meksyk 2020 relacja

Opis podróży po Peru i Bolowii w 2009 roku

Dzień 1. (05.07. niedziela)

Wstaliśmy o 2:55. Na lotnisku jesteśmy o 4:15. Mimo tak wczesnej pory jest dużo ludzi. Prawie wszyscy lecą na wakacje więc tłoczą się w kolejkach do odprawy do Bodrum, na Rodos czy Majorkę. My stajemy w kolejce do Amsterdamu gdzie mamy przesiadkę do Limy. W Amsterdamie na lotnisku jest nudno ale czas szybko mija. W kolejce do odprawy do Limy widać, że nie tylko my lecimy w podróż. Jesteśmy podekscytowani i nastawieni bardzo pozytywnie. Kolejne 12 godzin spędzamy w samolocie KLM. Oglądam I część filmu o Che Guevarze z Benito del Toro (drugą część zostawiam sobie na powrót). 15.45 Lima

Jesteśmy na lotnisku. Długo czekamy na bagaże i już zaczynam się martwić, że w Amsterdamie przepakowali je do jakiegoś "Honolulu". W końcu są - "całe i zdrowe". Nawet butelka Beherovki dla Jose się nie stłukła. Jose (pracujemy w tej samej firmie, ale nigdy wcześniej nie miałem okazji go poznać) to nasz jedyny znajomy w Limie. Udało nam się skontaktować na kilka dni przed wyjazdem. Czeka na nas z żoną. Okazują się bardzo sympatyczną parą. Jedziemy do hostelu gdzie wita nas Peruwiańczyk w sile wieku. Mówi do nas po angielsku, chociaż my twardo próbujemy używać tylko hiszpańskiego. Płacimy za pobyt, kserujemy paszporty i dostajemy klucze do całkiem dużego pokoju z mikroskopijną łazienką (ale za to z ciepłą wodą co później okazuje się rzadkim luksusem). Mamy 3 łóżka w tym jedno piętrowe składające się z dwóch ustawionych jedno na drugim. Po 30 minutach wraca Jose i jedziemy na kolację do centrum dzielnicy Miraflores. Restauracja jest na klifie nad Pacyfikiem ale widoku niestety nie widać, bo jest już ciemno. Pijemy pisco (najpopularniejszy w Peru drink z lokalnej wódki, soku z limonek i ubitego białka kurzego jaja) i jemy 5 rodzajów ceviche (narodowa potrawa w większości krajów tego regionu). Ku mojemu zaskoczeniu owoce morza podane w ten sposób nawet mi smakują. Z Jose i jego żoną rozmawiamy o Peru i naszych planach zwiedzania. W świetnych humorach wracamy do hostelu i po chwili już śpimy. Teraz tylko odespać podróż i możemy ruszać na zwiedzanie Limy.

Dzień 2. (06.07. poniedziałek)

Od 6:00 pod oknem jeżdżą samochody. Budzę się co 10 minut ale mimo to wstaję wyspany. Właściwie to na dobre budzi nas dopiero o 8.00 ktoś z obsługi ze śniadaniem (pyszne bułeczki, słone masło, dżem, kawa kolumbijska, herbata i sok). Mamy jeszcze banany z podróży, więc nie będziemy głodni. Po prysznicu i kawie do śniadania czuję się bosko. Próbujemy mate de coca czyli herbatkę z liści koki, którą dostaliśmy do śniadania. Napój ten Peruwiańczycy piją często i chętnie. Działa ponoć pobudzająco i pomaga pokonać zmęczenie, a przybyszów chroni przed sorocho czyli chorobą wysokościową.

Mamy cały dzień na zwiedzanie Limy. Na dole w Hostelu właściciel opowiada nam o najważniejszych zabytkach miasta niczym wytrawny kustosz. Dostajemy mapkę i za chwilę jedziemy taksówką razem z naszym przewodnikiem Jose do biura linii lotniczych LAN. Tam kupujemy bilety do Cuzco na wtorek. Ruszamy do centrum. Miasto założył Claudio Pizzaro. Miejsce wybrał paskudne. Stolica Peru wciśnięta między wielki ocean i wysokie góry ma klimat gorszy od Londynu. Mgła, mżawka i chmury są tu na porządku dziennym. Zwiedzamy katedrę, Plaza Mayor oraz południowoamerykański "bar mleczny", w którym serwują kanapki z szynką i cebulą. Kucharz ma na ladzie dwie wielkie szynki (każda chyba po 5kg) i na żądanie klienta kroi grube plastry i pakuje je w bułę. Mają tutaj pyszne pieczywo - miękkie, smaczne i świeże. Chyba nie dotarły tu jeszcze polepszacze.

Idziemy dalej i trafiamy do Hotelu Espana w samym centrum. To chyba najciekawszy hotel w Peru. Na 5 poziomach w licznych przybudówkach, na poddaszach i gankach mieści się kilkadziesiąt pokoików dla turystów. Wszystko w stylu domu kolonialnego z dodatkiem greckich rzeźb, wielkich luster i obrazów. Jesteśmy zachwyceni klimatem tego miejsca i postanawiamy przenocować tutaj jak będziemy w Limie na koniec wyprawy. W Hotelu Espana usiłujemy też kupić bilety na Machu Picchu, ale okazuje się, że w całym Peru jest strajk sektora transportowego. Malutka, starsza Peruwianka dzwoni z automatu w holu i daje Marcie słuchawkę. Po drugiej stronie jest senior Rovles (pisownia ze słuchu), ponoć pracownik pociągu, który jeździ na trasie Cuzco-Aguas Calientes (wieś u stóp Machu Picchu). Po długiej rozmowie o wszystkim tylko nie o biletach na Machu Picchu dowiadujemy się, że za dwa dni strajk ma się skończyć. Z seniorem Rovlesem rozmawiamy po angielsku, chociaż z pozostałymi porozumiewamy się naszym, zapewne łamanym, hiszpańskim. Znamy tylko jeden czas przeszły, ale przecież najważniejsze żeby się jakoś dogadać. Dużo też rozumiemy, więc nie ma problemu.

Jak stwierdza Marta Lima jest niepodobna do żadnego innego miasta. Niektóre elementy pasowałyby do Hawany, ale generalnie styl jest unikalny. Bardzo rzuca się w oczy to, że lepsze domy przypominają twierdze, do których nie tylko nie ma jak wejść ale nawet nie ma jak zajrzeć. Oczywiście widać kontrasty jak w każdym biednym kraju. Obok nowoczesnych hoteli (Marriott, Westin) nie ma porządnych ulic, chodników ani parków. Widać też, że Lima nie rozwija się równomiernie, mimo że dużo się tu buduje i remontuje, o czym przypominają co chwila plakaty ze zdjęciami różnych miejsc pokazujące stan "przed i po". Zupełnie jakby zbliżały się jakieś wybory. Po mieście jeździ też mnóstwo samochodów. Najwięcej taksówek, których kierowcy nie używają kierunkowskazów ale cały czas korzystają z klaksonów.

Obiad jemy przy Plaza Major robimy zakupy w "supermercado" i wracamy do pokoju. Rezerwujemy na www.hostelworld.com pokój w Cuzco i wysyłamy trochę maili z informacją, że żyjemy i wszystko w porządku. Marta ucina sobie drzemkę, a ja czytam wiadomości.

Wieczorem ruszamy do Barranco. Jest to dzielnica położona nad oceanem tuż obok Miraflores. Kiedyś były tu tylko domy mieszkalne w stylu kolonialnym. Obecnie zamieniono je w restauracje, hotele, hostele i dyskoteki. Gdyby nie typowo peruwiańska (niski wzrost, czarne włosy, indiańskie rysy twarzy) uroda mieszkańców można by pomyśleć, że jest się w hiszpańskim kurorcie. Spacerujemy. Klimat tego miejsca jest absolutnie niepowtarzalny. W końcu trafiamy do knajpy "Tio Mario", siadamy na tarasie i zamawiamy (niestety) przegląd lokalnych przysmaków. Są to serca, żołądki, wątróbki i inne flaki z kurczaków i krów. Zjadliwy z tego był tylko ziemniak. Po powrocie do pokoju padamy błyskawicznie. Chyba nie przestawiliśmy się jeszcze na lokalny czas.

