Roraima relacja

SANTA ELENA - RORAIMA

W Wenezuelskich autobusach klimatyzacja jest rozkręcona na maxa. Jest tak zimno, że w 12 godzinną podróż do Santa Eleny jechaliśmy w polarach, czapkach opatuleni w śpiwory. Po drodze jest kilka kontroli wojskowych, gdzie zdarza się, że żołnierze próbują turystów okraść. Nas na kontrole nie wzięto, a nawet jakby to byliśmy na to przygotowani. Gotówkę trzymała przy sobie Natalia, bo żołnierz nie ma prawa sprawdzać kobiety, a kobieta żołnierz to w Wenezueli rzadkość. Oczywiście w kraju, gdzie za parę dolarów bandyci są w stanie zabić, policja i gwardia narodowa próbują Cię okraść, nie zawsze ta zasada jest też respektowana. Nas podczas całego pobytu w Wenezueli na szczęście nikt nie zaczepiał, ani nie próbował okraść, ale lepiej być świadomym zagrożeń, nawet jeśli prawdopodobieństwo ich zdarzenia jest niewielkie.

Na miejscu dogadujemy wycieczkę na Roraimę u Alvareza, idziemy tylko my i przewodnik z Gujany Francuskiej Alex. Wyruszamy dopiero następnego dnia, więc mamy cały dzień na przepakowanie bagaży, skorzystanie z wi-fi i wymianę waluty u cinkciarzy których głównym narzędziem pracy jest kalkulator, którym wymachują już z daleka. Śpimy w backpacker quest house u sympatycznego Niemca, który także organizuję wycieczki na Roraime na bardzo wysokim poziomie, możemy więc polecić obu organizatorów.

RORAIMA

Roraima o wysokości 2810 m n.p.m. jest najwyższą tepui na Wyżynie Gujańskiej. Na wierzchołku Roraimy spotykają się granice trzech państw: Wenezueli, Gujany i Brazylii. Roraima określana jest jako Matka Wszystkich Wód. To Roraima właśnie zainspirowała Conana Doyle’a do napisania w 1912 książki "Zaginiony Świat", gdzie autor wyobrażał sobie odizolowane od reszty świata dinozaury żyjące na mistycznym płaskowyżu.
Tyle z faktów i ciekawostek, czas wyruszać w drogę!

No właśnie mieliśmy wyruszyć rano, ale zgodnie z zasadami panującymi w Ameryce Południowej czekamy...prawie do południa...do Parapetui - wioski z której zaczyna się trek docieramy po południu. Alvarez kupił nam tyle jedzenia, że nasze bagaże + namiot + jedzenie na 5 dni ważą ponad 30kilo - wynajmujemy więc tragarza na 2 dni i wyruszamy w trek.

Pierwszy dzień to 4 godzinny marsz w słoneczku po większych lub mniejszych górkach, a przed nami cały czas w chmurach rysuje się majestatyczna Roraima. Pierwszy dzień to miał być taki luźny starter na przygotowanie nóg przed tym, co czeka nas w kolejnych dniach. Do obozu przy rzece Rio Tek docieramy, jak się już ściemniało. Od żyjących tam Indiach kupujemy zimną colę z lodówki:) działającej za pomocą agregatora, rozstawiamy namiot z widokiem na Roraimę i uciekając przed natrętnymi muszkami puri-puri szybko idziemy spać!

Drugi dzień już od rana wita nas słoneczkiem, które niestety im bliżej tepui coraz bardziej chowa się za chmurami z których nieustannie leje deszcz! O 11, po 4 godzinach marszu dochodzimy do military base, czyli punktu pod samą Roraimą. Deszcz leje niestety bez przerwy, na zboczach Roraimy tworzą się nowe wodospady. Tak więc nasz ambitny plan, żeby wejść na Roraime w 2 dni(wszystkie zorganizowane wycieczki wchodzą na Roraimę w 3 dni) raczej się nie sprawdzi. Nie pozostaje nam nic innego jak czekać pod dziurawą wiatą, aż przestanie padać...

Jedynym plusem tego wszystkiego jest integracja z naszym przewodnikiem i wybornym kucharzem Alexem. Alex godzinami opowiadał nam o tym, jak żyje się w Gujanie i Wenezueli, dodając co jakiś czas jakieś Indiańskie opowieści. To duży plus iść na trek w takiej małej grupie niż z innymi turystami, wtedy turyści tworzą swoją grupe a przewodnicy i tragarze swoją.

W pewnej chwili Natalia zauwyżyła kilkanaście metrów od namiotu jakiegoś "kota". Alex z wypracowanym znudzeniem ostudził nasz entuzjazm stwierdzeniem "it’s just a wild fox...". No cóż, marzenie Natalii, żeby zobaczyć dzikiego kota na wolności musi jeszcze trochę poczekać. Co ciekawe Beata Pawlikowska opisywała w jednej ze swojej książek, że w przypadku spotkania tygrysa czy jaguara najlepszym sposobem jest stać nieruchomo, nie oddychac i udawać drzewo... Alex słysząc tę teorie roześmiał się głośno. Na pytanie, co on by zrobił odpowiedział po prostu - uciekał...a jako że całe życie mieszka w lesie zdarzyło mu się to już nie raz...

Padać oczywiście nie przestało, więc leżeliśmy tak pod dziurawą wiatą, aż do wieczora z nadzieją, że jutro będzie lepiej... niestety lepiej nie było, padało całą noc, tak że rano wyjść spod wiaty pod która spaliśmy nie było łatwo, wszystko w koło przypominało jedno wielkie bagno. Mimo tego decydujemy się iść, nie po to przelecieliśmy kawał świata, żeby deszcz nas zawrócił. Aha, nasz tragarz za to zawrócił, więc część rzeczy zostawiamy zawiniętą w siatkę pod wiatą, a cześć bierzemy na swoje plecy i idziemy, czeka nas kilkugodzinny marsz, do pokonania 1000metrów w górę.

