nad naszymi głowami świstają kable elektryczne, nieco pochylony, modlę się w duszy, aby nie było żadnego poluzowanego i zwisającego nieco niżej. Anka i Monika a Arturem decydują sie zostać jeszcze w Pokharze. Ja z Magdą i Izą kupujemy biletu na poranny autobus do Chitwan. Tu nasze drogi sie rozstają czasowo...

DZIEŃ 9

Wyjątkowo rozklekotany autobus, wyruszył punktulanie. Dostaliśmy miejsca na samym końcu, niewygodnie i strasznie skacze. Pół autobusu zajmuje hinduska rodzinka, ehh powiało indiami, czyli hałas, rumor, ciągłe kręcenie, przekładanie tobołków, wcinanie ciastek i śmiecenie na podłogę. Magda patrząc na to wszystko szepce mi do ucha " Ja nie chce wracać do Indii, tu jest tak spokojnie..". Pocieszam ją, że zgadza się Indie są brudniejsze, hałasliwe i ludzie są bardzie upierdliwli, ale niech nie wyciąga wniosków po zaledwie 4 godzinach spędzonych w Delhi. Po 6 godzinach skakania po wybojach i kilku kontrolach wojskowych docieramy w końcu do Todi Bazar.

Tutaj jakże niemiłe zaskoczenie, przypomniał mi się od razu widok z zeszłorocznego Jaisalmeru, gdzie na grupkę 10 urystów czekało około 40 naganiaczy. Tutaj było podobnie, z tym, że byli wyjątkowo upierdliwi i nachalni. "Sir only taxi, no hotel", "Come here sir, very cheap hotel" itd itd. Co ciekawe wszystkie stojące tam samochody to rosyjskiej pordukcji GAZy lub UAZy, przezywające swoje ostatnie chwile w tej nepalskiej dziurze. W końcu ładujemy się na jakiegoś GAZa i jedziemy do Sauraha. Jest to wioska oddalona od Todi o około 6 kilometrów. Zbudowano ostatnio most łączący Todi z wioska , ale po ostatnich powodziach jest niestety nie przejezdny dla autobusów. Można tu się dostac tylko Jeepem.

Sauraha to mała wioska, przy wejściu do Parku Chitwan, same hotele i knajpy. w bocznych uliczkach glinane chaty ludzi Tharu. Poza rowerami najczęściej spotykanymi środkami lokomocji w tej wioski są słonie. Wybieramy Jungle Sunset Camp, nad samym brzegiem rzeki w widokiem na dżunglę. Uciekając od luksusów, decydujemy się na gliniane chaty kryte strzechą, czyli pająki, jaszczurki i inne wynalazki - Magda jest zachwycona :-)

Po obiedzie wybieramy się na pieszą wycieczkę do "Elephant Breeding Centre". Po jakiejś półgodzinie marszu docieramy do rzeki, tutaj przewoźnik transportuje nas na drugi brzeg, gdzie już widać budynki centrum hodowli słoni. W ośrodku znajduje się około 20 zwierząt, wszystkie z wyjątkiem małych słoników przywiązane. Kupujemy przy wejściu specjalne ciastka do karmienia słoni i częstujemy nimi te najsympatyczniejsze. Bardzo daje się nam we znaki jeden maluch, który ciągle chodzi za nami i stuka nas głowa jakby próbował przepchnąć, jednocześnie wciskając trąbę gdzie się tylko da w poszukiwaniu jedzenia. Po krótkiej zabawie ze słoniami, wracamy do wioski. Rezerwujemy sobie na wschód słońca przejażdzkę na słoniu.

DZIEŃ 10

W wiosce można wykupić przejażdzkę na słoniach rządowych wewnątrz parku, lub prywatnych na obrzerzach parku. Te prywatne są o połowę tańsze, a prawdopodobieństwo zobaczenia nosorożca jest niemal takie same. Dosiadamy młodej słonicy o imieniu Kali i udajemy się do dżungli. Niestety niemal 3 godzinna przjeżdzka, przedzieranie się po najwiekszych chaszczach nic nie daje. Poza śpiącym krokodylem i kilkoma jeleniami nie udaje nam się zobaczyć rhino. Na szczęście rezerwując poprzedniego dnia tą imprezę upewniałem się czy dają nam gwarancję zobaczenia nosorożca. Kierownik tego interesu potwierdził, że jak najbardziej i tu był jego błąd. W ramach rekompensaty zaoferował nam bezpłatną druga przejażdzkę w innym rejonie przy zachodzie słońca. Mimo iż już nie czujemy tyłków, bo jada na słoniu nie należy do najwygodniejszych, z radością przyjmujemy propozycję.