Dzień 3. (07.07. wtorek)

Znów budzą nas klaksony aut pod oknem (mieszkamy na I piętrze i do ulicy jest jakieś 3 metry). Auta pojawiają się przed 6 rano i regularnie ich przybywa. Kiedy trafia się ciężarówka dzwonią wszystkie szyby w oknie. Wstajemy o 8.00, śniadanie, prysznic, czekamy chwilę na Jose i jedziemy na lotnisko. Po drodze oglądamy jeszcze Limę przez okno samochodu. Na lotnisku zaczynają się nasze przygody tego dnia. Okazuje się, że musimy sami się odprawić - niby nic groźnego. Marcie udaje się wydrukować moją kartę pokładową w automacie, ale już swojej nie może wyczarować. Pan z obsługi przychodzi nam pomóc i po chwili stwierdza, że lot jest pełny! Dopiero po dłuższej rozmowie okazuje się, że ma na myśli to, że nie możemy siedzieć razem.... Biegniemy do odprawy gdzie okazuje się, że trzeba wrócić i zapłacić 35 soli haraczu lotniskowego. Nie wiem za co, ale płacimy i za chwilę jesteśmy w kolejce do samolotu. Chilijskie linie LAN dają prażone orzeszki i niezłą kawę.

Po godzinie jesteśmy w Cuzco. Odbiera nas senior Rovles, który od początku się nam nie podoba. Jest zły, że mamy hostel bo on ma dla nas świetną ofertę. Na szczęście na jego pytanie ile nas kosztuje ten hostel Marta bez namysłu odpowiada, że 10 soli (cena zupełnie abstrakcyjnie niska), więc nasz przewodnik nie ciągnie tematu. Jedziemy do jego biura w samym centrum gdzie próbuje nam wcisnąć wycieczkę na Machu Picchu na stary chwyt "to są ostatnie miejsca, jutro już nic nie kupicie". Dyskutujemy jeszcze chwilę próbując się czegoś w ogóle dowiedzieć ale w końcu dziękujemy wściekłemu panu Rovlesowi i każemy się zawieźć do hostelu.

Straciliśmy pół godziny i kilka soli za przepłaconą taksówkę. Pokój w hostelu jest wielkości łazienki z hostelu w Limie. Są drzwi i łóżko. Po całym zamieszaniu mamy mętlik w głowach. Nie wiemy czy uda się w końcu kupić jakąś wycieczkę na Machu Picchu.

Zostawiamy bagaże i idziemy zobaczyć miasto. Póki co nie dopadło nas "sorocho" czyli choroba wysokościowa. Oby tak dalej. Robimy rundę po centrum. Widoki i budynki naprawdę zapierają dech w piersiach. Pytamy w kilku miejscach o strajk, bilety kolejowe na Machu Picchu i zwiedzanie zabytków wokół Cuzco. Za każdym razem opowiadają nam co innego. Mamy wrażenie, że każdy chce nas naciągnąć. W końcu trafiamy do małej klitki gdzie dwóch miejscowych cierpliwie, spokojnie i wyraźnie opowiada nam o dostępnych wycieczkach pokazując wszystko na mapie i zdjęciach. Dajemy się przekonać i rezerwujemy City Tour oraz dwudniową wycieczkę na Machu Picchu. Wygląda na to, że da się też kupić bilety na nocny autobus "turistico" do Puno, które jest kolejnym celem naszej podróży. Idziemy na spacer po centrum. Jest naprawdę piękne. Dookoła dużo turystów i dużo... policji. Kupujemy sobie na pamiątkę małą, kamienną lamę. Sprzedawczyni w sklepie jest zachwycona naszym hiszpańskim i tym jak Marta tańczy salsę, która akurat leci w radio. Na kolację idziemy do pizzerii na głównym placu tuż obok katedry. Wreszcie pyszne jedzenie. Wielka pizza, piwo i mate de coca (w ramach profilaktyki przeciw "sorocho"). Wracamy do hostelu zadowoleni i zachwyceni Cuzco. Szybko udało nam się zmienić nastrój po porannych nieprzyjemnościach. Z hotelu Espana dostałem maila, że mają wolne pokoje na 23.07. więc pewnie tam zanocujemy wracając.

Dzień 4. (08.07. środa)

Nie było dane nam się wyspać ponieważ nad ranem zaczęła się manifestacja. Przez kilka godzin nadzwyczaj dobrze słychać było trąbki, dzwonki, armaty, strzały z karabinu (chyba na wiwat) oraz szczekające psy i drących się miejscowych. A wszystko dzięki temu, że w pokoju mamy luksus w postaci okna.

W Peru zdecydowanie ciszej jest o zmroku niż o świcie.
Cuzco niezmiennie robi na nas niesamowite wrażenie. Centrum w ciągu dnia, w południowym słońcu, wygląda rewelacyjnie. Zwiedzamy też muzeum Inków i stwierdzam, że muszę nadrobić braki w wiedzy na temat tej cywilizacji. Zastanawia mnie dlaczego Hiszpanie tak łatwo podbili te tereny. Inkowie mieli wielkie osiągnięcia w dziedzinie budownictwa, rolnictwa czy astrologii. Byli walecznym, doświadczonym i zaprawionym w bojach narodem. Ich budowle są imponujące, a rozmach pomysłów powalający. Ich miasta były położone w górach często na wysokości ponad 3 000 metrów n.p.m. gdzie Hiszpanie musieli dostawać zadyszki od samego mówienia. A mimo to po Inkach zostały tylko te ślady, których Hiszpanie, budując tu swoje małe imperium, nie byli w stanie zatrzeć.

Po południu zwiedzamy z przewodnikiem kilka miejsc w pobliżu Cuzco. Miasto Inków, fortecę, świątynię i małe źródełko na wysokości 3 800 m n.p.m. Woda z tego źródełka miała dawać wieczną młodość. Inkom jednak jakoś nie pomogła, więc ja też nie robię sobie nadziei (a że woda miała co najwyżej 3 stopnie to nawet jej nie próbowaliśmy). Cała wycieczka była nieźle zorganizowana, więc po powrocie płacimy w agencji za jutrzejszy wypad na Machu Picchu (nie chcieliśmy płacić wszystkiego od razu przy rezerwacji). W informacji turystycznej dostajemy też ulotki o Boliwii. Mają wycieczki na Salar de Ujuni czyli pustynię solną (na zdjęciach wygląda rewelacyjnie), więc rośnie nam apetyt na kolejny etap wyprawy. W między czasie okazało się, że mieliśmy sporo szczęścia. Dzień po naszym wylocie do Cuzco lotnisko w Limie zostało zamknięte z powodu strajku (a może zamknęli lotnisko w Cuzco, dokładnie nie wiem). W każdym razie grupa Belgów, którzy mieszkali z nami w hostelu w Limie, a których spotkaliśmy na ulicy w Cuzco, musiała jechać autobusem, ponoć ponad dobę! Dzień kończymy kolacją w knajpie. Potem jeszcze pakowanie (staje się codziennym standardem) i jesteśmy gotowi. Budzik nastawiam na 6:00 i idziemy spać.

Byłbym zapomniał. Dostaliśmy nowy pokój w hostelu. Jest świetny. Duży, kolorowy, ze stołem i kłódką zamiast zamka w drzwiach. Oczywiście wszędzie są wielkie szpary, więc słychać dosłownie wszystko ale do tego już się przyzwyczailiśmy. W hostelu jest też sala telewizyjna, ale tam mieszka jeden bardzo wyluzowany koleś zwracający się do każdego per "przyjacielu".