Całą podróż strasznie leje. W dodatku z dodatkowym ciężarem na plecach po śliskich kamieniach i glinianych stropach nie idzie się łatwo. Po 4 godzinach dochodzimy do wodospadu który wczoraj widzieliśmy z dołu, z bliska widać jaką ma moc. Teraz musimy przejść obok niego, woda która z niego leje nie robi nam już jednak różnicy, jesteśmy praktycznie cali przemoknięci. Kilka minut później jesteśmy już na górze. Tepui z dołu wygląda jakby była płaska, nic bardziej mylnego, na górze ciężko znaleźć kawałek płaskiego terenu. Już na wejściu widzimy charakterystyczne czarne żaby, które można zobaczyć tylko tam.

Nasz "hotel" na Roraime to kawałek ziemi pod skałą, która chroni nas przed deszczem, tam rozbijamy namiot. Alex przygotowywuje nam lunch, a my staramy się znaleźć chociaż jedną suchą skarpetkę i ubrać najcieplejsze rzeczy które mamy ze sobą, na górze temperatura w nocy spada do kilku stopni powyżej zera.

Nagle deszcz znika i wychodzi słoneczko, jest cieplutko, więc idziemy zwiedzać! Roraima na górze wygląda jak obraz nędzy i rozpaczy:) Gdzie okiem sięgnąć ciemne skały i kałuże:) Alex zabiera nas w miejsce gdzie znajdują się kryształy, nie wolno ich jednak zabierać z Roraimy, chociaż kontrola przy zejściu na dół jest pobieżna. Najciekawszą rzeczą z racji wszechobecnych chmur które nie pozwalały zobaczyć za dużo było "jacuzzi"

Noc na górze nie należała do ciepłych. Czapka, polar, bielizna termalna i śpiwór zaciągnięty pod sam nos, poza tym to kolejna noc na twardej mimo wszystko kalimacie, więc budzimy się już koło 5 rano kiedy wschodzi słońce. Wita nas przepiękne, bezchmurne niebo i niesamowity widok pobliskiego tepui, korzystając z okazji od razu ruszamy na ponowne zwiedzanie Roraimy. Tym razem widoki z góry są rewelacyjne. Widzimy dżunglę porastającą góry pod nami, wijące się rzeki i chmury, które wydają się być na wyciągnięcie ręki. Widoki zachęcają do refleksji. warto było tak się namęczyć, żeby być teraz na górze.

W drodze powrotnej do obozu wchodzimy jeszcze na najwyższy punkt Roraimy, chociaż po kilku dniach deszczu wejście na niego to jedno wielkie bagno. O 7 rano wracamy do obozu, szybkie śniadanie i schodzimy w dół aż do pierwszego obozu gdzie spaliśmy pierwszej nocy. Czeka nas cały dzień marszu szybkim tempem. Zanim jednak dojdziemy do Rio Tek musimy przejść przez rzekę Rio Kukenan. W tamtą stronę szliśmy w wodzie po kolana trzymając się przeciągniętej liny, teraz Alex wybrał szybszą ścieżkę, z tym że nie ma liny a trzeba przechodzić ze skały na skałę. Dla nas z bagażami raczej trudne do przejścia, dla Alexa bułka z masłem, skakał z kamienia na kamień jak żaba! Uwaga- trzeba to robić w skarpetach, wtedy noga się nie ślizga:)

Wieczorem, zmęczeni docieramy do Rio Tek, znowu zimna cola z lodówki, lokalni obczaili tam dobry biznes, niestety wszystko co zarobią wydają na piwo, którego smak i dźwięk agregatu towarzyszy im cały dzień. Spotykamy w obozie naszą parę lekarzy z Argentyny, zapraszamy ich na kolacje, podczas której Alex wygłasza wzruszajacą mowę w naszą stronę, jak miło było i jak bardzo nas polubił. I vice versa.

Kolejnego dnia w południe docieramy z powrotem do Parapetui, w drodze powrotnej zatrzymujemy się jeszcze przy charakterystycznym czerwonym wodospadzie Jasper. Wieczorem mamy autobus do Puerto Ordaz, ale zanim odjedziemy zapraszamy jeszcze Alexa na pizze i butelke rumu, zżyliśmy się trochę przez te kilka dni, i smutno nam się rozstawać, ale na nas teraz czeka kilka dni odpoczynku na plaży przed powrotem do zimnej Polski, a dla Alexa kilka dni odpoczynku na kanapie przed telewizorem lub ze swoją córeczką, a potem kolejny trek na Roraimę albo Gran Sabanę.

JAK ZROBIĆ RORAIMĘ TAŃSZYM KOSZTEM

Roraime na pewno można zrobić tańszym kosztem. Najtańszy sposób to nie dojeżdżać do Santa Eleny tylko wysiąść w miejscowości San Francisco, czyli miejscowości, z której odchodzi długa polna droga do Parapetui, skąd zaczyna się trek. Na miejscu w San Fernando można znaleźć przewodnika za około 200 bolivarów za dzień. Koszt jeepa do Parapetui i powrotem to około 400 bolivarów za osobę. Na miejscu można wynająć tragarza który niesie do 15kg bagażu, cena to także 200bolivarów za osobę. Oczywiście całe wyżywienie trzeba ogarnąć samemu. Także koszt dla 2 osób to około 2600-3000 bolivarów czyli 2 razy taniej niż za wycieczkę all inclusive, która oferuja agencje na miejscu w Santa Elena.