Tymczasem wybieramy się na 4 godzinny spacer po dżungli. W towarzystwie dwóch przewodników, przeprawiamy się na druga stronę rzeki i stajemy oko w oko z naturą. Za każdym razem może czaić się dzikie zwierze. Park Chitwan słynie z tygrysów, leopardów, nosorożcy, krokodyli i pewnie jeszcze wielu innych niebezpiecznych zwierząt. Ponieważ nasz spacer wypadł dokładnie w godzinach popołudniowych, dżungla wydawała sie wymarła, poza dochodzącymi odgłosami walczących nosorożcy niewiele udaje nam się zaobaczyć. Wracamy zatem do wioski, gdzie czeka juz na nas kolejny słoń.

Tym razem na słonia dorzucają nam jeszcze jednego turystę. W cztery osoby na grzbiecie robi się już naprawdę ciasno i niewygodnie, ale cóż darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Mamy jazdę za darmo trzeba korzystać :-) Myśle, że przewodonik otrzymał odpowiednie wskazówki i tym razem pakuje się dokładnie w najwiekszcze chaszcze, drapiąc i rysując nasze ręce i odsłonięte nogi. W końcu nasze cierpienie zostaje wynagrodzone, przed nami w małym bajorze wyleguje się olbrzymi jednorożny nosorożec. POdchodzimy do niego na zaledwie dwa-trzy metry. Słoń zadziornie ryczy mu trąba do ucha, ale olbrzym jedynie przekręca się na drugi bok i odrwaca do nas dupą. Tak czy inaczej jesteśmy pod dużym wrażeniem. Zaczynałem już wątpić w istnienie tych zwierząt, ale moja cierpliwośc została wynagrodzona. Kiedy zaczynało się juz robic ciemno wracamy do wioski. Niespełna 400 metrów od pierwszych zabudowań, słoń nagle staje jak wryty i nerwowo zdziera trąbę, wachlując uszami. Widac, że jest poddenerwowany, wszyscy wychylamy się z jego grzebietu zobaczyć co się stało, kieyd przed nami na ścieżce w odległości jakiś 5 metrów spokojnie przechodzi leopard. Tak ta druga wyprawa zdecydowanie była udana. Współczuję tylko mieszkającym w tych okolicach wieśniakom, którzy codziennie mogą spotkac się z tygrysem lub leopardem oko w oko, a nosorożce regularnie niszczą im uprawy.

Do wioski dociermy jak jest juz zupełnie ciemno. Po zejściu z grzbietu zwierzęcia ledwo mogę zrobić jakikolwiek krok, Magda wygląda na połamaną. ale na naszych twarzach maluje sie uśmiech zadowolenia.

Stojący niepodal nepalczycy oferują swoją pomoc w przeprowadzeniu nas koło jednostki wojskowej, co po zmroku w związku z sytuacją polityczną w Nepalu może być ryzykowne. Nagle dostajemy po oczach reflektorem i widzimy zołnierzy na stanowiskach strzelniczych "Stop, who are you ?" "tourists" odpowiadamy i mijamy porozstawiane na drodze zasieki z drutów. Totalnie wyczerpani walimy się na łóżko, jutro rano ponownie wczesna pobudka.

DZIEŃ 11

Dzisiaj jest pierwszy dzień trzydniowego ogólno krajowego strajku Maoistów. Jeszcze wczoraj wieczorem nikt do końca nie wiedział czy strajk będzie, a jeśli tak to w jakiej formie. Dziś stało się wszystko jasne. Pozamykane sklepy, knajpy, brak słoni na ulicach. Wioska wygląda na wymarłą, Ja z Magdą z samego rana w towarzystwie dwóch przewodników wybieramy się na całodzienny spacer po parku. Przekraczmy spowitą mgłą, rzekę, i zagłębiamy się na spotkanie oko w oko z naturą. Co by tu dużo mówić, nie jest to bezpieczna zabawa, przewodnicy wyposażeni są tylko i wyłącznie w metrowej długości bambusowe pałki i dobrze wspinają się na drzewa, czego o nas akurat nie mogę powiedzieć. Wystarczy się modlić aby nie było to koniecznością. Na pytanie na co zdadzą się im te pałki w przypadku spotkania naosorożca czy tygrysa, odpowiadają "You know we are the guides, we have the licence... licence to death". Słowa te nie były zbyt pocieszające dla mnie, biorąc po uwagę i tak wysoki poziom adrenaliny w żyłach.