Dzień 5. (09.07. czwartek)

Poranek. Całą noc było cicho! Marta załapała się na ciepłą wodę pod prysznicem ale i tak szczęka zębami. Idziemy na śniadanie i gorącą herbatę (kawę sobie odpuszczam bo jej smak wczoraj nie przypominał ani kawy ani niczego innego). W hostelu mają schowek na bagaże, więc jeden duży plecak ląduje na półce między jakimiś workami, a innymi plecakami. Jesteśmy bardzo podekscytowani na myśl o zobaczeniu wreszcie Machu Picchu. Czekamy w umówionym miejscu pod kościołem 30 minut. W końcu przyjeżdża po nas bus. Plecak ładujemy na dach (udało się go przypiąć do jakiejś metalowej poręczy), a sami wsiadamy do środka. Razem z nami jest 11 osób i 2 muchy. Siedzę przy oknie. Jeszcze przed chwilą marzłem pod kościołem San Blas, a teraz w szyję grzeje mnie niemiłosiernie słońce. W Cuzco pogoda zmienia się tak szybko, że w ciągu doby można poczuć 4 pory roku.

Po godzinie jazdy widoki są już zupełnie wiejskie. Mało ludzi, pola, góry. Bardzo malowniczo. W busie pełna mozaika: kierowca - pryszczaty i co rzadkie, całkiem postawny Peruwiańczyk, dwóch Japończyków (z urody, nie z pochodzenia), zarośnięty młodzieniec w peruwiańskiej czapce z wyszywaną lamą pasujący na mieszkańca Niderlandów, my i wysoka dziewczyna smarkająca nos bez chusteczki. Za oknem widać ośnieżone góry, świnki, kozy, krowy, owce, boisko do kosza. W radio leci "I wonder if I ever see you again". Dojeżdżamy do Chinquero. Całości naszej wycieczki dopełniają: starsze małżeństwo z pod Vancouver, kolejnych dwóch chłopaków (jedne w mini afro) wyglądających na Francuzów (bardziej z Marsylii niż z Paryża) oraz blondyn ze smutnym wyrazem twarzy. Jak się później okazało "Japończykami" byli: Simon z Anglii, a konkretnie z Preston oraz student z Taiwanu, który jest na wymianie z Rotary w Limie. Zarośnięty "niderlandczyk" nazywa się Bruno Rodriquez i zarówno jest nazwisko jak i płynny hiszpański wskazują, że pochodzi z półwyspu iberyjskiego. Wysoka dziewczyna i blondyn są parą ze Szwecji (i cóż, że ze Szwecji?). Byli kiedyś Polsce i nawet sporo zwiedzali, ale Polska była wtedy jeszcze szara i nieciekawa.

Pierwszy postój - Ollantaytambo. Właściciel sklepu, w którym korzystamy z łazienki i kupujemy słodycze udaje, że nie umie liczyć. Rachunek 13 soli. Płacę 50, a reszty dostaję 27. Uprzejmie informuję jegomościa, że należy mi się jeszcze 10 soli. Ten niechętnie sięga do kieszeni i wydaje resztę. Pakujemy się znowu do busa. 12 osób w mikrobusie to całkiem sporo ale nie narzekamy. Kończy sie asfalt i zaczyna się wyboiska górska droga. Rzuca autem na wszystkie strony. Wjeżdżamy coraz wyżej, droga jest coraz węższa, przepaść po lewej stronie coraz głębsza. Robimy zdjęcia przez szybę. W dole płynie rzeka. Po półgodzinie rzeka staje się cienką linią gdzieś hen daleko, a my zamiast robić fotki zaczynamy się po cichu modlić. Jazda po serpentynach trwa 3 godziny widoki cudowne, ale czujemy się trochę niepewnie. Szczególnie gdy pojawia się znak "uwaga zwężenie drogi". Mijamy kilka większych i mniejszych busów. Za każdym razem musimy się zatrzymać i poszukać miejsca gdzie można się wyminąć. Zwykle droga ma jakieś 3 metry szerokości. Wjeżdżamy na 4 316 m n.p.m. czujemy ciśnienie w uszach. Jesteśmy w chmurach i zaczyna padać deszcz. Widoczność niewielka. Kolejne pół godziny w lekkim napięciu. Dojeżdżamy w końcu do jakiejś miejscowości gdzie mamy lunch.

Kurczak, spaghetti i ryba do wyboru. Tradycyjnie biorę kurczaka. Zawieramy pierwsze znajomości. Kanadyjczycy i Simon okazują sie bardzo sympatyczni. Ci pierwsi zwiedzali dżunglę i płynęli po Ukajali statkiem przez kilka dni. Simon robi taka samą trasę jak my tylko w odwrotną stronę. Był już w Nasca i bardzo poleca lot nad rysunkami. Wracamy od busa. 20 minut i jesteśmy w miejscu jak z Księgi Dżungli.

Środek lasu tropikalnego - nagle pojawiają się tory, a na nich pociąg. Jesteśmy na stacji Hydroelectrica. Z resztę stacja to trochę za dużo powiedziane. Jest to kawałek betonu, na którym miejscowi rozłożyli swoje kramy z wodą, colą, snickersami i wszechobecnymi czapkami z aplaki. Wciskamy się do pociągu. W wagonie, nie ma mowy o jakichś przedziałach, ludzie siedzą sobie na głowach. Stawiamy plecaki w przejściu i siadamy na nich. Obok na podłodze siedzą jakieś amerykanki. Pociąg jest napakowany jak puszka z sardynkami. Jest duszno, ciasno i niewygodnie. Nie mam się jak obrócić.

Ruszamy. Po kilku minutach pociąg się zatrzymuje i pracownik kolei każe nam wysiadać. Na szczęście podstawili kolejny wagon i tym razem mamy miejsca siedzące. Pociąg składa się teraz z lokomotywy, 3 wagonów z towarami, w których siedzą też miejscowi oraz z kilku wagonów z turystami. Jedziemy 50 minut przez dżunglę.

Na peronie w Aguas Calientes czeka nasz przewodnik Fredie, młody Indianin mówiący w języku quechua. Angielskiego i hiszpańskiego nauczył się, żeby oprowadzać wycieczki. Dostajemy pokój w hostelu, w którym nie zamykają się drzwi (w pokoju, nie w hostelu). Chłopak z obsługi mówi żeby się tym nie martwić, bo tu jest bezpiecznie. Nalegamy jednak żeby coś z tym zrobić i dostajemy inny pokój. Idziemy na spacer i kolację. Jest dziwnie. Miasteczko w górach, które składa sie tylko z hoteli, hosteli i restauracji. Nic więcej. Wszystko to wygląda jak dekoracja do filmu. Kupujemy jeszcze bilety na porannego busa na Machu Picchu i kładziemy się spać.

Dzień 6. (10.07. piątek)

Pobudka o 4:00, pierwszy bus odjeżdża o 5:30, więc jesteśmy na przystanku za kwadrans 5:00 i zajmujemy grzecznie miejsce w kolejce (przed nami jest już około 100 osób). Załapujemy się na czwartego busika i jedziemy w górę. Robi się ekscytująco. Jeszcze kolejka do wejścia (wpuszczają od 6:00) i wchodzimy na wąską ścieżkę. Po 100 metrach szybkiego marszu zza góry wyłania się widok na Machu Picchu. Wrażenie jest niesamowite. Wchodzimy po schodkach na miejsce oznaczone na planie jako domek strażnika. Całe ruiny mamy jak na dłoni. W tle Waynapicchu (Huanapicchu). Jeden z najsłynniejszych widoków świata!

Jest 6:30, wschód słońca za górami. Robimy zdjęcia, rozglądamy się dookoła. Machu Picchu jest położone na wierzchołku góry, otoczonej jeszcze wyższymi szczytami. Wszystkie pokryte dżunglą. Przez co z daleka wyglądają na bardzo miękkie w dotyku. Ruiny osady Inków są olbrzymie i schowane w górach niczym igła w stogu siana. Wrażenie nie do opisania. Szukamy naszego przewodnika i zaczynamy zwiedzanie. Osada składa się z części królewskiej, sakralnej i dzielnicy mieszkalnej. Dookoła na zboczach rozciągają się tarasy uprawne.