Od razu napotykamy świeży (kilkugodzinny) trop tygrysa, a następnie nosorożca, udajemy się zatem w jego poszukiwaniu. Najpierw przedieramy się przez wysokie 3-4 metrowe trawy, do butów przyczepiają się nam pijawki, dochodzimy do jakiejś małej rzeczki - wodopoju zwierząt, ale niestety nie ma tu nikogo. Przewodnicy z małpią zwinnością wspinają się na drzewa w wypatrywaniu zwierza, ponownie bezskutecznie. Nagle nad naszymi głowami, w koronach drzew rozlegają się wrzaski to stado olbrzymich makaków, najwyraźniej zainteresowane naszym pojawieniem przemieszczają się chwilę za nami strącając na nasze głowy różne owoce. Powoli słońce wstaje coraz wyżej i upał zaczyna dawać się we znaki, przedzierając sie najpierw przez trawy i gęste lasy dochodzimy teraz do wysokiego lasu. Tutaj już można chodzić swobodniej, nie długo jednak, przewodnicy natrafiwszy na koleny trop znowu prowadza nas przez zarośla, ale ponownie natrafiamy tylko na odchody. Kiedy przewdonicy wspieli sie na drzewa i kręcąc głowami pogrzebali nasze (moje, bo Magda chyba nie miała takiej ochoty) marzenia na spotkanie z tym olbrzymem, usłyszałem za sobą szelest wysokich traw. Może tylko mi się wydawało, ale kiedy wyszliśmy zza zakrętu przed nami stanął olbrzymi nosorożec. Powoli wycofaliśmy się za zakręt nie prowokując zwierza, byłem naprawdę usatysfakcjonowany.

Magda chyba jak najszybciej marzyła o oddaleniu sie od tego miejsca, tak tez zrobiliśmy, niespełna 400 metrów dalej zatrzymaliśmy się na obiad. Wyjątkowo ostry i smaczny zarazem Dal bhat szybko zniknął z naszych talerzy. Przeprawę przez kolejną rzeczkę ze względu na pijawki odbyliśmy na plecach naszych przewodników. Ponownie wchodzimy w wysokie 4-5 metrowe trawy, tu już nie ma ścieżki, niestety nie mamy także maczety, w końcu cały w czerwonych mrówkach i rzepach wydostaję się do lasu. Tutaj przynajmniej można schowac sie w cieniu. Powoli zmęcznie daję się nam we znaki, przez moment droga staje się nawet monotonna, ale łamane krzaki i duża, czarna, porykująca, włochata kula ucieka niemal spod naszych nóg. W tym momencie nawet przewodnicy staneli jak wryci po czym wydusili z siebie "sloath bear". Tak tutaj naprawdę trzeba mieć oczy dookoła głowy, każdy moment nieuwagi może skończyć się tragicznie. Powoli kierujemy się w drogę powrotną, po drodze widzimy jeszcze kilka jeleni, ponownie stado legwanów i makaków, oraz wylegującego się na brzegu rzeki krokodyla. Dokładnie przed zmierzchem udaje nam przeprawić się spowrotem przez rzekę. Tutaj jesteśmy bezpieczni...

DZIEŃ 12

a brak atrakcji w dwóch ostatnich dniach nie mogliśmy narzekać, dziś nie robimy kompletnie nic, zasłużony dzień odpoczynku. Siedząc na brzegu rzeki, dostrzegam po drugiej stronie, wychodzącego z dżungli słonia, przyszedł do wodopoju, przenosze sie troche bliżej "głównej plaży" tutaj kąpiące się nepalki, uśmiechają się nieśmiało i zaraz wracają do swoich zajęć, rozczesywania długich czarnych włosów i prania ubrań. Grupka dzieciaków pluszcze się w wodzie, skacząc z wysokiej skarpy. Część z nich nie umiejąca pływać spływa z prądem zabezpieczona pustymi plastikowymi butelkami po napojach, pęłniącymi w tym momencie rolę koła ratunkowego.

Kilka metrów dalej, przechodzą nad rzekę dwa słonie z poganiaczami. Im także należy sie kąpiel, olbrzymie cielsko kładzie się w wodzie, wystawiając tylko trąbę. Zaczyna się szorowanie uszu , ogona, grzbietu, widać, że czynności te najwyraźniej sprawiają zwierzętu dużą przyjemność. Przechodzący obok turyści dołączają się do kapieli z olbrzymem. Do mnie dołącza się natomiast nepalczyk. Dowiaduję sie od niego, że w wiosce jest mały 3 miesięczny nosorożec, któremu kłusownicy zabili matkę. W związku z zaostrzeniem się sytuacji w Nepalu i walkami maoistów, wiele wojska stacjonującego normalnie w okolicach chitwan i pilnującego królewskiego parku, została skierowana do punktów zapalnych tego małego królestwa, zmniejszając tym samym ochronę zwierząt i dając pole do popisu kłusownikom. Niewiele myśląc podtrzymuje temat młodego nosorożca i prosze o pokazanie go nam.

Widać, że strażnicy zajmujący sie maluchem początkowo byli bardzo nieufni i niezadowoleni, że wieść o "małym" się roznosi po okolicy, jednak po krótkiej rozmowie, poprosili nas żebyśmy wrócili pod wieczór i przynieśli ze sobą jakieś owoce. Maleństwo nazywało się "Beauty" (na zdj.) i zachowywało się jak mały szczeniak, chodząc i obcierając się o każdego. Niewykształcony jeszcze róg, dodawał humorystycznego wyglądu. Wsadzając niemal całą dłoń w pysk malucha, karmię go bananami. Jeszcze chwila zabawy i maluch nie ma zamiaru zostawać w zamknięciu, odchodzi z nami. Krążąc w kółko po terenie i próbując zgubić malucha, powodujemy salwy śmiechu u przyglądających się wieśniaków. W końcu skok przez płot, pozwala nam się uwolnić od towarzystwa nosorożca.

DZIEŃ 13

Dziś ostatni dzien strajku. Powrotu do normalności oczekują zarówno sami nepalczycy, którzy w końcu będą mogli otworzyć swoje sklepy, jak i turyści, którzy tak jak my zostali tu uwięzieni na kilka dni.
Obudziłem się wczesnie rano, a w zasadzie obudziły mnie ryki jakiś dzikich zwierząt dobiegające z drugiej strony rzeki. Miałem wielką ochotę na wybranie się na rowerową wycieczkę do znajdujących się niedaleko jezior, niestety nikt nie chcial ryzykować i wypozyczyć mi roweru. strajk to strajk. Nie pozostaje nam nic innego jak zwiedzić dokładnie wioskę i okoliczne osiedla plemienia Tharu. Kobiety charakteryzują się dużą ilością tatuaży na rękach, dłoniach i stopach. Poza główną ulicą skierowaną głownie na turystów z hotelami i knajpami, wioska żyje własnym życiem. Typowe rolnicze tereny, przypadający akurat okres żniw, spowodował, że w większości drogi zasłane są słomą, całe rodziny pracuja przy młóceniu zboża, wykorzystując do tego zwykłą ławkę. Kobiety zajmują się tutaj także zbieraniem i rąbaniem drzewa. Codziennie całe pielgrzymki kobiet ze stosami drewna na głowach przeprawia się przez rzekę zanurzone niemal po ramiona.

Popołudniowa ponowna wizyta u "Beauty" i powoli żegnamy się z Saurahą, siadamy nad brzegiem rzeki, obserwując zachód słońca, popijając zimnego heinekena. Dziś trudno tu o wolne miejsce, wszyscy przed odjazdem chcą ostatni raz rzucić okiem na dżunglę i rzekę. Ktoś nagle wstał i krzyknął "Strike is over, we are free !" lecz szybko został zagłuszony przez dobiegające dźwięki bebnów, tradycyjnej nepalskiej muzyki.

DZIEŃ 14

Zamówiony z samego rana przez właściciela hotelu Jeep nie przyjechał o umówionej godzinie. Pewnie się biedny GAZ rozkraczył gdzieś za rogiem. Sytuacja staje sie coraz bardziej nerwowa, bo ucieknie nam autobus z Todi. W końcu pojawia sie Jeep, pakuje sie na niego w sumie około 8 osob z plecakami, stojąc na zderzaku mkniemy przez wioski, do autobusu wpadamy w ostatnim momencie, jednak to jeszcze nie ten własciwy.