W czasach Inków mogły wyżywić nawet 1000 osób mieszkających w mieście. Inkowie w każdej osadzie mieli po kilka świętych miejsc. Zwykle były to świątynie słońca, księżyca, kondora, pumy i węża. Mieli też ciekawe obserwatoria astronomiczne. Najczęściej były to budynki bez dachu z płytkimi, kamiennymi sadzawkami, które po wypełnienie wodą służyły jako lustra do oglądania nieba.

Zwiedzanie z przewodnikiem trwa ok. 2 godziny. Fredie opowiada ciekawie, widać, że żyje historią tego miejsca i dba aby pamięć o przodkach przetrwała dla kolejnych pokoleń. To, co mnie uderzyło w Peru to dbałość o zabytki i świadomość, jaką mają wartość. Na koniec mamy jeszcze 2 godziny na zdjęcia i kontemplowanie. Potem godzinny spacer w dół do miasteczka.

Pakujemy się do pociągu, a potem do busa. Wracamy już w nieco zmienionym towarzystwie. Bruno (okazał się Brazylijczykiem, ale dowiedzieliśmy się o tym dopiero w Boliwii) i jego koledzy zostali w Aguas Calientes (z hiszp. "ciepłe wody", od gorących źródeł, które są w miasteczku). W busie jest luźno, a i droga nie wydaje się już taka straszna. Po godzinie dosiada się jeden Peruwiańczyk, a potem w Santa Teresa dwoje młodych Amerykanów. Oboje są nauczycielami. Bus znów jest zapakowany po dach ale jest wesoło. Jednak po jakimś czasie podróż zaczyna się dłużyć. Wychodzi zmęczenie i tylko 4 godziny snu. Do Cuzco jeszcze 2,5 godziny. Nagle się zatrzymujemy się! Ciemno. Okazuje się, że jakiś bus potrącił i zabił pieszego. W tego, co mówi jeden z jadących z nami Peruwiańczyków jakiś pijany miejscowy wszedł na ulicę pod busa. Uderza nas spokój z jakim to stwierdza. Jakby właściwie nic się nie stało...

W końcu dojeżdżamy do Cuzco. Hostel, łazienka, łóżko. Jutro w planie Święta Dolina Inków - Ollantaytambo, Chinchero, Pisaq.

Dzień 7. (11.07. sobota)

Zwiedzanie Świętej Doliny zaczynam od Ollantaytambo, gdzie znajdują się ruiny miasta Inków i pozostałości z gigantycznych rzeźb na zboczu góry. Przewodnik pokazuje nam jak Inkowie transportowali wielkie głazy przez rzekę. Po prostu na chwilę zmieniali jej bieg kopiąc nowe, zastępcze koryto. Jak już wcześniej mówiłem, mieli rozmach Ci Inkowie. Pozostałe miejsca nie są już tak ciekawe.
Wracamy do Cuzco i idziemy na kolację do McDonalda urządzonego w stylu peruwiańskim. Późnym wieczorem wsiadamy w nocny bus do Puno.

Dzień 8. (12.07. niedziela)

O 5:00 jesteśmy na dworcu w niewielkim miasteczku nad brzegiem Jeziora Titicaca. Na dworcu kupujemy wycieczkę na jezioro (wyspy Uros i wyspa Taquila). Start o 6:45. Bierzemy taksówkę i za chwilę jesteśmy w hostelu zarezerwowanym jeszcze z Cuzco ale o tej porze nie ma gotowego dla nas pokoju.

Sympatyczny Peruwiańczyk daje nam koce i kimamy na kanapie w holu. Punktualnie o 6:45 jest po nas bus. Zostawiamy bagaże i jedziemy do portu, a potem płyniemy na wyspy. Pływające wyspy Uros robią na nas duże wrażenie. Plemię Indian Uro mieszka na kilkudziesięciu wyspach zbudowanych z trzciny, która porasta olbrzymie jezioro. Z tej trzciny Indianie budują nie tylko wyspy ale też domki, łodzie i wszystko czego im potrzeba. Łowią ryby, polują na ptaki, hodują miejscowe kurczaki, mają paleniska i gliniane garnki. W słomianych domkach mają świeczki - jedyny przejaw cywilizacji. Tylko kilka wysp można zwiedzać, większość Indian z plenienia Uro nie chce mieć do czynienia z resztę ludzkości, a szczególnie z turystami, żyją według własnych reguł i najwyraźniej im to pasuje. Robimy zdjęcia, pogoda jest idealna.

Część druga wycieczki to wyspa Taquila. Zamieszkująca ją społeczność żyje zgodnie z tradycją w pewnego rodzaju komunie. Nie ma policji ani polityków. Do niedawna nie było nawet szkoły. Mają starszyznę czyli 14-stu najstarszych, żonatych mężczyzn, którzy ustalają wszystkie prawa i rozsądzają spory. Żyją zgodnie z zasadą "nie kłam, nie kradnij, nie bądź leniwy". We mnie wyspa budzi mieszane uczucia. Z jednej strony jest to na pewno ciekawe, z drugiej nie potrafię odróżnić co jest prawdziwym życiem tych ludzi, a co jest na pokaz dla turystów. Wszędzie można kupić coca-colę, którą 8-9 letnie dzieci dźwigają na plecach z maleńkiego portu na dole, na główny plac jakieś 300 metrów wyżej. Ja idąc ten odcinek z małym plecakiem dostałem zadyszki. Popołudniu wracamy do Puno. Pokój w hostelu okazuje się przestronny i wygodny. Jest ciepła woda i nareszcie możemy się umyć. Na dole w hostelu kupujemy na następny dzień bilety na autobus do La Paz.

Dzień 9. (13.07. poniedziałek)

Wyruszamy z Puno wczesnym rankiem i po 2 godzinach w autobusie jesteśmy na granicy Peru i Boliwii, która wygląda jak wielki bazar. Tłum ludzi i totalny bałagan. Znalezienie punktu granicznego i otrzymanie pieczątki to nasz problem, a nie straży granicznej. Załatwiamy liczne formalności i jedziemy dalej. Postój mamy w Copacabana nad Titicaca po stronie boliwijskiej. Miasteczko nijakie, choć widoki na jezioro ładne, jemy obiad i ruszamy dalej do stolicy Boliwii. W busie poznajemy Anglików, którzy podróżują od kilku miesięcy. Gawędzimy sobie przez resztę podróży. Zatrzymujemy się dopiero na wzgórzu, z którego rozciąga się panorama na niemal całe La Paz. Miasto jest rozległe, szare, z niską zabudową. W tle góry. Tylko w centrum widać kilka wieżowców. Patrząc na to ma się nieodparte wrażenie smutku i przygnębienia. Bus zamiast do dworca zawozi nas, nie wiedzieć czemu, do hotelu Milton. Bierzemy taksówkę razem z nowymi znajomymi z Anglii i jedziemy znaleźć jakiś nocleg. W kilku hostelach nie ma miejsc. Szukamy dalej i w końcu bierzemy pokój w obskurnym, tanim hostelu, ale blisko centrum. W agencji obok przez dwie godziny dyskutujemy o wyprawie na Salar (pustynia solna). Miejscowe Panie coś kręcą ale w końcu za 290 dolarów kupujemy 2-dniową wycieczkę dla 2 osób po Salar de Uyuni z transportem tam i z powrotem. Start nazajutrz wieczorem. Wracamy do pokoju. Nie ma okien, łazienka na korytarzu się nie zamyka, a przez drzwi słychać wszystko co się dzieje na dziedzińcu i ulicy. La Paz nam się nie podoba. Idziemy na targ choć jest już po zmroku. Sprzedawczynie właśnie się zwijają ale kupujemy banany, jabłka i bułki na kolację. Wieczorem do hostelu dzwoni Pani z agencji (na dole w pseudo biurze jest telefon), że niestety w busie, którym mamy jechać do Uyuni nie ma miejsc. Mają znaleźć coś u innego przewoźnika. Pani zapewnia, że nie ma problemu i mamy przyjść rano. Idziemy spać, hałasy gorsze niż w Peru więc przydają się zatyczki do uszu, które zabraliśmy z Polski.