Po przejechaniu kilku kilometrów. Wyrzucają nas na skrzyżowaniu informując, że wkrótce przyjedzie kolejny autobus który zabierze nas do granicy. Czekamy dobrą godzinę wpatrując sie w załadowane po brzegi inne autobusy mijające nas co chwila. W sumie nie ma co się dziwić, strajk sparaliżował państwo na 3 dni, teraz wszyscy na gwałt próbują gdzieś jechać coś załatwiać. W końcu pojawia sie też nasz autobus, mały na jakieś 20-30 osób, co dziwne nie do końca pełny jak ruszaliśmy, ale szybko zmienił się ten stan rzeczy. Baby z kurami i kaczkami, niemal siedzące mi na kolanach nie należą może do przyjemności, ale folklor murowany. Późnym popołudniem docieramy w końcu do ostatniej miejscowości po nepalskiej stronie, spotykamy czekające na Izę, Ankę i Monikę z którymi rozstaliśmy się w Pokharze. One nie miały tyle szczęścia co my popijając piwko nad brzegiem rzeki, zu0ełnie bez pieniędzy zdane na łaskę gospodarza hotelu i przez niego karmione, siedziały 3 dni czekając na koniec strajku. Szybkie pożegnania i nasze drogi ponownie się rozstają. One we trzy jadą do Agry, Ja z Magdą uderzamy do Benares. Jeep który miał nas zawieść na indyjską stronę pod przystanek autobusowy, tradycyjnie zmył sie już na granicy. Dalej po wypełnieniu formalności pozostaje nam juz iść piechotą. Indie witaja nas brudem. smrodem, tłokiem i ciemnością na ulicach, Magda nie ma miny zbyt szczęśliwej, ale cóż, pocieszam ją, że w Benares na pewno jej sie spodoba. Docieramy w końcu do Baba Lodge, stąd mamy bezpośredni autobus do Varanasi, jednak to co ujrzeliśmy tylko przypominało autobus. W środku warstwa łupinek po orzechach i innych śmieci sięgała niemal do kostek, rozklekotane skajowe potrójne siedzenia wyglądały jak z horroru. Wogóle był to chyba autobus podmiejski zaadoptowany pod potrzeby dalekobieżne. Pakujemy sie na sam koniec, rzucamy nasze bagaże w sam środek tego syfu, a sami pokładając się w poprzek zajmujemy całe ławki dla siebie. Obok nas w ten sposób postepuje pewnien włoch, dodatkowo rozpalając w autobusie kadzidełka. Pijany Nepalczyk śpiewający przez całą drogę piosenki, kierowca szczelnie owinięty szalikiem wyglądający jak mumia, kontrole wojskowe (w indiach to coś nowego !). Jednym słowem to naprawde najgorsza podróż jaka tylko mi sie w Indiach trafiła poddczas moich dwóch pobytów tutaj. Około 6 nad ranem docieramy w końcu do Benares (Varanasi)... Dorwany pierwszy z brzegu rikszarz dokładnie pierwszą swoją propozycją wstrzeliwuje się w hotelik, do którego akurat miałem zamiar trafić, błądząc w ciemnościach wąskimi uliczkami starego miasta, docieramy w końcu na miejsce, po 24 godzinach ciągłej jazdy po wybojach możemy się w końcu wygodnie położyć...