Przy okazji odnotowałem jedną ciekawostkę. Peru okazało się rajem dla miłośników pizzy. Na każdej ulicy w części turystycznej jest pizzeria i daje dobra pizzę z pieca. W Puno też udało mi się zjeść bardzo dobrą pizzę. W Boliwii pizza okazała się złym wyborem. Dużo lepsze było spaghetti carbonara, które zamówiła Marta. Może wydawać się trochę dziwne, że zamiast próbować lokalne smakołyki zwykle zamawiamy jakieś znane jedzenie typu makaron, pizza czy kurczak. Ale zapewniam, że czasem człowiek jest po prostu głodny, chce się przede wszystkim najeść i nie dostać rozstroju żołądka. A wtedy takie jedzenie jest optymalne. Na próbowanie dziwnych, lokalnych smakołyków będzie jeszcze czas.

Dzień 10. (14.07. wtorek)

Rano agencja jest nieczynna. Pani, z którą wszystko załatwialiśmy, a która pracuje w hostelu naprzeciwko, mówi, że bilety będą na 12.00 (w południe oczywiście biletów nie ma, a potem okazuje się, że są, ale ich jeszcze nie dowieźli). Idziemy na miasto. Jest tłoczno, głośno, duszno i śmierdzi spalinami. Dużo ludzi nosi maski jakby w stolicy kraju panowała zaraza. Im bliżej centrum tym więcej samochodów i ludzi. Straszny harmider. Wszędzie jeżdżą busiki (9-10cio osobowe Toyoty lub Nissany), które mają uchylone boczne, przesuwane drzwi. Siedzi tam jedna osoba i krzyczy nazwy ulic i placów, na które jedzie busik. Ponieważ busików jest mnóstwo i w każdym ktoś się drze, właściwie i tak nie wiadomo, do którego wsiąść. Miejscowi jakoś się w tym orientują. My idziemy na piechotę. Kupujemy smażonego pączka na ulicy pod katedrą San Francisco. Kościół jak kościół, plac jak plac. Zawijamy za róg i siadamy w sympatycznie wyglądającej kawiarni. Zjadamy śniadanie. Wracamy po bilety, ale jeszcze ich nie ma.
Wertujemy przewodnik i wybieramy Muzeum Koki. Okazuje się małe, ale całkiem interesujące. Historia tej roślinki jest dosyć burzliwa. Przypomina nam się fragment o kokainie z książki W. Cejrowskiego "Rio Anaconda", w którym pewien Kolumbijczyk trudniący się przerabianiem koki w kokainę tłumaczy, że dla niego ważne jest żeby wyżywić rodzinę i nie każe nikomu brać kokainy. A że ktoś tam w Ameryce czy Europie jest na tyle głupi, żeby ją zażywać to już go nie obchodzi. No i trudno się z nim nie zgodzić. Wracamy do agencji i wreszcie dostajemy bilety na nocny autobus do Uyuni oraz zwrot części kasy (nowe bilety są tańsze). Po obiedzie w Burger Kingu (nigdy więcej, przynajmniej w La Paz) odbieramy bagaże z przechowalni i bierzemy taksówkę na dworzec. Nie podoba nam się La Paz i chcemy już stąd wyjechać. Mam nadzieję, że Uyuni trochę nam wynagrodzi czas spędzony w głośnej i pełnej oparów benzyny stolicy Boliwii. Dworzec w La Paz nie odbiega od reszty miasta. Oczywiście spotykamy znajomych, czyli Bruno i jego kolegów (tak przy okazji okazuje się, że są Brazylijczykami z Sao Paulo i Rio). Autobus okazuje się starym rzęchem, ale ma też ogromną zaletę - jest w połowie pusty. Zabieramy więc bagaże na górę i układamy się wygodnie - każdy na dwóch miejscach. Wyjechanie z miasta zajmuje ok. 2 godziny. Autobus mozolnie wspina się na otaczające La Paz góry, z których roztacza się niesamowity widok na rozświetlone milionami lampek, rozłożone na olbrzymiej powierzchni miasto. Kierowca postanawia umilić nam podróż i puszcza na cały regulator niezidentyfikowane hity muzyczne. Na szczęście Marcie udaje się spacyfikować jego pomysł i koleś wyłącza ten hałas. Powoli zapadamy w sen.

Budzę się kilka razy, za szybą pustynia, niewielkie krzaczki, co jakiś czas widać światła mijanych na wąskiej drodze pojazdów.

Dzień 11. (15.07. środa)

Budzimy się przed świtem. Jesteśmy na miejscu w Uyuni. Nie miałem żadnego konkretnego wyobrażenia tego miejsca ale tego co zobaczyłem na pewno bym się nie spodziewał. Uyuni wygląda jak opuszczona mieścina w górach, która najpierw przeżyła gorączkę złota, potem błyskawiczny rozwój górnictwa, a na koniec wymarła wyssana, opuszczona i zapomniana, kłując w oczy robotniczymi pomnikami w stylu głębokiego socjalizmu. Scenografia gotowa do jakiegoś filmu s-f. Ogrzewamy się w jedynej czynnej knajpce, jemy śniadanie i czekamy na naszego Jeepa. Przed południem mamy już skompletowany cały skład. Oprócz nas jedzie kierowca, kucharka, dwoje Francuzów i dwóch członków wielkiej, 8-mio osobowej, boliwijskiej rodziny z Santa Cruz. Tata familii, niziutki Pan z małymi oczkami robi antypatyczne wrażenie. Ciągle gada (na szczęście go nie rozumiemy), robi dużo zamieszania i w ogól zachowuje się jakby miał kompleks niskiego wzrostu (ma jakieś 155cm), który próbuje stłumić ogólną aktywnością.

Wycieczkę zaczynamy od cmentarza pociągów, który znajduje się na obrzeżach Uyuni - ponoć ważnego węzła komunikacji torowej w Boliwii. Cmentarz średnio ciekawy, po prostu na środku pustyni stoi kilkadziesiąt zardzewiałych lokomotyw i wagonów. Ruszamy dalej i w końcu, zupełnie nagle wjeżdżamy na wielki, biały, gładki, solny stół. Wszędzie dookoła sól, biała powierzchnia jak zamarznięte jezioro. Wrażenie nie z tego świata. Na horyzoncie widać góry, a dookoła nic tylko sól. Zatrzymujemy się i robimy zdjęcia. Przedziwne miejsce. Przez pustynię jedziemy ok. godzinę, aż docieramy do kolejnego abstrakcyjnego miejsca - wyspy ryb. Nazwa pochodzi od kształtu tej wyspy, która przypomina rybę (hmm, najwyraźniej jakiś niebałtycki gatunek, ale mniejsza z tym). Wyspa to całkiem spory pagórek, skalisty, porośnięty kaktusami, z których niektóre mają po 900 lat, u stóp którego zacumowały samochody. Ze szczytu wyspy rozciąga się widok na niekończącą się solną powierzchnię. Jamy obiad przygotowany na palniku przez Weronikę (naszą kucharkę - Boliwijkę przy kości, w sile wieku). Kotlety z lamy, kasza i dodatki. Całkiem niezłe, tylko trochę nam wystygło, kiedy czekaliśmy na boliwijską rodzinkę, która siedziała z nami przy stole. Po obiedzie znów 1,5 godziny w samochodzie i docieramy do hostelu Maya, u podnóża wulkanu Tunupa. Wulkan w zestawieniu z pustynią daje nieziemski widok. Oglądamy zachód słońca i ładujemy się do pokojów. Tu mała niespodzianka. Pokój jak i cały hostel składają się tylko z soli i blachy falistej (jako dach).

Łóżka też są z soli, w oknie nie ma jednej szybki, ale uprzejmi gospodarze na naszą prośbę dosztukowali nam tę szybkę z tektury..., wszędzie szpary, temperatura jak w lodówce. Za łazienkę robi pomieszczenie z dwoma niekompletnymi sedesami oraz dwiema beczkami zimnej wody. Jest jeszcze lustro ale po 24 godzinach w autobusie i Jeepie wolimy się nie przeglądać. Dostajemy kolację. Jedzenia jest przynajmniej dużo. Francuzi zdobywają jakoś dwa piwa. Siadamy razem i zacieśniamy przyjaźń polsko-francuską. Marc i Chloe podróżują już 10 miesięcy. Mieszkają w różnych miastach po 2-3 miesiące, obecnie w La Paz. Po kolacji zastanawiamy się jak w tej temperaturze iść spać? W końcu zakładamy wszystkie ubrania, układamy na jednym łóżku wszystkie 3 koce, które są na wyposażeniu pokoju, zawijamy się w śpiwory i skuleni na jednym łóżku o szerokości 1 metra zasypiamy.

Dzień 12. (16.07. czwartek)

Jakoś udało się przeżyć noc. Wschodzi słońce - będzie cieplej. Po śniadaniu ruszamy na wulkan (nieaktywny). Oglądamy mumie w grocie po drodze i wspinamy się na jedną z góry obok wulkanu. Trwa to jakieś 1,5 godziny ale widok jest imponujący. Powrót do hostelu na obiad trwa ok. 1h ale jest już z górki więc nie marudzimy. Lekkim popołudniem ruszamy w powrotną drogę do Uyuni. Jesteśmy teraz w najdalszym punkcie naszej podróży, do Limy skąd mamy powrotny samolot mamy kilka tysięcy kilometrów. Po drodze oglądamy jeszcze gorące źródełka zwane "oczami pustyni", ekskluzywny hotel solny (100 dolarów za noc) oraz miejsce produkcji bloków solnych (człowiek z siekiera po środku pustyni). Łapiemy jeszcze gumę. Kierowca zmienia koło, a my robimy kolejne zdjęcia, akurat w tym miejscu pustynia jest przedziwnie "popękana".

W Uyuni jesteśmy ok. 16.00. Idziemy na pizzę (tym razem bardzo dobra). Restaurację prowadzi 12 letni chłopiec. Zaprasza nas do stolika, przynosi menu, jedzenie, rachunek, wydaje resztę, w między czasie zajmuje się restauracją, rozpala kominek, zapala światło. Przez 2 godziny, które tam spędzamy tylko raz mignęła jakaś starsza osoba. W sumie to nie wiem co myśleć o 12 letnim pracowniku restauracji. Może to i dobrze, że nie musi żebrać na ulicy. W pizzerii oczywiście pojawiają się Francuzi więc gadamy sobie jeszcze trochę po hiszpańsku. Wieczorem ruszamy busem do La Paz.

Dzień 13. (17.07. piątek)

Kolejne 27 godzin spędzamy w podróży. Bus z Uyuni do La Paz. Poranek na dworcu w La Paz. Na szczęście udaje się nam kupić bilety na autobus do Arequipy, który odjeżdża za 2 godziny. Autobus, granica, poczekalnia, autobus, dworzec, taksówka, hostel. Wreszcie. Od kilkunastu godzin marzymy o prysznicu i normalnym łóżku. W hostelu meldujemy się o 23.00. pokój wygląda super, duże łóżko, własna łazienka (bez ciepłej wody).

Dla nas po przygodach w Boliwii to prawdziwe luksusy. Jesteśmy wykończeni. W autobusie uszczęśliwiano nas filmami, trzema z rzędu, więc o zaśnięciu nie było mowy. Mimo to potrzeba kąpieli jest silniejsza niż snu. Głód póki co spadł na 3. miejsce. Z wielką przyjemnością kładziemy sie w końcu spać.

Dzień 14. (18.07. sobota)

Budzik ustawiony na 9.30 wyrywa nas ze snu. Śniadanie jemy na tarasie. Jest bardzo przyjemnie. Prosimy o dodatkowe bułki bo jesteśmy bardzo głodni. Zdecydowanie potrzebujemy dnia odpoczynku. Na dziś mamy w planie tylko Plaza de Armas i klasztor Santa Catalina oraz drobiazgi typu załatwienie wycieczki do kanionu, kupienie biletów do Nasca i zakupy w markecie. Musimy też znaleźć bankomat bo do Arequipy dojechaliśmy na oparach gotówki. Centralny plac w mieście, okazuje się, zgodnie z tym co przeczytaliśmy w przewodniku, najciekawszym i najładniejszym w Peru. Na pewno takiego placu,
z przystrzyżonymi drzewkami, kolumnadami, kafejkami na tarasach i monumentalną Katedrą, nie powstydziłaby się żadna europejska stolica od Moskwy po Lizbonę. Zwiedzamy, robimy zdjęcia, napełniamy brzuchy w knajpie, w wąskiej uliczce za katedrą. Przejście Convento Santa Catalina zajmuje 2 godziny. Okazuje się to bardzo interesujące miejsce. W Arequipie jest też z kilkanaście kościołów ale nas budowle sakralne jakoś nie pociągają więc oglądamy je tylko z zewnątrz.
W hostelu zostawiliśmy rzeczy do prania. Kiedy wracamy popołudniu są czyste, suche i pachnące. Bardzo miła odmiana. Wieczorem idziemy na kolację na Plaza de Armas, po drodze kupujemy bilety do Nasca, a wcześniej rezerwujemy hotel w Pisco i wycieczkę do kanionu Colca na jutro. Generalnie dzień trochę przecieka nam przez palce ale był nam potrzebny odpoczynek bez pośpiechu, autobusów, dźwigania plecaków itp. Kładziemy się spać wcześniej bo jutro mamy o 4.00 ruszyć busem do kanionu. Niestety obok wprowadza się 4 chłopaków, którzy mimo naszych uwag do późna hałasują.

Dzień 15. (19.07. niedziela)

O 3.30 budzi nas gość z hostelu z informacją, że busik już na nas czeka. Trochę to dziwne bo pytaliśmy jakieś 15 razy, o której ruszamy i za każdym razem senora zapewniała nas, że o 4.00. Na szczęście jesteśmy spakowani. Duże plecaki wrzucamy do recepcji, będą tu sobie czekać na nas cały dzień. Do Cruz de Condor, punktu obserwacji kondorów mamy prawie 4 godziny drogi. Powoli zaczyna świtać. Po drodze znów widzimy wypadek. Tym razem na naszych oczach taksówka potrąca pieszego przebiegającego przez jezdnię. Nasz kierowca i przewodnik nie zwracają na to uwagi. Trochę przysypiamy i budzimy się dopiero na miejscu. Jest bardzo ładnie. Skarpa, którą dokładnie obsiedli turyści z aparatami oraz piękny kanion 1200 metrów w dół. Jak na zawołanie o 8.00 rano pojawia się pierwszy kondor i siada sobie na skale 25 metrów poniżej nas. Wzbudza zachwyt - nie wiemy jeszcze co nas czeka za chwilę. Po paru minutach pojawia się drugi, a potem trzeci i kolejne.

W sumie kilkanaście ogromnych ptaków o rozpiętości skrzydeł dochodzącej do 3 metrów fruwa sobie nad strzelającymi zdjęcia turystami. Ptaki robią olbrzymie wrażenie przelatując 20-30 metrów od nas, prawie nie poruszając skrzydłami. Zachowują się jakby się bawiły albo były po prostu zaciekawione ludźmi. Podlatują coraz bliżej. Marta robi całą kliszę zdjęć. Ja nagrywam filmy cyfrówką. Pokaz trwa ok. 1 godzinę po czym kondory powoli i majestatycznie odlatują gdzie indziej. Jesteśmy na wysokości 3000 metrów, dla tych ptaków to ponoć idealne warunki do życia. Jedziemy na punkt widokowy. Teraz możemy podziwiać kanion w pełnej okazałości. Marta twierdzi, że robi większe wrażenie niż ten w Colorado. Czekamy w 5 osób na resztę grupy i mamy dodatkowy ekscytujący pokaz kondorów. 4 ptaki przyleciały nam się przyjrzeć, a następnie odleciały przestraszywszy krowę na pobliskim zboczu. Resztę dnia spędzamy właściwie w busie, z małymi przerwami na kąpiel (dla chętnych) w gorących źródłach oraz lunch. Wracamy popołudniu do hostelu. Mamy trochę czasu do odjazdu do Nasca, więc siedzimy na tarasie i rozmawiamy ze starszym Amerykaninem (były wojskowy) o różnych krajach i sprawach. Opowiada, nam o Meksyku i twierdzi, że to kraj bogatszy i bezpieczniejszy niż Peru. Jakoś trudno mi w to uwierzyć, bo o Meksyku słyszałem dużo złego, ale każdy ma prawo do swojego zdania. Zamawiamy taksówkę i za 5 soli jedziemy na dworzec Cruz del Sur. Okazuje się, że dla tych linii autobusowych wzorem są chyba linii lotnicze. Obsługa przemiła i kompetentna. Poczekalnia z Internetem, sofami, barkiem i TV (niestety). W czasie drogi tylko jeden film (na szczęście), a do tego kanapki i napoje. Przespaliśmy prawie całą podróż i o 6.45 jesteśmy w Nasca.