DZIEŃ 15

Krótki sen, potem śniadanie na dachu Shanti (dobrze znana mi dziura, z poprzedniego pobytu w Varanasi) i idziemy nad ghaty. Już z pewnej odległości czuć ostry gryzący w oczy dym, tak to ghat Manikarnika, tutaj kremacja odbywa się 24 godziny na dobę. Omijamy kilka stosów i udajemy się na północ wzdłuż brzegu gangesu, dochodząc do meczetu Alamgir. Spotykamy tutaj znajomego naciągacza, który oprowadzał mnie po mieście w zeszłym roku. Tym razem także trudno było sie nam od niego odczepić, jednak skutecznie odmawiając jego wszystkim propozycjom znajdujemy schronienie w kafejce internetowej. Zapuszczamy się potem w wąskie uliczki starego miasta. Tutaj czas niemal sie zatrzymał, sprzedawcy wylegujący się pośrodku swoich sklepów, odprowadzają nas leniwie wzrokiem, nawet nie próbując zaprosić do środka. Na każdym rogu, sprzedawcy betelu, przycinają skrzętnie liście. Pod ścianami wysiadują uliczni szewcy i sprzedawcy owoców. Wypchane po brzegi słodkościami "cukiernie" kuszą kolorami, raz po raz z bocznej uliczki wystawia głowę krowa, za kolejnym rogiem, olbrzymi byk leży w poprzek wąskiej ścieżki, biorę głeboki oddech i przechodzę nad nim, ledwo zdazyłem odetchnąć, wyskakują na mnie dwa strasznie rozwścieczone psy, mijam je pewnym krokiem, ale Magda musi znaleźć inną drogę. Docieramy w końcu spowrotem do ghatu Manikarnika, stąd udajemy się na wieczorną przejażdzkę łodzią po gangesie.

Płyniemy w górę rzeki w stronę Ghatu Dasaswamedh, wygląda on niesamowicie, cały przyzdobiony girlandami kwiatów i rozświetlony kolorowymi lampkami. Akurat dziś wypada pierwszy dzień 3 dniowego święta gangesu. Naszą łódź mijają przepływające na liściach bananowca, oliwne lampki - prośby i życzenia. Nagle obok nas wynurza się z wody olbrzymi grzbiet ryby, wielkości połowy człowieka. Wszyscy są zaskoczeni, ja osobiście nie sądziłem, że może tu być jakiekolwiek życie w tych wodach. Udajemy się z Magdą ponownie do ghatu Dasaswamedh na festiwal Gangesu. Pełno zaproszonych gości, maharadżowie i inne vipy. Dla turystów znajduje się specjalnie wydzielony sektor, tak więc nie mamy zbytniej mozliwości wyboru miejsca. Tradycyjne hinduskie tańce i koncert grany na sitarach i tablach. W pełni uradowani i zaspokojeni kulturalnie udajemy się na spoczynek.

DZIEŃ 16

Poranny rejs po gangesie odszedł w niepamięć, nikomu nie chciało sie zrywać o 5 rano, dzis zwiedzamy stare miasto na południe od naszego hotelu.

Zaraz za rogiem, znajomy sprzedawca, oferuje nam paczkę willsów, za kolejnym dziadek z oblepionymi rekoma w cieście zaprasza nas do spróbowania swoich wypieków, usmiecham sie, pstrykam zdjęcie i odchodzę. Ulica serowa, kolejna ciastkarnia, sprzedawcy betelu, pamiątkarze, dealerzy, rikszarze i naciągacze, wsród tego wszystkiego krowy wydają sie byc najsympatyczniejsze, bo jako jedyne nie chca cie na nic naciągnąć. Docieramy w końcu do ghatu Dasaswamedh, gdzie wczoraj byliśmy na festiwalu, dzis od razu dopada nas stado masażystów, fryzjerów i golarzy. Dobre dziesięć minut muszę im tłumaczyć że mojej krótkiej fryzury nie ma sensu skracać, a z tym pokaxnym zarostem czuje sie naprawdę wspaniale. To wszystko niemal na marne kiedy zresygnowany fryzjer pyta sie na koniec "Nie chcesz strzyżenia to może przynajmniej masaż głowy ?" Moja cierpliwośc dobiegała powoli końca. Po spławieniu kolesia, nastepny czeka juz w kolejce, może jemu się powiedzie, wyciąga do mnie dłoń "Hello sir", wyciagam także dłoń do niego, która niemal natychmiast grzęźnie w jego stalowym uścisku i zaczyna sie masaż palców. Tym razem muszę podnieść głos, żeby odczepili sie ode mnie. Kiedy myślałem, że to już się skończy, nadeszła kolej na żebraków. Ci cierpliwie czekając na swoją kolejke podążali w naszym orszaku od kilku dobrych minut, więc teraz tak łatwo nie popuszczą. Daje Magdzie znak głową i opuszczamy ghat Dasaswamedh - wrócimy tu wieczorem. Tymczasem spacerujemy główna ulicą idącą wzdłuż starego miasta, jednak hałas i olbrzymi ruch, zapędza nas spowrotem w ciche i spokojne uliczki. Tym razem trafiamy na ulicę handlową, sklepy z materiałami, i wszelkiego rodzaju dewoncjonaliami hinduizmu. Od obrazków ze świętymi krowami, bóstwami, po figurki fallusów kończąc, branzoletki, wisiorki, sari, kolorowy zawrót głowy.