Cisza.

Latynosi albo nie lubią albo po prostu nie znają ciszy. Cisza jest dla nich wrogiem, tajemnicą lub powodem do skrępowania. Zdają się za to uwielbiać hałas. Im większy tym lepszy. W każdym autobusie, tym za 90 soli i tym za 4 sole, jest telewizor, różnią się tylko tym, że w pierwszym leci na cały regulator jakiś amerykański film z lat 90tych, a w drugim na cały regulator słychać trzaskanie. W każdej restauracji, knajpie i barze gra, obowiązkowo na cały regulator muzyka lub telewizor, a czasem jedno i drugie. Latynosi na ulicach nie mówią tylko krzyczą, a że na ulicy spędzają odpowiednio dużo czasu to przyzwyczajenie do wrzasku zdaje się im zostawać również kiedy wchodzą do sklepu, domu lub gdziekolwiek indziej.

Jeśli jesteś Latynosem, jedziesz autobusem, w którym śpi 30 osób i o 3.00 w nocy zadzwoni Twoja komórka to po pierwsze na pewno Twoja komórka nie jest ściszona, po drugie na pewno jako dzwonek masz ustawiony na cały regulator jakiś przebój dyskotekowy, a po trzecie zamiast ściszonym głosem szybko i zwięźle dogadać się z rozmówcą zaczynasz się drzeć do słuchawki jak byś był na ruchliwym skrzyżowaniu i opowiadać co się przytrafiło ciotce z wybrzeża. Jeżeli jesteś Latynosem kierowcą to nie musisz używać migaczy, ba nawet nie musisz używać świateł, ba nawet możesz tych świateł ogóle nie mieć ale na pewno, gwarantuję na 100 procent, masz klakson, klakson działa, a Ty sprawdzasz to co 5 sekund na wypadek gdyby się okazało, że się popsuł i musisz natychmiast przerwać jazdę. W Peru i Boliwii, a sądzę, że i w innych krajach Ameryki Południowej cisza jest tylko tam gdzie nikogo nie ma. Zastanawiam się z czego to wynika. Mam kilka teorii. Po pierwsze może natura Latynosa nie lubi ciszy i potrzebuje hałasu. Potrzebuje krzyczeć "HALO! Jestem tu, nie zapominajcie o mnie, nie ważcie się mnie olewać!". Może Latynos z jakichś powodów ciszy się boi? Jakby była zapowiedzią śmierci albo czegoś jeszcze gorszego. Jednak najprawdopodobniej ludzie tu żyjący po prostu nie doceniają ciszy. Mają swoje problemy i nimi są zajęci. Może jako ogół nie doszli jeszcze w zaspokajaniu swoich potrzeb do takiego poziomu kiedy kolejną potrzebą jest cisza. Może są tak zajęci zapewnieniem sobie jedzenia, ciepła i bezpieczeństwa, że w ogóle nie pomyśleli jeszcze o czymś takim jak cisza.

Dzień 16. (20.07. poniedziałek)

Jest 7.00, jesteśmy na ulicy w Nasca. Miasto jak miasto. Zbudowane tak żeby nigdzie nie dało się zajrzeć. Wysokie mury, dokładnie zasłonięte okna. Widać o tej porze jeszcze nie wszystko jest otwarte. Pytamy w dwóch agencjach o loty na pustynię w celu zobaczenia słynnych rysunków rzecz jasna. Jest jednak problem, a konkretnie chmury. Nieba w ogóle nie widać. W agencji zapewniają nas, że to normalne, że za 3 godziny po chmurach nie będzie śladu i że mają ostatnie dwa miejsca na lot o 12.00. Idziemy dalej, kolejna agencja i znów to samo. W końcu zatrzymujemy się w przy zamkniętym biurze i zastanawiamy się co zrobić. Po chwili wychodzi do nas właściciel. Po krótkiej pogawędce o pogodzie on też zapewnia nas, że do południa będzie ślicznie i słonecznie. Rezerwujemy u niego wycieczkę nad rysunkami małym samolotem za 50 dolarów od osoby.
Idziemy na śniadanie, a potem jedziemy na lotnisko. Musimy poczekać, aż do 12.00 ale faktycznie koło południa robi się piękna pogoda. Przechodzimy odprawę (w końcu to lotnisko) i po chwili siedzimy w ciasnej Cessnie na 12 osób plus 2 pilotów. Samolocik wygląda na prawie nowy ale mimo to mam trochę stracha.

Na szczęście pilot umie rozładować atmosferę. Ruszamy. Lot trwa jakiś 35 minut i robi duże wrażenie. Dużo większe niż myślałem. Jednak oglądanie tych rysunków w internecie to nie to samo co na żywo. Jesteśmy zachwyceni. Pilot lata tak żebyśmy wszyscy dokładnie obejrzeli kolibra, pająka, drzewo, kosmonautę i inne bardzo starożytne rysunki. Stres zniknął. Lądujemy i od razu zaczynamy oglądać zdjęcia. Reszta dnia upływa nam na obiedzie i w autobusach. W Pisco jesteśmy 18.30, taksówkarz, kiedy podajmy mu adres hotelu mówi, że to nie jest w Pisco, że jest daleko i będzie kosztowało 12 soli. W końcu targujemy na 10 soli (taksówka kosztuje więc więcej niż autobus dla 2 osób z Ica do Pisco) i zabieramy jeszcze bardzo miłą starszą panią, która pomogła nam w Ice trafić do autobusu, a potem zamieniła się ze mną miejscami żebyśmy mogli z Marta siedzieć obok siebie. Do hotelu jedziemy przez jakieś koszmarne slumsy, w dodatku po ciemku. Na szczęście w końcu dojeżdżamy do, zdawałoby się opuszczonego, hotelu Miramar w San Andres.
Do Pacyfiku jest jakieś 15 metrów. Właściciel wita nas wylewnie, jesteśmy chyba jedynymi gośćmi. W sumie nic dziwnego. Załatwiamy z właścicielem wycieczkę na drugi dzień na wyspy Ballestas oraz do parku Paracas, zamawiamy śniadanie i idziemy do pokoju. Hotel wygląda dziwnie, trochę jak zaplanowany z rozmachem, a wybudowany za 1/5 budżetu socjalistyczny pensjonat. Jak się rozejrzeć to tylko betonu nie zabrakło budowniczym. Nasz pokój normalnie mógłby robić za apartament z salonikiem, aneksem kuchennym i łazienką. Jest jednak tak biednie wykończony, że od pokoju w hostelu różni się tylko metrażem. Jest jednak ciepła woda więc możemy się wykąpać i iść spać.