Tymczasem na ghacie Dasaswamedh rozpoczynał się kolejny dzień obchodów święta Gangesu. Tu gdzie rano znajdowały się miejsca do masażu, teraz odprawiane są rytualne obrządki, chwilę póxniej na głwnej scenie zaczyna się pokaz tańca i koncert gry na tabli. Podchodząca co chwila dziewczynka pyta się któryś raz z kolei: "Czai sir ?" No thanks odpowiadam odruchowo, choć chętnie bym się napił herbaty, ale nie mam gwarancji, że ta woda nie jest brana bezpośrednio z Gangesu. "No czai ? Ok no problem bejbi" odpowiada niespełno 8 letnia dziewczynka, zalotnie odrzucając na odchodne. Mój wzrok pada na ciemne wody Gangesu, gdzie spływa połączonych w szeregu, rozświetlonych lampkami kilkadziesiąt łodzi. Rzeka zdaje sie płonąć ogniem oliwnych lampek...

DZIEŃ 17

Ostatni dzień w Varanasi, od rana spędzamy na zakupach, kilka pamiątek, bluzek itp. Siadamy potem nad ghatem Manikarnika, patrząc na bawiące się latawcami dzieci. Od dziś varanasi będzie się mi zawsze kojarzyć z latawcami, dziesiatki, setki, małych zaledwie półmetrowych kwadratów, sprawia niesamowite wrażenie. Bawią się tak zarówno dzieci jak i dorośli, okupując dachy swoich domów, wpatrując się w migające punkty. Varanasi to także miasto małp. Są one praktycznie wszędzie, szczególnie wieczorami, całe stada makaków opanowywują dachy domów, zaglądając przez okna, kradnąc co popadnie, wchodząc do domów. Dzieciaki które przez całe dnie okupowały te miejsca ze swoimi latawcami, także ustępują miejsca zwierzętom. Siedząc w hotelowej knajpce na dachu, nie zauważam gdy nagle na poręczy jakieś 2 metry ode mnie ląduje duża małpa. Na szczęście tak szybko jak sie pojawiła tak szybko znikneła. Podchodzę do barierki i wychylam się patrząc w dół, gdzie po gzymsie przechodzi właśnie kolejne stado kilkunastu małp. Ostatni rzut oka na Ganges, na dym unoszący sie z kremacyjnych stosów, na setki fruwających latwców i na pomarańczowy zachód słońca. Czas się zbierać na pociąg.

Podróż rikszą do dworca zajęła nam niemal godzinę, rikszarz walcząc z innymi o klientów zgodził sie na tak niska cenę, że daje mu dwa razy więcej niż powinienem. Facet jest wniebowzięty i pewnie poleca mnie swoim wszytskim bogom, co ze względu na ich ilość na pewno przyniesie mi szczęście :-). Pociąg tradycyjnie spóźnia się, na szczęście tylko dwie godziny. Błądze po peronie omijając śpiące tam krowy, co i raz sprawdzając czy opóźnienie nie uległo zmianie. W końcu pakujemy sie do pociągu, zwykły sleeper, czyli wagon bez zamykanych boksów tylko z miejscami do leżenia. Wymieniamy się z hindusem na miejsca, tak aby miec miejsca obok siebie. Plecak robi za poduszkę, kołysząc się w rytm pociągu zasypiam... kiedy przebudzam się na moment, wkoło na podłodze śpi także pełno hindusów ... nad ranem będziemy w Delhi.

DZIEŃ 18

Budzę się nad ranem, pociąg stoi gdzieś w polu, wychodzę zapalić, przyłącza sie do mnie wędrowny sadhu i mówi, że on to tylko pali gandzie, ale jakbym go poczęstował fajkiem to bardzo chętnie zapali. Krótka wymiana zdań nt religii i wisiorków na naszych szyjach i wracam na miejsce. Pociąg w końcu wtacza się na stacje kolejową New Delhi, po przejściu przez drogę juz jestesmy na Paharganju i kierujemy kroki do znanego hoteliku, z którego w takim pośpiechu uciekaliśmy pierwszego dnia.