Dzień 17. (21.07 wtorek)

Z samego rana mamy śniadanie. Standardowe, za to z pysznym, świeżo wyciskanym sokiem. Jemy i za chwilę przyjeżdża po nas busik. Jak zwykle wyładowany do ostatniego miejsca. Zastanawiam się jak to jest. Wieczorem rezerwujemy wycieczkę i nie ma żadnego problemu z wolnymi miejscami, a rano okazuje się, że to były ostatnie miejsca w busie, łódce, czy w czymś tam innym. Tak jest zawsze. Zawsze są miejsca dla chętnych i nigdy potem nie ma wolnych siedzonek. Wolne miejsca widzieliśmy tylko w tanich, lokalnych autobusach najniższej klasy. Na wyspy pędzimy motorówką. Masa ptaków - pelikany, kormorany, głuptaki - trochę pingwinów Humboldta i lwów morskich. Jest ciekawie i fajnie. Z powrotem pełen gaz, ludzie na ostatnich miejscach są cali mokrzy. Następne 3 godziny to zwiedzanie małego fragmentu wielkiego Parku Narodowego Paracas. Muszę przyznać, że Park wygląda na bardzo zadbany i pomyślany w sensem, a odwiedzający go nie są tu świętymi krowami.

Na przykład nie możemy podejść pooglądać flamingów bo to ich naturalne miejsce żerowania i nie wolno im przeszkadzać. Podoba mi się to. Takiego podejścia brakowało mi na Kubie gdzie miałem wrażenie, że turysta jak by chciał to może nawet wejść do gniazda przedstawiciela jakiegoś wymierającego gatunku i pooglądać jaja. A że się dorosłe ptaki wystraszą i może już tu nie wrócą to przecież ich problem. Widoki w Paracas są piękne. Przy klifach niedaleko brzegu mogliśmy popatrzeć na delfiny (też z daleka). Chyba niewiele jest miejsc na świecie gdzie pustynia dotyka się z oceanem bez żadnej strefy pośredniej. Wycieczkę kończymy w knajpie nad zatoką gdzie dają nam, w moim przekonaniu pyszne, ceviche (drugie danie w postaci grillowanej ryby lub kurczaka nie jest już takie świetne). Wracamy do hotelu, jesteśmy trochę zmęczeni, wychodzę już chyba ponad 2 tygodnie podróżowania. Marta idzie drzemać, a ja siadam do lektury. Oglądamy zachód słońca nad Pacyfikiem i zamawiamy kolację w hotelu. Możemy się spokojnie wyspać.

Dzień 18. (22.07. środa)

Rano ruszamy taksówką do Pisco. Na miejscu od razu łapiemy autobus do Limy. Pakujemy bagaże, pilnujemy chwilę żeby nasze plecaki zostały zasłonięte przez kolejne torby w luku bagażowym i sadowimy się w fotelach. Żeby umilić nam podróż oczywiście został włączony film. Tym razem "Speed". Na małych ekranach pojawia się rozpędzony nomen omen autobus, który nie może zwolnić poniżej 50mph. To dosyć ciekawy pomysł żeby pasażerom autobusu puścić film o... przerażonych pasażerach autobusu. Nasza podróż do Limy, podobnie jak film, kończy się dobrze.
Z dworca odbiera nas Jose (nasz znajomy Peruwiańczyk), jedziemy do hotelu Espana, gdzie tak jak sobie zaplanowaliśmy, spędzimy ostatnią noc w Peru. Wieczorem idziemy z Jose i jego żoną Meliną do czegoś w stylu miejscowego KFC. Dania tylko z kurczaka. Specjalności zakładu: cały pieczony kurczak, pół pieczonego kurczaka lub ćwiartka pieczonego kurczaka. Można się najeść. Dzień mija nam szybko, bo po obiedzie spędzamy kilka godzin szukając pamiątek. Okazuje się, że pamiątki jednak dobrze kupować po drodze. Na targowisku w Limie wcale nie się tańsze, a wybór nie jest już taki duży. Targujemy pół godziny kolczyki i inne lokalne wyroby ale odchodzimy z niczym. Na szczęście dokładnie wiemy, czego nam potrzeba. Do domu zabieramy jeden obrus w inkaskie wzory, coś co wygląda jak puchar świata, a jest kopią inkaskiego kielicha używanego w czasie rytuałów (Keiros) i figurkę lamy. Reszta zakupów to prezenty dla rodziny i znajomych.

Dzień 19. (23.07 czwartek) / Dzień 20. (24.07. piątek)

W hotelu Espana czuję się dziwnie. Kiedy się budzę i patrzę w sufit kręci mi się w głowie. Po śniadaniu zwiedzamy konwent San Francisco przy plaza Mayor (mamy tam z hotelu jakieś 50 metrów). Konwent jest dosyć ciekawy choć przewodnik jest zupełnie do niczego. Szukamy bankomatu, co nie jest trudne, a następnie szukamy działającego bankomatu (nieco trudniej ale w końcu się udało). Po drodze kupujemy dla Marty kolczyki, są naprawdę ładne. Koło południa opuszczamy hotel, a kilka godzin później Limę i Peru. Zabieramy ze sobą ponad 1000 zdjęć, mnóstwo wspomnień i wrażeń. To dotychczas nasza najdłuższa i najciekawsza wyprawa. Nie są to co prawda wakacje pod palmą, na plaży, z drinkiem w ręku ale nie zamienilibyśmy tych prawie 3 tygodni na żaden grecki czy hiszpański kurort nawet gdyby hotel miał 7 gwiazdek. Przed wyjazdem trochę poczytaliśmy o Peru, rozmawialiśmy ze znajomymi. Cenną lekturą okazały się książki Beaty Pawlikowskiej "Blondynka śpiewa w Ukajali" oraz Wojciech Cejrowskiego "Rio Anakonda". Choć ta druga mniej daje "wiedzy praktycznej" dla podróżujących to ułatwia zrozumienie mentalności miejscowych. Z jednej strony wiedzieliśmy, czego się spodziewać, z drugiej mieliśmy miłe wrażenie, że jedziemy w nieznane. Udało nam się zobaczyć to co chcieliśmy i przejechać całą planowaną trasę. Udało się również uniknąć kradzieży i innych niebezpiecznych sytuacji. Przed i w czasie wyjazdu słyszeliśmy sporo o tym, że zarówno w Peru jak i w Boliwii jest mnóstwo złodziei. Muszę przyznać, że bardzo się pilnowaliśmy. Oczywiście nie da się uniknąć zostawiania plecaków w różnych miejscach (hostelach, samochodach, restauracjach itp.) w czasie zwiedzania i 2-3 dniowych wycieczek. Ryzyko utraty czystych i brudnych (pod koniec wyjazdu zdecydowanie brudnych) ubrań trzeba wkalkulować w wyjazd. Małe plecaki zawsze mieliśmy przy sobie. Zawsze. Warto też zakleić logo swojego aparatu (kto kradłby jakiegoś no name'a skoro obok są Canony, Sony i Nikkony), mieć w kieszeni pusty stary portfel (jak złodziei go wyciągnie to nie będzie szukał następnego, a zanim się zorientuje, że ten jest pusty nas już obok nie będzie), a karty nosić zaszyte gdzieś wewnątrz spodni. Oczywiście raz my będziemy sprytniejsi, a raz złodziei i trzeba się z tym liczyć planując kolejne podróże ale lepiej jak kieszonkowiec widzi, że nie jesteś jeleniem. Ostatnia rzecz w temacie bezpieczeństwa. Zawsze warto przepakować swój plecak jeśli się go gdzieś na dłużej zostawiało.

Podróż.

Podróż jest czymś, co jest wspaniałe w całości i często mało przyjemne w kawałkach. Mało przyjemne jest spanie w autobusach, albo na wąskich, krótkich zarwanych łóżkach, mycie się w zimnej wodzie, jedzenie codziennie na śniadanie bułki z mega przesłodzoną marmoladą, jechanie przez 7 godzin w 12 osób w samochodzie, trzymanie portfela w gaciach, dźwiganie ciężkiego plecaka na górę i z powrotem.

Wiele elementów podróży jest nieprzyjemnych, niewygodnych, niesympatycznych. A mimo to podróż w całości jest czymś wyjątkowym. Jest wspaniała, inspirująca, ciekawa i ciągle pociągająca.

Kopiowanie i używanie elementów użytych na tej stronie bez zgody autora jest zabronione.