Dziś decydujemy się na spacer do New Delhi, wychodząc z Pahargandzu skręcamy w prawo mijając sprzedawców świerszyków, i żebraków. Nastepnie Connaught Place, czyli gigantyczne rondo, McMaharadża na poprawienie humorów i dalej spacerkiem w stronę parlamentu. Po jakiejś godzinie dochodzimy w końcu do India Gate, olbrzymiego łuku upamietniającego smierć indyjskich żołnierzy, walczących w różnych wojnach.

Od India Gate do Gmachu Parlamentu prowadzi ponad kilometrowa kilkupasmowa i zupełnie nie używana droga. Całe New Delhi nie przypomina tego, co mielismy okazje oglądać przez dłuższy czas. Brak świętych krów, żebraków, rikszarzy rowerowych. Szerokie, czyste wyasfaltowane ulice, przystrzyżone trawniki i ekskluzywne dzielnice willowe. Magda nie mogła uwierzyć, że są także takie Indie. W drodze powrotnej łapiemy autorikszę do Tibetan Market i oddajemy się zakupom, w tych sklepikach na długości około 200 metrów można chyba kupić dosłownie wszystko jeśli chodzi o pamiątki i gadżety. Przed zmierzchem docieramy spowrotem na Paharganj.

DZIEŃ 19

Z samego rana budzą nas petrady i wystrzały, Magda klnie coś pod nosem, że nie ma tutaj jednej spokojnej nocy, oni ciągle coś świętują i strasznie hałasują. Okazuje się, że to święto Sikhów na cześć któregoś ich guru. Po śniadaniu znowu wybieramy się na pieszą wycieczkę, tym razem kierunek Old Delhi. Wiaduktem mijamy linie kolejowe i nastepnie Chawri bazar udajemy sie w kierunku meczetu. Tutaj nie chodzi się nam juz tak łatwo jak wczoraj. Ogromne korki i ruch na ulicach. Riksze rowerowe, autoriksze, krowy i do tego prace nam metrem paralizują ruch. Z trudem przeciskamy się wąskimi chodnikami wzdłuz sklepików oferujących stare książki w wiekszości odkupywane przewdoniki Lonely Planet, bądź ksiażki informatyczne. Nastepnie ulica krawców i serwisów maszyn do szycia. Stanowiska pracy powystawiane niemal na chodniku, ogromny kusz i smog, gryzie w gardło, kierujemy sie niemal na ślepo, mając nadzieję na dotarcie do interesującego nas miejsca. W końcu za koejnym zkrętem pojawia się nam w oddali kopuła Jama Masjid - największego meczetu w Indiach. Po jego bokach stoją dwa ogromne 40-metrowe minarety zbudowane z czerwonego piaskowca i białego marmuru. Zdejmujemy buty i wchodzimy do środka. Przed nami ogromny, mogący pomieścić 25 tysięcy wiernych dziedziniec.
Wychodzimy z meczetu bramą wschodnią i kierujemy się do Czerwonego fortu, niestety jest nieczynny, kierując się zatem Chandni Chouk zmierzamy do świątyni Sikhów. Przy wejściu spotykam znajomego strażnika, który rok temu oprowadzał mnie po okolicy. Tym razem dziekuję mu bardzo, zostawiam buty pod jego opieką i wchodzimy do środka sami. Do świątyni może wejść każdy bez względu na wyznanie. Modlitwę odprawia guru a po jego boku siedzą ludzie wybijając na tablach rytm. Wychodzimy na taras, gdzie napotykamy grupę sikhijskich strażników.

DZIEŃ 20

Ostatni dzień w Indiach, spędzamy na zakupach, kręcąc się w kółko po Pahaganju, odwiedzając ponownie Tibetan Market, próbujemy zabić czas. Zapachy, kadziedełka, kolorowe ciuchy, słoniki i inne pierdoły lądują raz po raz w torbie z zakupami.

Pod wieczór łapiemy taksówkę i mkniemy na lotnisko Indiry Gandi, następnie Szeremietiweo i hala przylotów Okęcie, wychodząc w polarze na płytę lotniska w ten listopadowy dzień, dostaje z zimna dreszczy, jak najszybciej chce to juz miec za sobą, szybka odprawa i welcome home :-) Lecącemu do mnie taksiarzowi z pytaniem "Taxi" odpowiadam już niemal automatycznie "No thanks" dopiero po pewnym czasie uświadamiając sobie, że jestem już w domu.

Kopiowanie i używanie elementów użytych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.